Wpis poranny: Od kilku dni nie przychodzi do nas mały mieszaniec jacka russella, który normalnie, jeśli kursował, to w ciągu dnia widzieliśmy go kilkakrotnie. Dostawał od nas raz na jakiś czas porcyjkę pedigree pal. Nie wpadał codziennie, ale byliśmy jego znajomymi ludźmi. Martwię się, chociaż nawet nie wiem czyj to pies. Może jest chory, albo nie żyje.
Po śniadaniu: poszliśmy na półtoragodzinny spacer, nie był długi, po prostu się nam nie spieszyło. Nad morzem odpaliłam messengera i pokazałam tacie wybrzeże. Całkiem sporo ludzi o tej porze biega lub wyprowadza psy. Wyszliśmy akurat na zbliżającą się pełnię przypływu, dobrze, że założyłam nieprzemakalne buty. Widzieliśmy w oddali na pastwisku krowy w galopie, a przy wejściu na plażę spotkaliśmy starego znajomego, Trzyłapka, który wyszedł podelektować się okolicznościami przyrody. Fajny piesul, taki trochę w manierach do nas podobny.
Wpis popołudniowy: Fred zrobił obiadek, gdy ja serfowałam sobie po świecie. Po uczcie, gdy poirytowana przygotowując przemowę zerkałam przez okno (Fred trajlując z Katlin nie przestrzegał 2m odległości), zobaczyłam psią "zgubę". Od razu wyszłam z saszetką i pogłaskałam włóczęgę po brudnym łebku. A Fred dopytywał się, gdzie można kupić lawendę (ma gorączkę lawendową) i w poniedziałek podjedziemy w jedno miejsce, gdyż Katlin wie wszystko. Niech sobie Anglicy ze sklepu online swoje znikające krzaczki lawendy wsadzą w rzyć! Po takich rozważaniach poszliśmy na spacer i tu okazało się, że idziemy na spacer z kotem Ryszardem, który najpierw przysiadł z nami na ławce, a potem becząc jak niezadowolona owieczka zaproponował przechadzkę po osiedlu. Poszliśmy naokoło sklepu, potem trochę w głąb naszej ulicy, i naokoło wróciliśmy do punktu wyjścia. Po powrocie wyrwaliśmy kilka chwastów z trawnika i zagadałam Annę, która wyszła z ogródka umazana farbą. Okazało się, że dzisiaj pomalowała swoją całą szopkę. Pani około osiemdziesiątki.
Jeszcze ciepło, kocilla po kolacji leży na parapecie, prawie letni dzień powoli zniża światła. Popołudniowo gra nam wszystko The Sugarcubes ... Life's Too Good (1988), Here Today, Tomorrow Next Week! (1989) i Stick Around for Joy (1992).
___
edit 22:39 Hannah i jej siostry (1986) Woody'ego Allena to jeden z jego lepszych filmów. Do dobrego scenariusza dodaję wspaniałą muzykę (Bach), kostiumy i fakt, że Allen nie gra tu głównej roli ;) Film, który chcę mieć na dvd.



Też już zaczynam myśleć o kwiatach na balkonie. Po niedzieli będę musiał przygotować donice i kupić pelargonie.
OdpowiedzUsuńMałżonek naprawdę napalił się na te lawendy. Będzie je potem musiał wkopywać, ale chce :) Z pelargoniami jest zdecydowanie łatwiej.
UsuńJakbym miał miejsce, też bym chciał lawendę. Dobra na mole jest.
UsuńJest pożyteczna nie tylko dla ludzi. Przyciąga różne takie, np. trzmiele z grubymi dupkami :D
Usuń