Przy śniadaniu przypomniałam sobie (zainspirowana Anne i Katlin za oknem), że wczoraj, gdy raźnym krokiem wracałam z papierniczego, spotkałam na Sklepowej Majkela, który zmierzał w kierunku rzeki. Gdy mnie zauważył, zrobił taki ruch, jakby chciał skręcić do jakichś drzwi lub w uliczkę, tylko żadnych drzwi akuratnież w tym miejscu nie było. Czy jeszcze ktoś wierzy, że gość jeździ do pracy? Z pewnością nie żona i sąsiedzi. Bardzo to smutne, bo pamiętam jego reakcję po śmierci kota i wiem, że nie jest złym człowiekiem.
U mnie tymczasem owsianka na pożywne śniadanie, potem dobicie drugim śniadaniem z guacamole i już zaczęłam się oblekać, niechętnie i nieuważnie, na wyjazd odchamiający. Niechętność nie wynikała z celu podróży, tylko z tego, że mnie kręgosłup napierdalał w miejscu, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Ach, no trudno. Wyjechaliśmy do stolicy wczesnym popołudniem i dotarliśmy na miejsce o takiej porze, że jeszcze mogliśmy pozwolić sobie na łazęgę.
Inchicore mnie absolutnie oczarowało, szczególnie plac przy którym znajduje się polska biblioteka jest jak wieś. Po drodze wypatrzyliśmy kawiarnię, więc oczywiście od razu się tam wybraliśmy. Loaf Cafe Kilmainham okazała się spoko miejscem (kawy + sałatki). Obok jest oczywiście więzienie Kilmainham, więc krok po kroku przemieszczaliśmy się w kierunku IMMA, przy okazji dając się zaskoczyć pogodzie.
Deszcz rozpadał się na dobre, tak, że do głównego budynku szliśmy skryci pod baldachimami lip. Kolejnym zaskoczeniem była dostępność wystaw. Nie zamierzałam niczego oglądać, ponieważ nie zaanonsowaliśmy swojego przybycia. Tymczasem wystarczyło nacisnąć klamkę i nikt o nic nie zapytał.
Nasz pobyt był krótki i niezobowiązujący, przeszliśmy się tylko jednym korytarzem i po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy w drogę powrotną, przemykając między kroplami.
Zdarzenia literackie przewidziane były dwa. Jechałam z zamiarem kupienia książki o Rudolfie Probście, ale spotkanie z Laurą Barszczewicz i Lidią Zielonką skutecznie mnie od tego odwiodło. Za to wydałam całe 6 euro na zakup czterech używanych książek: dwóch powieści Coetzee, Hańbę i Czekając na barbarzyńców, psychoporadnika Ellen Hendriksen Jak przestać się bać i przede wszystkim Patrząc na starość UAM-u (wcześniej Fred za dwa euro posiadł Blaszany bębenek Grassa). Dzikie rozpasanie intelektualne. O dziewiętnastej było spotkanie z Dorotą Masłowską, trochę sztucznie zaczęte, bo tym razem wywiadowania nie prowadziła pani bibliotekarka. Seplenienie autorki zwracało uwagę tylko przez kilka minut, potem nie miało znaczenia.

Świetna postać, inteligentnie odpowiadającą na pytania, godzina minęła błyskawicznie. Masłowska podpisała nam dwie książki i płytę. Mąż uzmysłowił sobie dopiero w domu, że zostawił jej swój długopis. Byliśmy pierwsi w kolejce, wszyscy dobrzy ludzie mają więc autografy nasmarowane Fredowym długopisem. Gdy już byliśmy "podpisani", zdumiała mnie Litwinka, która podeszła z zapytaniem, którą książkę Masłowskiej bym jej poleciła, bo ona nie czytała żadnej po polsku, a bardzo by chciała coś prostego. Droga powrotna przemigotała błyskawicznie. Zupa zjedzona. Społeczeństwo jest niemiłe w głośnikach. O dziwo, z plecami lepiej.
P.S. Masłowska ma pismo dziecka.
