Dzień rozpoczęłam od opakowania w ozdobny papier prezentów dla rodziców i babci, zrobiłam to niezdarnie, ale z dużym entuzjazmem i z pomocą małego przeszkadzacza zachwyconego tym, że rozłożyłam się na podłodze. Do południa wydrukowałam też potrzebne na granicy papiery, chyba dla psychicznego komfortu, bo planowałam przecież mieć wszystko wyłącznie w formie elektronicznej. Rozłożyłam się z dalszą częścią Fausta Goethego do słuchania (jestem w drugim akcie części drugiej) i czekałam aż dopyrkoli się rosół. Po rosole i krótkiej pogadance z Anną (zapukała do drzwi) popędziłam na spacer, bo pogoda jakaś takaś zajebista się zrobiła.
Fred przyjechał przed zachodem słońca. Postawiłam przed nim rosołek, skończyłam pić kawę i poszłam pod prysznic. Jeszcze wykonałam, oczywista, szereg ruchów prokrastynujących, np. zadzwoniłam do mamy, ale w końcu zaczęłam się pakować. Małżonek kupił gadżet o nazwie vacpack, przydatny dings faktycznie. Czyli drapiąc się tu i tam, szusząc włosy, przed siódmą skromne kreacje domowe sorry-ale-ja-tu-mieszkam zostały zapakowane. Luzem zostały tylko klapki pod prysznic, laptop, telefony i stosowne kabelki. Do Beatlesów usmażyłam kilka naleśników, nie wiem ile, bo zaraz zostały przez nas pochłonięte (na wszystko, łącznie z zaklepywaniem ciasta starczyła składankowa płyta Love). Po słodkiej kolacji Skubikowski Jacek ze złotej kolekcji śpiewywał. No i co, reisefieber.
___
Blog przypomina o rzeczach dobrych i złych. Trzy lata mija jak zmarła Eileen.
Spokojnej podróży i udanego pobytu u rodziców :)
OdpowiedzUsuńDziękuję. Wszysyko dobrego dla Ciebie, Dariuszu 😚
Usuń