Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ninateka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ninateka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 listopada 2024

1788. Śpiący piątek.

Praca, powrót, obiad, kawa. Rano Kochany załatwiał sprawy na mieście, po dwunastej podjechał karocą pod Centrum. Jeszcze chwilę zmarudziliśmy na niewielkich zakupach, po czym jechaliśmy na wieś testując nową drogę po północnej stronie Drołdy. Ależ miasto się rozbudowuje! Z tej strony powstały osiedla o gabarytach całego nowego miasteczka. Nawet na trasie do Fredowej pracy, którą pokonywałam z buta kilka miesięcy temu, wykańczają budynki, których wcześniej nie widziałam.

Obiad jak dla głodomorów, fusili w sosie bolognese (niebotyczna ilość wołowiny, pieczarek i cheddara). Następnie oddałam się lenistwu przy filiżance herbaty przechodzącemu w ponad godzinną śpiączkę i półgodzinne zbieranie się do wstania. W tym czasie zniknęły resztki startego cheddara, resztki raffaello, resztki otwartej czekolady z orzechami też. I żebyś ty mogła coś dojeść, to otworzyłem ciasteczka, powiedział Dojadek :D W ramach  seansu wieczornego Rewizor (2014) Stuhra.

Kochany miał w weekend nie pracować, ale ładnie go poproszono o pomoc, gdyż już się odbywa kociokwik świąteczny. Kociokwiki nigdy nie przestają mnie zdumiewać.

wtorek, 29 października 2024

1778. Idziemy razem.

Obudziłam się godzinę przed budzikiem, a jakże.

Dostałam propozycję robienia całego poniedziałku, zamiast pracy w odcinkach. Zgodziłam się, choć nie wiem jak dzieciaki to zniosą ;). Kochany przyjechał po mnie o umówionej godzinie, zaparkował na tej samej ulicy i poszliśmy na lunch do CG. Po obiedzie była jeszcze kawa i ciastko w Czarnej. Dobrego mam męża, czułego; jakoś próbowaliśmy znieść to popołudnie; rok temu zginął Ryszard (Bán jakby wiedział, przylazł z samego rana, dla odmiany cały czyściutki, nawet uszy miał umyte). A dzień podobny jak rok temu, szarość, niespodziewany chłód, miasto pełne ludzi, Halloween spirit all over, sporo buskerów wzdłuż głównej ulicy, nie jeden jak zwykle, ale kilku po obydwu stronach.

Zadzwoniłam do mamy po czwartej naszego czasu. Mama siedziała w samochodzie i czekała na rozwój akcji, bo dosłownie kilka minut wcześniej tatko wyszedł z psem do lecznicy. Czatowałyśmy tak z czterdzieści minut i nic się nie działo, tylko po tamtej drugiej stronie zapadła noc. Wiadomości z domu: Rozalka czuje się lepiej, wczoraj dostała jeszcze jedną kroplówkę, tym razem podskórną, ale już jej wraca normalny Rozalkowy napęd. Podobno w szpitalu znalazła sobie kolegę z którym miauczała przez ścianę, mała gaduła.

W kinie domowym obejrzeliśmy Grzeszny żywot Franciszka Buły (1979) Kidawy. Scenografia czy też pokazanie życia cyganerii i codziennej śląskiej patologii jak najbardziej spoko.

Wracając zaś do Maksia, zadzwoniłam po godzinie, okazało się, że Maksio jednak nie będzie miał operacji. Źle to wygląda, guz na wątrobie i gdzieś tam jeszcze coś tam, szczegółowe wyniki będą za kilka dni. Tymczasem pies znudzony usg zasnął do góry nogami i zaczął chrapać. Kiedy wrócił do domu, ze smakiem zjadł kolację. Nie ma sensu martwić się rzeczami o których nic nie wiemy.

niedziela, 27 października 2024

1776. Zaleganie na tapczanie.

Przestawienie godziny na czas zimowy, w smartfonach automatycznie, w innych zegarkach trzeba samemu i jeszcze się nam nie chciało. Trudno. Jak będzie się wstawało, okaże się w praniu od wtorku. Na razie leniwy dzień toczył się powoli od śniadania do obiadu bez wielkich wydarzeń, potem zresztą to samo.