Oczarowała mnie ta część Dublina, nawet ja ze swą alergią na wielkie miasta mógłby mieszkać obok polskiej biblioteki. To samo mogę powiedzieć o IMMA - świetne miejsce.
OdpowiedzUsuńMasłowska również zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Zaczynając od tego, że bardzo uważnie słuchała pytań i rzetelnie oraz szczerze na nie odpowiadała, na jej bystrości i zmyśle obserwacyjnym kończąc.
Wkurzył mnie za to pan z polskiej ambasady, bo nie dość, że nie przygotował się do wystąpienia publicznego, to jeszcze słowem się nie zająknął o bohaterach wieczoru. Takie "wicie-rozumicie towarzysze, partia was popiera, działajcie dalej". Starałem się też omijać słuchem oceniające wypowiedzi pani z od biblioteki. Deja vu z polskiej szkoły uzupełniającej, nie po to się z niej zwalniałem, by się później zachwycać. No i pan od prowadzenia rozmowy okazał się mniej dowcipny, niż mu się zdawało, "żarcik o normalnym, białym, heteroseksualnym człowieku" wypadł słabo.
Autorki zaś od książki o Rudolfie Probście przysporzyły mi mieszanych odczuć. Z jednej strony widziałem szczerą fascynację historią bohatera, podziw dla jego czynów i odwagi, ale za to z drugiej uderzyła mnie naiwność i brak dociekań..., ani słowa o holocauście, czy konflikcie z banderowcami, jakby ta mała podkarpacka miejscowość była centrum walki wywiadów AK i III Rzeszy, walki która wyparła to, czym na co dzień żyło Podkarpacie. Jakoś w to nie wierzę i przypomina mi się cytat z "Misia": "Nie chcę być kontrowersyjna..."
Ale te felery, to tak naprawdę szczegół, dzień był wspaniały, a Masłowską będę jeszcze długo wspominać.
@Woland, stolicę znam słabo, więc zaskoczyło mnie, że wystarczy 200m odbić od głównej drogi i klimaty prawie jak w Ballyshannon. IMMA jeszcze chyba odwiedzimy, na pewno będzie czas na więcej spostrzeżeń.
UsuńPan z ambasady był bardzo zestresowany, dziwne, że jakoś nie przywykł do wystąpień publicznych i przede wszystkim nie nabrał nawyku rzetelniejszego przygotowywania się. Ale nie to mnie zniesmaczyło, ale co innego. Był spóźniony, nie zarezerwowano wcześniej miejsc dla niego, a mimo to zaczęto ich szukać, oczywiście w pierwszym rzędzie, gdy reszta publiki zdołała już przyjść na czas. W ogóle pokazało to z jednej strony polską poddańczość wobec wadzy (dla rodziny kacyka miej specjalne traktowanie), oraz generalny brak zainteresowania tej wadzy wydarzeniami kulturalnymi (pan się na pierwszym spotkaniu nie pojawił, skoro nie musiał).
Panie nauczycielki pozostały mentalnie tam, gdzie je zostawiłam. Wyjaśnię szerzej na Galaktycznej, dlaczego odechciało się mi kupować książkę o Probście (będę miała przynajmniej o czym pisać gdzie indziej).
Dzień był miłą odmianą, ciekawie było zobaczyć inną twarz miasta.
I jeszcze jedno: Poruszył mnie temat hejtu na Masłowską po wydaniu jej hiphopowej płyty "Dorota Wolne", która zresztą czeka w u mnie koszyku empiku. Okazuje się, że dzieciaki słuchające hiphopu też są już dziadersami, skoro sami marząc o wydaniu płyty odmawiają prawa do tego Masłowskiej. Tacy młodzi, a już stare pierdziele uważający, że pewne rzeczy przysługują tylko im z racji numeru pesel. Kwatery na cmentarzu już porezerwowane, młodzieży?
