Poziom wody na rzece był wysoki a nurt żwawy. Przeszliśmy się mariną aż do końca alejki sapcerowej zdążając akurat przed zamknięciem bramy na ulicę przy XIX-wiecznej kapliczce. Z 6 sierpnia zeszliśmy do Piłsudskiego, a szukając w drodze miejsca, żeby się ogrzać, zatrzymaliśmy się na godzinę w Sushistudio. Sam budynek przedziwny, z restauracją na piętrze. Wielkie, półokrągło zwieńczone okna przywodziły mi na myśl synagogę. Ale w tym mieście synagogi nie ma. Nie zauważyłam nawet jak jeszcze z 200 m przed suszarnią minęliśmy ślad po niej zaznaczony dziś granitowym głazem.
Rozgrzałam się miso, wciągnęłam rolki, zapomniałam zrobić zdjęcia "przed" :) Fred odmawia jedzenia pałeczkami.
Wracamy na wieczorną herbatkę w sam raz, po siódmej. Poruszamy tematy bezpieczne, choć to nigdy nic nie wiadomo przy teściach dla których ostatecznym autorytetem są media rydzykowo-kurskie. Jutro spędzę kilka godzin w podróży na zachód, Fred późnym wieczorem wróci do domu i do kota. Chyba oboje jesteśmy gotowi, żeby wyruszyć.


W dzisiejszej Polsce nawet pogoda przestała być bezpiecznym tematem :)
OdpowiedzUsuńTo prawda. Z wieloma ludźmi można się tylko ślizgać po powierzchni.
Usuń