Po obiedzie obejrzeliśmy na Ninatece Między nami dobrze jest (2014) Grzegorza Jarzyny, przedstawienie na podstawie Masłowskiej. Pani, która weszła z całymi drzwiami, złoto po prostu, zresztą ogólnie Masłowska grzebie w ranie polskiej bardzo umiejętnie, dlatego wielką pisarką jest.

Rozmawiałam z tatką; walczy o tę Rozalkę, walczy. Dla podratowania nastroju obejrzałam kolejny vlogoween Gosi; w takim samym celu Kochany kupił bilety na Nicka Cave'a, mówiąc do mnie uprzedzająco Kochanie, kupuję bilety na Cave'a. Zerknęłam na żubry online: żubrów brak (polana w Jankowicach, nadleśnictwo Kobiór), słychać jedynie sygnał karetki gdzieś w tle. Paśnik online w nadleśnictwie Babki również działa, ale tam też na razie pustki. Będzie na co patrzeć i czego słuchać, gdy spadnie śnieg. Z domu nie wychodzimy, bloguję, zbijam bąki, jutram.

czwartek, 24 października 2024

1773. Bulgotanie.

Tak pracować to mogłabym codziennie. Żadnych zakłóceń, na odchodnym zamknęłam Jamę i Kochany już na mnie czekał w bocznej uliczce (z prezentem w postaci trzech par skarpet, Pringlesy i RL), polski sklep i do domu. Na obiad miałam resztki z wczorajszej uczty. Irytująca jest jedynie kwestia wypłaty, payslip znowu się opóźnia. Oczywiście, moja głowa coraz bardziej się tym nakręca (ja pierdzielę, ile można spędzić czasu nad jednym papierkiem dla trzech osób), niemoctwo szefostwa coraz bardziej mnie wkarwia. Wszyscy pracują nad tym, żebym miała motywację do zmian :]

Kochany był znowu u dochtóra z oczkiem, i mu dochtór zmienił krople, najwyraźniej samozadowolony, że jego kuracja działa. Za trzy tygodnie ma być pięknie; lepiej dla dochtóra, żeby było.

Marksistka się odezwała i pokazała swoje trzy szczury, oraz przedstawiła je z imion. Mają już wyjebiastą kwaterę, plany hamakowe, i tak dalej, tylko nazwa dla centrum dowodzenia nie została jeszcze ustalona. Poza tym, gdy tak sobie wymieniamy opinie na messengerze, jako szybką reakcję Marksistka ustawiła trumienkę ⚰️. Halloween, indeed.

Z różnych możliwości wybraliśmy na seans wieczorny film Zaorskiego, Pokój z widokiem na morze (1977); no proszę państwa, pierwszorzędne kino psychologiczne o którym w ogóle nie słyszałam, how come? Nie planuję niczego czytać, głowa jeszcze nie ta, bulgocze mi pod deklem od różnych emocji, ale idzie ku lepszemu. Chyba. Maybe. Może i tak.

środa, 20 stycznia 2021

400. Zamiast piątku.

Kochany miał wczesny start. Obudziłam się w pustym domu, ale w czasie śniadania dostałam od Freda telefon, że już jest w ... Drołdzie, bo pomylił dni. Dojechał na miejsce (po drugiej stronie stolycy), wykupił parking na cały dzień, a tymczasem okazało się, że dzisiaj nie jest 22 stycznia i trzeba było wracać do domu :). Małżonek powrócił z bukietem tulipanów, pączkami hiacyntów i żonkili, resztę dnia przebimbaliśmy razem.