OdpowiedzUsuń@Woland, całej płyty nie znam, o aferze wcześniej nie słyszałam, bo wiesz jak jest, nie po to się wydobyłam z polskiego piekiełka, żeby zapuszczać żurawia w kozaczki i twittery dla upośledzonych. Myślę, że spory udział w aferze ma small talk "ja to bym zrobił inaczej bym", który zazwyczaj kwituję "bym zrób i nie zawracaj gitary". Masłowska, podobnie jak wszyscy wielcy twórcy, jest specyficzna w tym co robi. Zresztą w czasie występu wypowiedziała myśl, która tak wzburzyła paru, gdy kiedyś wyraziła ją Tokarczuk. Oczywiście nikogo to nie obeszło, bo nie użyto tu słowa "idioci", ale fakt pozostaje faktem: twórcy jej pokroju nie chcą, żeby czytali, rozumieli i lubili ich wszyscy. Naprawdę tak jest.
UsuńPamiętasz, przed kupowaniem biletów mówiłam Ci, że może będziemy albo nie będziemy żałowali, że nie jedziemy na wycieczkę literacką. No i dopiero rano, kiedy mózg mi odpoczął, uświadomiłam sobie, że trochę szkoda, że nie pojechaliśmy.
Nie czytałem nic Masłowskiej. Jak widzę po komentarzu wyżej może i dobrze, że nie czytałem :D
OdpowiedzUsuń@Dariusz, nie wiem. Z pewnością nie musimy wszyscy robić tego samego (truizm), a w pragnieniu żeby nas wszyscy lubili i oceniali tak samo jest spora dawka infantylizmu. Skoro nas coś umysłowo nie wzbogaci, warto robić coś innego.
UsuńPani Masłowska to ciekawa postać, warto znać jej twórczość, czy nawet pojawić się na spotkaniu autorskim. Wszelkie wyjścia i inicjatywy kuturalne popieram. Nie każdy jednak musi odnajdywać się i lubić tę estetykę. Może czasem czuję, że jestem odrobinę infantylna, ale na pewno nie czuję się jeszcze dziadersem, czego wszystkim życzę na miły początek tygodnia. Pozdrawiam! :D ;)
OdpowiedzUsuńMaB, inicjatywy kulturalne są ważne dla rozwoju duchowego. Nie tylko nie każdy musi, ale też nie każdy jest w stanie odnajdywać się w jakiejś estetyce. Mnie groteska u Masłowskiej bawi, ktoś może mieć inaczej. Jedyna konsekwencja jest taka, że o tym nie porozmawiamy :) Dobrego dnia :)
UsuńNo chyba nie bardzo. Chodzi o to, że pojęcię sztuki stało się mętne. ;))
Usuń@MaB, do jakiej części mojego komentarza odnosisz "no chyba nie bardzo"? :)
UsuńI oczywiście: jaka jest Twoja definicja sztuki?
Do tej, że nie porozmawiamy przecież! ;) Nie będę tworzyć żadnych definicji sztuki (skoro niemalże wszystko może nią obecnie być), bo zaraz wpadnie ten Twój ochroniarz i będzie łapać za słowo i się rozbijać. 😀
Usuń@MaB, jeśli nie obejrzymy tego samego, lub nie przeczytamy, to trudno na ten temat dyskutować (w tym sensie napisałam, że nie porozmawiamy).
UsuńSkoro zauważasz, że pojęcie sztuki stało się mętne, to zakładam, że było kiedyś jakieś jego pojęcie bardziej jasne😀. Nie mam ochroniarzy, bo ich nie potrzebuję, natomiast @Woland jest faktycznie wymagającym rozmówcą. To tzw. łapanie za słowo (do którego i ja mam tendencję), jest po prostu upewnianiem się, czy rozmówca wie, jakie są konsekwencje jego opinii. Często się okazuje, że ludzie nie umieją dyskutować, bo nigdy tego nie robili (ja często dyskutowałam, a nawet kłóciłam się o merytorykę z moją mamą, stąd mam trening i nie boję się wyzwań). Dyskusja to fajna rzecz. Można się dzięki niej sporo dowiedzieć.
Cóż takiego mam przeczytać, obejrzeć lub posłuchać Masłowskiej, żeby móc z Tobą podyskutować? Co zrobiło na Tobie takie wrażenie?
