Strony

sobota, 24 grudnia 2022

1104. Dwudziestego czwartego.

Pierwsza pobudka: Wojtuś po ciemku wskrobał się na stolik i wypijał wodę z mojego kubka stojącego przy łóżku.

Z Porankiem Dwójki i Upiorem w eterze pokroiłam warzywa do sałatki i zawinęłam krokiety (wyszło szesnaście), mama przygotowała farsz do krokietów, płaty karpia do smażenia i kapustę z fasolą. Za oknem jesienne krajobrazy. Maciejek najpierw nadzorował prace kuchenne, potem dyskutował z tatą i Fredem o różnych ważnych sprawach (czternasta wilija, mógłby dużo na ten temat powiedzieć innym zwierzętom w domu rodziców):

I jeszcze Malinka, nasz prawie wilczarz, dla której to trzynasta zima (ostatnio głównie śpi rozciągnięta na chodniku w salonie, niechętnie się podnosi):

Kochany pierwszy raz ever miał okazję zjeść postną wodę ze śledzia:

Po zjedzeniu obiadu pojechaliśmy do Tcy z zamiarem wypicia kawy, kupienia zniczy i odwiedzenia grobów dziadków i pradziadków ze strony taty. Nic nie wynikło z części mojego misternego planu. Zaparkowaliśmy przed Muszkieterami na kilka chwil przed zamknięciem, nie wpuszczono nas, więc nie mieliśmy zniczy. Miasto wyglądało na opustoszałe z kobiet, po deptaku kręcili się głównie faceci, starsi, powiewający smutnie plastikowymi torbami, albo młodsi, szukający alkoholu. El Gato nie zawiodło jednak, obsługiwał nas ten sam chłopak, którego widziałam wczoraj, miły i kompetentny, nie spieszący się donikąd. 

Spróbowałam kawy z syfonu (bardzo dobra), Fred dokupił prezent dla rodziców na jutrzejszą rocznicę ślubu (serwer + dripper + używka brazylijska). Dopiliśmy napoje i przed trzecią ruszyliśmy do domu po drodze zajeżdżając na jeden z cmentarzy, gdzie nikt z rodziny oprócz moich rodziców już nie zagląda (wyrzuciliśmy do kosza chryzantemy ze święta zmarłych). 

Na kolacji wigilijnej nie było opłatka, bo gdzieś zawieruszyły się resztki z zeszłego roku. Ale były życzenia, poza tym uszka w barszczu, kapusta z fasolą, krokiety, karp, sałatka, prezenty (poza słodyczami i mandarynkami, od rodziców: dla Freda aliganckie chustki i jedwabna poszetka, dla mnie ciemnozielony, lisi szalik). Po wigilii Fred rozmawiał telefonicznie ze swoją mamą. Tak jak przypuszczałam, udało się jej postawić na swoim i sprowadzić gości do których rzekomo miała jechać wg planu z poprzedniego tygodnia. Bywają takie sytuacje. Na dobranoc dwa Vabanki. Jest mi błogo, to był dobry dzień, mogę spokojnie umyć ząbki i iść spać ;)

8 komentarzy:

  1. I tak powinno być świechno na naszych zasadach, tak jak sobie chcemy i wymarzymy.

    OdpowiedzUsuń
  2. No i dobrze, że był dobrze.
    Wesołych Świąt!

    (też dzisiaj trafiłem na sklep zamknięty pół godziny przed czasem, ale apteka była czynna tak, jak trzeba, więc watę kupiłem i choinkę mam porządnie ośnieżoną)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Dariuszu, Wesołych Świąt :)

      U nas choinka jest mikroskopijna (zapomniałam śnieg robiony z waty).

      Usuń
  3. Też nie miałam opłatka,ale znakomicie w tej roli spisał się chleb.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Marta, jakoś nie przyszło mi to do głowy. Nie przeszkodziło nam to życzyć sobie nawzajem miłych rzeczy i nawet się trochę wzruszyć :)

      Usuń

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.