Fred usmażył nam steki (znowu udało się mu włączyć alarm przeciwpożarowy), potem zadzwonił do swojej mamy, która od jakiegoś czasu podsyłała mu różne spiskowe teorie na temat aktualny. Nic takiego się nie dzieje, może tylko zapominanie i niezgoda w sprawie szczepienia (teść ma zamiar się zaszczepić, teściowa nie).

Wieczorem chcieliśmy obejrzeć na Ninatece kilka dokumentów, ale udało się nam wysiedzieć jedynie na króciutkim Oblężeniu Bryana (1940), internet tak przerywał, że seans przestał być przyjemnością. Skończyłam za to czytać Will the Cat Eat My Eyeballs? (W.W. Norton, 2019), to sympatyczny prezent książkowy dla dzieci ciekawych świata. Po powrocie stabilnego łącza zerkaliśmy jeszcze na Mary Berry gotującą na wybrzeżu Yorkshire w serii Simple Comforts. Robię się od tego głodna i szczęśliwa. Jeść już raczej nie będę, ale herbatkę z miodem zrobię sobie, i owszem.

sobota, 16 stycznia 2021

396. O kocie.

Ryszard wrócił ... przed szóstą rano. Wkradł się przez okno i walnął na łóżku. Nawet, gdy człowiek nie chcę się martwić, finalnie nad ranem łeb mi pękał. Po śniadaniu i francusko-irlandzkiej terapii językowej zabrałam się za terapię prasowalniczą z Poirot i odcinkiem 1.10, Sen (1989). Kot tymczasem poprosił o drugie śniadanko, po czym przybierając na łóżku finezyjne pozy przedrzemał prawie do czwartej po południu. Mam wrażenie, że w nocy nie spał, być może utknął w czyjejś komórce lub samochodzie i właściciel otworzył mu drzwi dopiero nad ranem. Po lunchu Ryś wyszedł może na pół godziny, wrócił akurat, gdy Fred był już w domu, a na kuchni szykował się obiadek. Po posiłku (trzeci album Metallici w tle) postanowiliśmy coś obejrzeć na Ninatece — i tak weszlo nam kilka krótkich metraży, utytułowane Więzi (2016) Kowalewskiej, Wół (1977) Cyrusa oraz Kres świata (2010) Skalskiego, który widziałam już 5 lat temu. Oglądaniu towarzyszą raczej trudne emocje. Kot przespał to wszystko, potem trochę pokręcił się po kuchni i znowu drzemie, tym razem do Megadeth, Countdown To Extinction (1992). Ponownie wyszło, że piszę głównie o kocie. Małżonek w ciagu dnia był w Balbriggan i wrócił do mnie bardzo stęskniony, gdyż dawno się nie widzieliśmy ;)

wtorek, 10 listopada 2020

327-329. Odpoczynek.

Niedziela.
Nie spieszyliśmy się ze wstawaniem. Poranek był więcej niż miły, a ja pachnąca szamponem. Na spore zakupy wyjechaliśmy pod wieczor, mamy prowiant na kilka zachcianek w dniach najbliższych: rosół, krokiety z pieczarkami i barszczem, naleśniki na słodko, sałatkę jarzynową. Załapaliśmy się na stanie w kolejce przed Tesco, na szczęście pogoda była całkiem w porządku. Wieczorem wspólny seans z Ninateki, odrestaurowana cyfrowo Lekcja martwego języka (1979) Majewskiego z Łukaszewiczem. Muzyka trochę zbyt łopatologiczna, ale to bardzo pięknie sfotografowany film.

