Właśnie kończyłam oglądać drugą część The Moving Finger (1985), gdy otrzymałam taką wiadomość:
— I just baked some onion rolls — would you like some?sobota, 14 listopada 2020
333. Psia pogoda.
piątek, 13 listopada 2020
332. Piątek, trzynastego.
Od kilku dni wzmaga się mój ból zatok, takie powolne, wewnętrzne grzebanie, które powoduje, że budzę się zaglucona. Problem powraca od wiosny, a dzisiejszy dyskomfort jest pewnie związany z tym, że wczoraj na plaży szłam pod wiatr. Nie ma na to idealnego rozwiązania, antybiotyków nie chcę i wezmę to na przeczekanie, na tyle na ile mogę. Jeśli przestanie mnie głowa napierdalaćniczać, może zacznę używać wody morskiej, na razie jestem w złym nastroju i zabijam oddechem.
Małżonek podpisał nową umowę z naszym dostawcą internetu, zlikwidował telefon stacjonarny, który i tak się psuł, i ma na to konto zgrabniutkiego iphone'a — obsłużył go duży, rudy Ciarán w wieku średnim z długą, zadbaną brodą, równie rudą jak cała reszta dużego Ciarána. "Ciaran" po irlandzku oznacza "little dark-haired one", just so you know ;). Bo pojechaliśmy na zakupy do Drołdy i m.in. na pocieszkę kupiłam sobie w Bootsie dwa lakiery do paznokci, kolory 42 i 514 firmy Essie, którą bardzo lubię. Chciałam kupić Fredowi golarkę i nawet za nią zapłaciłam, ale okazało się, że na magazynie nie ma już żadnego egzemplarza. Zwrot pieniędzy dostałam do ręki, zamiast na kartę, ale nie robi mi to żadnej różnicy. W ogóle, nawet z bolącą głową jestem z rodzaju zgodnych klientek, które po prostu pragną radości i pokoju na świecie, chociaż są tacy, którzy przeciągają tę strunę — gdy wróciliśmy do domu, na podłodze w kuchni znowu zastaliśmy spory stosik czarnych piór. Ryszard potraktował sprawę z nonszalancją. Nic nie wie, bo go tu nie było.
Tak więc paznokcie u rąk mam w kolorze czekoladowym. Obejrzeliśmy do końca Obrazy bez autora (2018) i mam kłopot z oceną tego filmu. Główna postać artysty bardzo spaskudzona w scenariuszu, ale film mówi kilka ważnych prawd i po seansie rozmawiamy z mężem o roli sztuki w życiu. Paznokcie u stóp będą zaraz w tym drugim kolorze, różowym brokacie (odrósł mi paznokieć środkowego palca lewej stopy, który straciłam w marcu, rewelacja!)
czwartek, 12 listopada 2020
Postscriptum #331.
Pogoda ma wahania nastroju. Podjechaliśmy na krótki spacer po plaży, wiało nieco za bardzo, wróciliśmy więc do samochodu przez parking z turystycznymi przyczepami, pisałam już chyba, że lubię to miejsce po sezonie. Po powrocie do domu zawinęłam naleśniki, które upiekłam przed wyjściem, i w ten sposób na obiad były wigilijne krokiety z barszczykiem Krakusa. Fred położył się po obiedzie spać, a mi wypadło, że dwa razy rozmawiałam z mamą, bo obie zapaliłyśmy się do genealogii. Na tym zajęciu zeszło mi popołudnie aż do zmroku. Od nowa zacznę tworzyć linię prapradziadka ze strony taty, przyjmując do wiadomości, że nic nie wiem.