OdpowiedzUsuńTak, wcześniejsze definicje sztuki wydają się bardziej klarowne, współczesne już niekoniecznie. Granica między tym co sztuką jest, a czym nie jest, jakby się zatarła. Oczywiście z mojego punktu widzenia. Pozdrawiam.
@MaB, rozumiem, ale mnie chodziło o to, czym w takim razie dla Ciebie jest sztuka (ta z niezatartymi granicami)?
UsuńJeśli chodzi o Masłowską, nic nie "masz" przeczytać. Rzeczy lubi się lub nie. Jeśli coś przeczytasz, będziesz miała opinię i się okaże, że ja też czytałam i mam opinię, da się o tym porozmawiać. Natomiast nie znam Twojego gustu książkowego na tyle, żeby cokolwiek Ci doradzać.
No to przeczytam (jeśli gdzieś dorwę;) i się wysłowię w tej sprawie, jeśli zdołam.
UsuńSztuka jest jakimś świadomym działaniem mającym na celu stworzenie czegoś pięknego lub istotnego dla człowieka (dotyczącego jego egzystencji, emocji lub funkcjonowania w świecie) przy użyciu wyobraźni oraz umiejętności.
Oczywiście w sztuce od zawsze najbardziej cenione jest nowatorstwo i oryginalność. Dzięki tym cechom artysta ma szanse być zauważonym. I właśnie chęć zaskoczenia odbiorcy czymś nowym przesuwa/-ła granice i definicję sztuki coraz dalej i dalej. To tak pokrótce.
@MaB, dobrze, się zobaczy. Mnie się podoba język Masłowskiej i ogólna groteska, która wyłazi z różnych jej fabuł.
UsuńOryginalność chyba odróżnia sztukę od rzemiosła. A co do piękna, w zasadzie jest ono niedefiniowalne, przy czym popularna wizja piękna zwraca uwagę na symetryczność i powszechność. Jeśli tak, to sztuka wręcz piękna być nie powinna (skoro sztuka to oryginalność, powszechność odpada).
Dla mnie jedną z definicji sztuki byłby taki ludzki wytwór, który wytrąca odbiorcę z bezmyślności. W przeszłości sztuka była bardziej figuratywna (przedstawiająca), co teoretycznie ogranicza możliwość interpretacji. Jak spojrzymy na reżimy i to jak w sztuce reżimowej (faszyzm, stalinizm, Korea Płn.) pokazuje się wodzów, a jest to prawie zawsze sztuka figuratywna, widać o co kaman. Sztuka współczesna jest tak nielubiana przez część społeczeństwa, ponieważ niektórzy ludzie ze swej natury oczekują produktu już zinterpretowanego (i to najlepiej jednoznacznie) + taka sztuka jest mało przydatna w propagandzie (widać wyraźnie, że siły polityczne zmierzające w kierunku totalitaryzmu mają kłopot np. z użyciem humoru, bo totalitaryzm dąży do jednoznaczności i panowania nad skojarzeniami, co jest oczywiście awykonalne - nie da się zabronić ludziom myślenia).
Wyrwanym z bezmyśności można być po jakimkolwiek wypadku losowym - I tego stanu bym sztuką nie nazwała.
UsuńPoza tym, laik nie jest w stanie odróżnić falsyfikatu od dzieła sztuki. Potrzebna jest do tego wiedza i doświadczenie. Także, jak widzisz, definicja sztuki jest śliska. Pozdrawiam, miłego dnia! ;)
@MaB, czyli widzisz, myślimy o czymś zupełnie innym. U Ciebie wyrwanie z bezmyślności wydaje się nawet zagrażające. No i pojawia się motyw taki, że żeby się zachwycać sztuką musisz najpierw wiedzieć, czy to oryginał, bo inaczej nie ma się czym zachwycać (motyw autorytetu, który Ci to uświadomi). Tymczasem ja nigdy nie widziałam na żywo tryptyku Boscha, a jednak w reprodukcji on jest dla mnie równie dobry (w sensie wytrącania z bezmyślności). Ciekawe :) Pozdrawiam (u nas jest piękny dzień).
Usuń