Dzisiejsza rozmowa z mamą była lepsza, bogatsza w treść — rozmawiałyśmy o uczeniu się języków, poza tym o chorobie Maksia (jest na antybiotykach) i oczkach Niuni (w poniedziałek do lekarza). Ta ostatnia sprawa martwi mnie przez resztę dnia bardziej i bardziej. Jutro dopiero niedziela.
Małżonek sam wyjechał po zakupy, wolałam posiedzieć w domu nad niemieckim.
Akurat byłam w trzecim rozdziale Miasta utrapionego, gdy zachrobotał klucz w naszym koślawym, łatwo włamywalnym zamku, Fred wrócił do domu, a po chwili zmysłowo oparł się o framugę drzwi sypialni i wkładając rękę w kieszeń wełnianych spodni (czarny płaszcz, kaszkiet i ciemny, kraciasty szalik) oświadczył Cześć żono, kupiłem wiadro robaków dla szpaków.
Nie lubię stylu Pilcha. Po jednej książce i trzech rozdziałach drugiej chyba już mogę to napisać. Skończyłam w każdym razie rozdział piąty i przerzuciłam się na Pięcioksiąg z wydania Świętego Wojciecha. Robiłam śmiszne notatki myśli na fiszkach, poza tym odnoszę wrażenie, że czytanie porównawcze na stronie Biblie Polskie dostarczy mi sporo frajdy w tym roku.
Zapowiada się mroźna noc.
Z podtuczonych szpaków i Rysiu będzie miał większą frajdę :)
OdpowiedzUsuńOdbyliśmy już z małżonkiem rozmowę na temat tego, jakoby Rysiu już zastanawiał się kiedy w końcu zaczniemy polować.
Usuń