Żałosne miauknięcie obudziło mnie tuż po ósmej. Przed chwilą Fred musiał pewnie wyruszyć do Navan zostawiając Rysia w środku, a kot sygnalizował mi łapki nienadające się do otwarcia drzwi. Za oknem ponownie słoneczny mróz — to jedyne, co zauważyłam z zapowiadanego Christopha, który szałał nad Anglią. W wazonie rozkwitły bez uprzedzenia żonkile i hiacynt.
Jestem pewna, że szpaki można od siebie odróżniać, gdyby poświęcić temu więcej uwagi. Jest jeden bully, większy, czas przy jedzeniu marnuje na odpędzanie od niego innych i kłótnie powietrzne. Jeden bardzo nakrapiany jest niezwykle odważny, podlatuje nawet do robaków przy oknie, gdy widzi mnie po drugiej stronie szyby. Przylatuje też gawron z leucyzmem, wydaje mi się zresztą, że jest takich w okolicy przynajmniej dwóch. Czarne ptaki niespodziewanie upstrzone białymi łatami zawsze mnie intrygują.
Siłą prasowania i rozpędu obejrzałam dwa odcinki belgijskiego detektywa, Tajemnicę hiszpańskiego kufra i Kradzież królewskiego rubinu (obydwa z trzeciego sezonu, 1991). Fred wrócił do mnie bardzo wzburzony — parkingowy duchołap wlepił mu karę za brak biletu, choć małżonek był przekonany, że bilet wydrukował. Wydrukował tymczasem anulowanie transakcji i rano nie zauważył pomyłki. Zanim załatwi tę sprawę do końca (wpłata kary lub odwołanie), musi jeszcze poczekać na wydruk z banku, że kasa naprawdę nie została ściągnięta z karty. Zajedliśmy to makaronem. Mnie z kolei się pomieszało, że jutro będę Freda miała tylko dla siebie, tymczasem Kochany pracuje jeszcze dwa dni i ponownie idzie wcześniej spać. Zostaję jeszcze na nogach i usiłuję się zmęczyć czytaniem.
W niedziele chyba też będę gotował na obiad makaron, bo babce coś pulpety nie podeszły.
OdpowiedzUsuńDziesięt minut, a mamy do tego gotowy sos pesto z Tesco, który nam podchodzi, więc to taka opcja na "nic nam się nie chce".
Usuń