Obudziłam się w nocy mając wrażenie, że jestem na statku. Gdy jeszcze o zmroku wstałam otworzyć kotu drzwi do wolności okazało się, że to realia — przez chwilę chodziłam od burty do burty zanim złapałam azymut (Noc była niezwykle zimna. Wiedziona przeczuciem za dwie minuty, gdy ponownie odnalazłam klamkę, jeszcze raz otwarłam drzwi i bardzo słusznie, bo kot wparował do środka jak strzała. Mamo!). Zawroty minęły wraz z porankiem.
Pomimo zimna, okoliczności przyrody skusiły mnie spacerem. W osiedlu szłam prawie po gołoledzi. Trzy stoliki przy plaży były zajęte przez nostalgicznych kawowiczów, z wody wyszły dwa morsy, na morzu pracował kuter, widać to dobry czas na połów.
Wypstrykaliśmy się z obiadów i Fred sam pojechał na zakupy, żeby przywieźć m.in. bukiet róż i kalafior na dzisiaj. A potem zrobił mi obiad słuchając do tego płyty z najgórniejszej półki po lewo, czyli z epoki najdzikszej młodości (półka zaczyna się od Marillionu, ale słuchaliśmy Camela). Wieczorem obejrzeliśmy Człowieka, którego nie było Coenów (2001), i to też było dziwne.
Bardziej rozumiem Rysia, niż kawowiczów i morsów.
OdpowiedzUsuńJako kandydat na morsa odpadam od razu z uwagi na uczulenie na zimno, ale mały taras w nowej, wsiowej kafejce jest bardzo fajny w taką pogodę. Bo nie wieje, a widoki są. Po lockdownie będziemy się tam pewnie ciągle szwendać.
Usuń