Makarony w Simonie były przesolone, przez to później chciało mi się pić. Po raz drugi zapomniałam o końcu karnawału, w czwartek o pączkach, wczoraj o naleśnikach — nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio tańczyłam w karnawale, chodzi raczej o rytualne odmierzanie czasu, rzecz dla mnie zajmującą. Trudno, nasmażę naleśników w weekend.
Droga do Navan odbyła się przez* zwłoki, tylko Kochany szukał jeszcze miejsca do zaparkowania. I tak byliśmy dużo wcześniej przed głównym występem, bo jak się okazało godzina podana w sieci oznaczała czas na koncert małych harfistek z the Music Generation Meath Harp Ensemble. Piękny instrument, ładne brzmienie nawet jeśli małe rączki jeszcze walczą z materią.
Po operze wpadliśmy na Anne, wyglądała na zmęczoną, więc nie zawracaliśmy jej głowy (zresztą też byliśmy padnięci). W domu przed jedenastą. Przywitały nas zaniepokojone koty (Maniutek z tej okazji stał w oknie i robił zmartwione miny, jak to ona).



A wyglądają te obiady bardzo apetycznie, zwłaszcza ten na twoim talerzu.
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, u mnie ravioli z grzybami leśnymi (to sos był słony), u Freda carbonara.
Usuń