Wstałam później niż Fred, co samo w sobie jest nietypowe, i ujrzałam za oknem grubą warstwę szronu.
Niedziela została spędzona w środku. Mamę uczyłam dzisiaj angielskiego, na chwilę zobaczyłam też jak się ma oczko Niuni, żeby samej sobie obniżyć poziom stresu zastępując wyobrażenie rzeczywistością.
Wiem, co mnie drażniło we wczorajszej lekturze. Doszłam do rozdziału, gdzie mówi Konstancja i w mojej głowie przestał dialogować Pilch ze swoim imagem wykształconego humanistycznie cinkciarza. Gdy tylko się wyłączył ten hiperelokwentny głos nadający bez pauz zdaniami wielokrotnie złożonymi, pozostała literatura, a ta jest całkiem czytalna. Skończyłam Miasto utrapienia (Świat Książki, 2004), ale na przyszłość: nie chcę tak pochłaniać, są też inne rzeczy. Na obiad piersi kaczki z gnocchi z pesto i pomidorami w śmietanie. Fred w okularach dawał szansę Malowanemu ptakowi. Wieczór upłynął nam wśród szelestu kartek.
U mnie spało trochę śniegu, akurat tyle, by zabielić trawniki.
OdpowiedzUsuńTutaj biel znika szybko, ale chłód nie odpuszcza.
Usuń