Kochany miał wczesny start. Obudziłam się w pustym domu, ale w czasie śniadania dostałam od Freda telefon, że już jest w ... Drołdzie, bo pomylił dni. Dojechał na miejsce (po drugiej stronie stolycy), wykupił parking na cały dzień, a tymczasem okazało się, że dzisiaj nie jest 22 stycznia i trzeba było wracać do domu :). Małżonek powrócił z bukietem tulipanów, pączkami hiacyntów i żonkili, resztę dnia przebimbaliśmy razem.
Fred usmażył nam steki (znowu udało się mu włączyć alarm przeciwpożarowy), potem zadzwonił do swojej mamy, która od jakiegoś czasu podsyłała mu różne spiskowe teorie na temat aktualny. Nic takiego się nie dzieje, może tylko zapominanie i niezgoda w sprawie szczepienia (teść ma zamiar się zaszczepić, teściowa nie).
Wieczorem chcieliśmy obejrzeć na Ninatece kilka dokumentów, ale udało się nam wysiedzieć jedynie na króciutkim Oblężeniu Bryana (1940), internet tak przerywał, że seans przestał być przyjemnością. Skończyłam za to czytać Will the Cat Eat My Eyeballs? (W.W. Norton, 2019), to sympatyczny prezent książkowy dla dzieci ciekawych świata. Po powrocie stabilnego łącza zerkaliśmy jeszcze na Mary Berry gotującą na wybrzeżu Yorkshire w serii Simple Comforts. Robię się od tego głodna i szczęśliwa. Jeść już raczej nie będę, ale herbatkę z miodem zrobię sobie, i owszem.
Jak na mój gust hiacynty pachną zbyt intensywnie.
OdpowiedzUsuńAle jeszcze nie pachną, na razie rozkwitły tulipany :)
Usuń