331. Poranek.
— Noc się zabrudziła dniem, poetycko oświadczyłam mężowi jakoś po tym, gdy mi powiedział, że w czwartek też mnie kocha. Dzień zapowiada się na przyjemny. Mewy jeszcze nienaoliwione skrzypią nad Judżinem, gdy zaparzam pierwszą herbatę. Słonko właśnie wzeszło tuż nad domami osiedla przy Kirku i teraz pierwsze promienie padają na dom Judżina i trawnik przed nim, tam gdzie przed chwilą dwa gawrony zastanawiały się, czy ryzykować konfrontację z dwiema larusami srebrzystymi (młode, w pierwszym zimowym opierzeniu) nad starym pieczywem. Witaj, dniu :)
środa, 11 listopada 2020
330. Dzień Niepodległości.
Wiatr i coraz gęstszy deszcz naganiany nad nasz zakątek przez niż nad Atlantykiem — tak jest w zasadzie od nocy. Siedzimy więc w domku we troje, Ryś wyszedł tylko na chwilę i zamókł mu ogon, który matka musiała osuszyć papierowym ręcznikiem. O tej porze mrok gęstnieje. Szybko. Pod pretekstem prasowania obejrzałam pierwszą część klasycznej Panny Marple z lat 80-tych, której kawałek widziałam w lutym. The Body in the Library (1984) w trzech odcinkach, naprawdę perełka, poza tym w oryginale ogląda się to jakoś inaczej, wznioślej. Wersja z McEwan jest wystawniejsza, szybsza, za to Marple grana przez Hickson ma w sobie brytyjski dowcip, patynę i grozę. Fred doczytuje książkę, ja też się pewnie złapię którejś z napoczętych lektur.
11 listopada w Wawie, jak to się dzieje od kilku lat, na ulice wyszli faszyści, a purpuraci w świątyniach gulgoczą homilie przed przedstawicielami władzy, która wykorzystuje każdą okazję, żeby podlizać się ołtarzowi. Gulgoty są potem cytowane przez portale informacyjne, jakby zawarte w nich słowa miały sensowną treść. Daleko od tej specyficznej zawiesiny, u nas na obiad będzie Fredowe spaghetti, potem rozmowa, być może wieczorem film.
___
edit 21:20 Próbowaliśmy z filmem — przez godzinę oglądaliśmy Obrazy bez autora (2018) von Donnersmarcka, ale internet tak rwał, że zdecydowaliśmy się przenieść resztę na jutro. Film jest długi (trzy godziny) i wymaga skupienia. W tym czasie Rysio kilkakrotnie z fotela wchodził na parapet zasłoniętego okna, tylko mame, trzym fotel, roletę to ja sam, to trzymałam, bo fotel jest obrotowy. Wiatr nareszcie ustał. Jeszcze nie idziemy spać. Na razie zielona herbata, prysznic, lektura, Fred ślęczy nad tekstem.
wtorek, 10 listopada 2020
Postscriptum #329.
Przez większość dnia ciemne, niskie chmury, takie, jakie czasem śnią mi się w koszmarach, wisiały nad naszym wybrzeżem, było za to dość ciepło i bezwietrznie. Potrzebny był nam świeży chleb i kawa w ziarnach, gdyż mam w domu smoka kawowego, pojechaliśmy więc do Drołdy. W Lidlu nie było ulubionej kawy Freda (Zambia), stąd mamy trzy różne paczki z Tesco do testowania, w tym ziarna Costy. Wycieczka była krótka i konkretna, wróciliśmy drogą nadbrzeżną i po zjedzeniu rosołu obejrzeliśmy głośny już reportaż TVN-u Don Stanislao. W związku z tym wiele przemyśleń, w tym i to, że taka jest hierarchia kościoła jacy jego członkowie. Mało kto faktycznie wierzy, za to wszyscy pchają się do sakramentów, bo to nawiązuje relację z wielowiekową zabobonnością narodu, a potrzeba kultu jednostki jest po prostu normą obecną w domu, w szkole, w pracy. Dziwisz, chłopak z Rawy Wyżnej, liczba ludności ok. 4 tysięcy. Uczony tego, czego uczono nas wszystkich. Żeby być skromnym. I on jest skromny.
327-329. Odpoczynek.
Niedziela.
