... poniedziałku we wtorek. Tylko musiałam obudzić się zbyt wcześnie, wychynąć na świat, poudawać, że coś tam mnie obchodzi i że jestem miła. Bardzo męczące, ale do zrobienia. Ponieważ jednak wrażenie było przytłaczające (pogoda wstrętna, szok poweekendowy, oraz marazm ogólny), złamałam niedawno wprowadzoną zasadę, aby nie leźć w trakcie pracy do kawiarni po kubełko kawy. Polazłam. Trochę nastrój mi to poprawiło, jutro postaram się bez tej protezy.
Kochany natychmiast uwiózł mnie do domu, gdzie po dłuższych przygotowaniach wciągnęliśmy spaghetti. Potem zanurzenie: mąż w tekst własny, ja w słuchanie Wygasania Terlikowskiego, które niedawno byłam skończyłam, żeby wybrać następny audiobook, Wzgórze psów Żulczyka. Zapowiada się najs.
Po obiedzie rozmawiałam z mamą — temperatura na minusie, ale nie aż tak, jak na wschodzie. Koty funkcjonują dobrze; jeśli z Bronisiem gorzej, manifestacja jest nieoczywista. Tatko jak zwykle gdzieś tuptał, Wojciech jak zwykle nastawiał się do głaskania.
Kminimy z mężem podróż marcową.
Dałaś mi inspirację na dzisiejszy obiad dla syna, bo nic nie kupiłam mu po drodze z pracy - zrobię mu spaghetti. Serdeczne dziękuję :)!
OdpowiedzUsuń@Aquarius Mist, proszę bardzo :)
Usuń