Kręciłam się i sapałam, a jak przyszło co do czego nie chciało mi się wstać (nad ranem mózg zaczął mi wymyślać dodatkowe pytania do testu o ageizmie). W końcu jednak trzeba było się zwlec, umyć włosy, zjeść śniadanie, ogarnąć powierzchnie płaskie, dopchnąć kolanem dobytek ruchomy i wyruszyć. Fred rozmawiał chwilę z teściową, która nie spędzi jednak świąt u szwagra, gdyż dojazd do młodszego syna byłby zbyt niebezpieczny ze względu na warunki drogowe. Warunki nie są jednak na tyle niebezpieczne, aby szwagier nie mógł przyjechać do niej (ona oczywiście nie nalega, tylko zaprasza i już przygotowuje potrawy). Logika teściowej na kilometr pachniała rybą drugiej świeżości, Kochany rozmawiał krótko, ja nie pisnęłam słowa.
Podróż zaczęła się niefajnie, bo mieliśmy w planach obiad na mieście, a tu bryndza, wszędzie korki, kolejki i wkurw (mój). Niby miałam sporo czasu do odlotu, ale co to za czas, jak na odchodnym nie mogę z mężem normalnie jak człowiek zjeść obiadu? Na szczęście, potem było już tylko lepiej. W samolocie obyło się bez tłoku. Obok mnie usiadła Ukrainka, która wybierała się na święta do Kijowa. Julija z hrabstwa Kerry. Dziwny kierunek w tych czasach, ale dziewczyna była zdeterminowana, żeby zobaczyć się z mężem. Rozmawiałyśmy o różnych sprawach, Rosjanach, mentalności, akcencie, życiu blisko frontu. Czas minął dzięki temu szybciej.
W domu rodzinnym nowe zasiedlenia. Przed drzwiami przywitał mnie Filemon, czarno-biały kot sąsiada z naprzeciwka, który teraz większość czasu spędza u rodziców (kot, nie sąsiad). W mieszkaniu babci Manii kwarantannę przechodzi Rozalka, trójkolorowa ciapulka, podobna trochę do Rózi, tylko mniejsza, z równie krótkimi łapulkami i szczurzym ogonkiem. No cóż robić? Kota się nie wyrzuca. Zjadłam pyszną kolację, poprawiłam kupnym ciastem uwielbianym przez mamę, wypiłam morze herbaty, obejrzałam zakończenie któregoś odcinka Columbo. Fred pokazał mi prezenty wręczone mu dzisiaj przez Katlin po tym jak wrócił do domu i Ryszarda (mam czapkę i duży szal). Przez chwilę zerkałam na telewizyjną relację spotkania Biden-Zełenski. W międzyczasie zapadła cisza przerywana gdzieniegdzie chrapulkowaniem ... domownicy powoli zapadają w sen ...
I tak to przegalopowałam cały dzień zimowego przesilenia. Będę dzieliła łóżko z Wojtusiem i Maksiem, bo już się zapowiedzieli i zajęli swoje miejsca na kołdrze. W pokoju śpią jeszcze Malinka i Maciej. Dobrych snów.
Taaa... Kota się nie wyrzuca... Ciekawe, że dla biednej Amber takiej wyrozumiałości nie masz :D
OdpowiedzUsuńUdanego pobytu u rodziców.
Właśnie! Amber nie powinna być wyrzucana ze swojego domu. Pomagamy jej w tym :)
UsuńDziękuję, dobrych świąt dla Ciebie.
Mój dzień był jak codzien, nawet nie odczuwłam przesilenia
OdpowiedzUsuń@Anszpi, ze względu na podróż dla mnie to był jeszcze krótszy dzień niż zwykle o tej porze roku.
Usuń