Nie spieszyliśmy się ze wstawaniem. Poranek był więcej niż miły, a ja pachnąca szamponem. Na spore zakupy wyjechaliśmy pod wieczor, mamy prowiant na kilka zachcianek w dniach najbliższych: rosół, krokiety z pieczarkami i barszczem, naleśniki na słodko, sałatkę jarzynową. Załapaliśmy się na stanie w kolejce przed Tesco, na szczęście pogoda była całkiem w porządku. Wieczorem wspólny seans z Ninateki, odrestaurowana cyfrowo Lekcja martwego języka (1979) Majewskiego z Łukaszewiczem. Muzyka trochę zbyt łopatologiczna, ale to bardzo pięknie sfotografowany film.
Poniedziałek.
Fred powoli dochodzi do ładu po długich dniówkach i zmianach czasu pracy z dziennego na nocny. Bardzo mnie cieszy, gdy mogę mu rano zrobić kawę wiedząc, że cała reszta dnia jest tylko dla nas. Po śniadaniu i kawce wczesnym popołudniem podjechaliśmy na wiejską plażę gotowi na zmierzenie się z deszczem. Leciuchno popadało na nas tylko na początku. I tak szliśmy sobie opakowani goretexem, szczęśliwi. Po powrocie zagadnęłam do mamy w temacie odwiecznych poszukiwań nowego-starego kredensu i paczki, która właśnie przyszła z Empiku. Rodzice akurat wrócili z zakupów z zapasami różnych dóbr na wypadek tego nieszczęsnego lockdownu w Polsce. Podtrzymują dobry humor opowiadając o zwierzakach i meblach. Po południu kuchnia pachniała rosołem (już jest w zamrażarce), zrobiłam też sałatkę. Słuchaliśmy dużo dobrej muzyki na yt, Bowie, Iggy, Nick. Aż musiałam poczekać z zapytaniem, czy małżonek chce groszek do sałatki, czy nie, bo małżonek się wzruszał muzyką. Fred umył później naczynia nucąc piosenkę o marszałku Koniewie Piwnicy Pod Baranami. Wieczórem obejrzeliśmy Zmory (1978) Marczewskiego, ponownie na Ninatece. Stąd rozmowy do późnej nocy, które zastały nas we wtorek.
Wtorek.
Poranek, pierwsza zielona herbata, zaraz zjem sałatkę. O tej porze zazwyczaj przeglądam obserwowane blogi, właśnie słucham Stacey. Fred jeszcz śpi. Ryszard został wypuszczony po szóstej. Nie wiem kiedy wrócił, ale wiem, że skorzystał z otworzonego okna. Gdyż dzisiaj w kuchni była pliszka, a raczej to, co z niej zostało. Dzień dobry, dniu.
niedziela, 8 listopada 2020
sobota, 7 listopada 2020
326. Zimowe kapcie.
Właśnie w nie wskoczyłam. Niby ciepło, ale nie ma się co oszukiwać. Mój spacer był po tym, jak wrócił Fred, dzisiaj naprawdę późno (9:40) i skonany. Z kolorów dominuje jasna szarość przez którą prześwieca trochę słońca, w wieś wpływają strzępki morskiej mgły. Kochany, śpiący teraz jak mops, zrobił małe zakupy spożywcze, więc dzisiaj darujemy sobie wieczorny wyjazd do miasta — niczego nam nie brakuje.
___
edit o poranku dnia następnego: nie działo się nic takiego poza tym, że mąż wstał wieczorem i zrobił swojej leniwej żonie późny obiad. W głośnikach pierwsza płyta Voo Voo. Gadaliśmy, ale my zawsze gadamy, nawet trochę o polityce zagranicznej, bo ogłoszono nareszcie, po wielu dniach, że wygrał Biden. Nie znam go, więc raczej cieszę się z porażki Pomarańczowego, bo to daje nadzieję na schyłek rodzimych cudaków. Anne w końcu może odetchnąć z ulgą — nasza jogo-wege sąsiadka z pewnością nie jest letnia, poglądy ma wyraziste i czekała na ogłoszenie oficjalnych wyników ze starganymi nerwami.
piątek, 6 listopada 2020
325. Niespodziewany prezent.
Właśnie wcinam owsiankę z bananami, ręczniki suszą się w słońcu, po powrocie z plaży na kwiatku przed domem zauważyłam nawet jednego spóźnionego motyla.