Poniedziałek.
Fred powoli dochodzi do ładu po długich dniówkach i zmianach czasu pracy z dziennego na nocny. Bardzo mnie cieszy, gdy mogę mu rano zrobić kawę wiedząc, że cała reszta dnia jest tylko dla nas. Po śniadaniu i kawce wczesnym popołudniem podjechaliśmy na wiejską plażę gotowi na zmierzenie się z deszczem. Leciuchno popadało na nas tylko na początku. I tak szliśmy sobie opakowani goretexem, szczęśliwi. Po powrocie zagadnęłam do mamy w temacie odwiecznych poszukiwań nowego-starego kredensu i paczki, która właśnie przyszła z Empiku. Rodzice akurat wrócili z zakupów z zapasami różnych dóbr na wypadek tego nieszczęsnego lockdownu w Polsce. Podtrzymują dobry humor opowiadając o zwierzakach i meblach. Po południu kuchnia pachniała rosołem (już jest w zamrażarce), zrobiłam też sałatkę. Słuchaliśmy dużo dobrej muzyki na yt, Bowie, Iggy, Nick. Aż musiałam poczekać z zapytaniem, czy małżonek chce groszek do sałatki, czy nie, bo małżonek się wzruszał muzyką. Fred umył później naczynia nucąc piosenkę o marszałku Koniewie Piwnicy Pod Baranami. Wieczórem obejrzeliśmy Zmory (1978) Marczewskiego, ponownie na Ninatece. Stąd rozmowy do późnej nocy, które zastały nas we wtorek.

Wtorek.
Poranek, pierwsza zielona herbata, zaraz zjem sałatkę. O tej porze zazwyczaj przeglądam obserwowane blogi, właśnie słucham Stacey. Fred jeszcz śpi. Ryszard został wypuszczony po szóstej. Nie wiem kiedy wrócił, ale wiem, że skorzystał z otworzonego okna. Gdyż dzisiaj w kuchni była pliszka, a raczej to, co z niej zostało. Dzień dobry, dniu.

niedziela, 28 czerwca 2020

194. Niedziela wyborcza.

Rodzice z samego rana ustroili się odświętnie i wyposażeni w maski oraz rękawiczki żwawo pomaszerowali do urny wyborczej. Ich zdjęcia gotowych do tej akcji przywitały mnie o poranku razem z Rysiem pacającym mnie łapką po policzku. Większość dnia leje i mamy niedzielę na przeczekanie. Gotuję młode ziemniaki, które dostaliśmy od Katlin, w łupinkach jak mi poradzono, żeby doświadczyć całej wspaniałości smaku.

Skończyłam lekturę biografii Ciechowskiego pióra Stelmacha Lżejszy od fotografii (WL, 2018). Trochę brak w wypowiedziach balansu pomiędzy realiami a zachwytem, jak to w Polsce — o zmarłym w samych superlatywach, chyba że to Stalin lub Hitler. Nie chcę powiedzieć, że Ciechowski na tę krytykę zasługiwał, po prostu jestem pewna, że balans byłby inny, gdyby wywiadujący nie musieli się pod swoimi wypowiedziami podpisywać.

Z okazji wyborów zjedliśmy pod wieczór budyń waniliowy, tyle, że bez soczku. Jeszcze chwila rozmowy z mamą — ona zawsze przy wyborach twardo siedzi przed tv i przeżywa. Tymczasem my znudzeni komedią z de Funesem, porzuciliśmy ją, żeby na na ninatece obejrzeć Operę o Polsce Piotra Stasika (2017). Było warto. Krótko, dosadnie, o tym jak jest.

środa, 6 maja 2020

141. Środa.

Po bardzo dobrym śnie, Miękkie maszyny Karoliny Cichej (2012) grają nam do śniadania. Fred pojechał sam na zakupy. Nie zapomniał o ogórkach małosolnych dla mnie, przytargał też dwie kolejne lawendy, inne od tych, które niedawno sadziliśmy, już rozkwitłe w kształt pióropuszy. Podcinam sobie grzywkę. Wieczorem na ninatece.pl oglądamy kilka dokumentów, po kolei Siostry (2017) Michała Hytrosia o wiekowych benedyktynkach z podkrakowskich Staniątek, Siostry (1999) Pawła Łozińskiego o toksycznych relacjach między starszymi kobietami mieszkającymi w warszawskiej kamienicy, Na chwilę (2005) Wojciecha Staronia o dzieciach z Mołtajn (Mazury). Sprawdzamy na mapie, gdzie są te Mołtajny, przy okazji Fred przypomina sobie, że był kiedyś na koloniach w Szwałku i widział tam pierwszy raz w życiu toaletę alaturka (kucaną). To z jakieś 10 km do Czukt.
___
edit 23:18 Przez drzwi księżyc wchodzi do domu w pomarańczowej poświacie :)

poniedziałek, 16 marca 2020

89-90. Oddziaływania.

