Ryszard wrócił ... przed szóstą rano. Wkradł się przez okno i walnął na łóżku. Nawet, gdy człowiek nie chcę się martwić, finalnie nad ranem łeb mi pękał. Po śniadaniu i francusko-irlandzkiej terapii językowej zabrałam się za terapię prasowalniczą z Poirot i odcinkiem 1.10, Sen (1989). Kot tymczasem poprosił o drugie śniadanko, po czym przybierając na łóżku finezyjne pozy przedrzemał prawie do czwartej po południu. Mam wrażenie, że w nocy nie spał, być może utknął w czyjejś komórce lub samochodzie i właściciel otworzył mu drzwi dopiero nad ranem. Po lunchu Ryś wyszedł może na pół godziny, wrócił akurat, gdy Fred był już w domu, a na kuchni szykował się obiadek. Po posiłku (trzeci album Metallici w tle) postanowiliśmy coś obejrzeć na Ninatece — i tak weszlo nam kilka krótkich metraży, utytułowane Więzi (2016) Kowalewskiej, Wół (1977) Cyrusa oraz Kres świata (2010) Skalskiego, który widziałam już 5 lat temu. Oglądaniu towarzyszą raczej trudne emocje. Kot przespał to wszystko, potem trochę pokręcił się po kuchni i znowu drzemie, tym razem do Megadeth, Countdown To Extinction (1992). Ponownie wyszło, że piszę głównie o kocie. Małżonek w ciagu dnia był w Balbriggan i wrócił do mnie bardzo stęskniony, gdyż dawno się nie widzieliśmy ;)
Pewnikiem Leopold V Babenberg go przetrzymał. ;-)
OdpowiedzUsuńJeśli tak, to tym razem, szczęśliwie dla Rysia, zrezygnował z okupu ;)
Usuń