Niedziela.
Po południu, gdy Fred pojechał do pracy, posmarowałam bolący palec wskazujący Voltarolem i miałam taki atak paniki, że chyba więcej go nie użyję. Ostatnio zrobiłam się wrażliwa na takie dziwne historie, łeb mi wysiada, albo nabawiłam się uczulenia. No chyba, że to tak podziałała na mnie rozmowa z teściową przez telefon. Teściowie siedzą zamknięci w mieszkaniu i się boją. Tymczasem Fred wrócił z Północnej całkiem wcześnie, bo przed ósmą. Zgubił gdzieś swoją czapeczkę i punkowy szalik. Po pizzy zasiedliśmy do teatru tv na Ninatece, Komety (2015) w reżyserii Leszka Dawida z Kuleszą. Nie wiem o czym to było, ale dobrze zagrane.

Poniedziałek.





Przed południem poszliśmy na spacer, akurat morze zaczęło wracać. Chłodno, ale byliśmy właściwie odziani, marsz nas nie pokonał, tylko dodał wigoru. Już w domu Fred poprawia i renderuje, renderuje i poprawia, z pojedynczych scen zaczyna się układać coś dużego.

Jaki jest koronny argument mojego męża?
— Wcale że nie! 
___
edit 21:51 Skończyłam Księgę Komety — dość na temat, bo m.in. o epidemii dyzenterii we Lwowie 1759 roku. Wieczorem natomiast wyciągnęliśmy z domowej wideoteki Woody'ego Allena, tym razem Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się o to zapytać (1972), Burt Reynolds, taki młody, chyba jeszcze bez tupecika.

niedziela, 19 stycznia 2020

33. Niebo i plany.

Nie znalazłam krótkometrażówki Matuszyńskiego Niebo, którą chciałam legalnie obejrzeć w sieci, ale i tak, zanim Fred pojechał do pracy, rozmawialiśmy sobie o tym jak to jest, że dzięki chorobie (przynajmniej niektórzy) zostają wyzwoleni z tego, co wypada, albo co tam sobie kto uroił. Przypomina mi się pani Pi i jej złudzenie, że praca nadaje ważność jej życiu. Do tego słuchamy Najemnika Dżemu (1989) — teksty są diagnostyczne. Rysiu, chciałoby się powiedzieć, nie "panie, panie", tylko przestań brać! Muzyka niezła, to słowa drażnią.

Dopinam plan jak w czasie najbliższej wizyty w Polsce przemieścić się z lubelskiego do Wro. Kolejny bilet kupiony. Tymczasem niebo po pierwszej:



Cirrocumulusy/Altocumulusy nad wsią :) 
Wideokonferencja z rodzinką w Polsce (zapowiedziałam się z wizytą na luty). Dwieście przysiadów zrobione (i słabo mi w związku z tym). Na Ninatece wyhaczyłam inny film Matuszyńskiego, Offline, krótki metraż i fabuła w jednym (2012), film o tym jak internet wspiera młodzież w tym do czego ma ona naturalną skłonność — w życiu urojonym.

— To jest jedyna osoba, którą dobrze znam.
— A Ty ją w ogóle kiedyś widziałeś?


(fot. Mikael Jansson, 2010)

Idę poszukać na półce jakiejś płyty Iggy Popa ;) Dobranoc, pchły na noc.
PS. Pękłam ucho w ulubionym kubku mojego męża. Bu!