Bo jest tak — prognozy zapowiadają nam w najbliższym czasie pogodę arktyczną, tymczasem dzisiaj wstałam do babiego lata. Fred nadjechał z pracy o dziewiątej, w tym czasie jadłam śniadanie, i gdy mąż układał się do snu, ja ręczniki hops do pralki i wyszłam na spacer. Po wczorajszej infekcji nie ma na razie śladu (poszłam spać niecodziennie wcześnie i chyba to pomogło mi zregenerować siły). Z plaży po prostu nie chciało się schodzić, niektórzy spacerowicze wybierali się na Głowę, inni korzystając z odpływu przeprawiali się do Termon, i tak jak mówił Fred, na horyzoncie zniknęło to wielkiej coś, co straszyło na nim od jakiegoś czasu. Słońce, lekki wiatr, w powietrzu rozrzutnie z 12 stopni. Gdybyż można było tę aurę zatrzymać choć na kilka dni!
___
edit 19:30 Przed chwilą Fred wyruszył po raz ostatni w tym tygodniu do Północnej. Strasznie mnie gniewa, że podwozi dziś do pracy znajomą Chinkę. Jest lockdown, nie możemy wchodzić do domów obcych ludzi, tymczasem ktoś kto nie ma samochodu pcha się do pracy codziennie w innym pojeździe, zamiast iść na (bardzo solidny) zasiłek covidowy. Za bardzo kojarzy mi się to z "niezbędnymi" koleżankami, które zaglucone bakterią przychodziły do szkoły w poczuciu misji, żebym ja też mogła jej skosztować (i bakterii, i misji). Chinka podobno mała. Mała czy niemała, ma się opakować w maskę.
Ostatnio nie oglądaliśmy wspólnie filmów, bo (poza brakiem czasu) wysiadł głośnik, który przez bluetooth podłączaliśmy do komputera. Rano mąż przywiózł nowy, Akai, malutki, ale ma swoją moc, zobaczymy jak się będzie sprawował. I dostałam też od Freda prezent niespodziewany — lniany, szary żakiet DKNY w różowate prążki, już na przyszły, ciepły sezon. Czyli jak w tytule dzisiejszego posta, chociaż tytuł nie był o tym :). Poza tym w ciągu dnia rozmawiałam z mamą, która znowu pracuje zdalnie w tym syfie, który się zrobił w Polsce. Uprzedziłam ją o dużym zamówieniu z Empiku zmierzającym już w ich kierunku.
Kot grzecznie śpi w łóżku na miejscu Freda. Ja chętnie obejrzałabym kolejny odcinek Campiona, bo druga część, którą widziałam wczoraj, dwuodcinkowa Police at the Funeral, okazała się o wiele bardziej zachęcająca od pierwszej. Tyle, że w sieci jest tylko Mystery Miles, dwupak kończący cały serial. What a disgrace! No trudno ;)
Soundtrack dnia: The Time, Możdżer-Danielsson-Fresco (2005).
czwartek, 5 listopada 2020
324. Brrrr.
Fred właśnie wyjechał do pracy w Północnej, kończy o siódmej rano, jutro podobnie, dwie noce spędzę z Rysiem. Nie wyściubiłam nosa z domu przez cały czwartek, jeśli nie liczyć tęsknej inspekcji stanu kwiatków przed domem (astilbe w dużej części już wyłysiały, narożna lawenda ostatecznie dokonała żywota, nadal bardzo ładnie trzymają się młodociane hortensje). Od rana mam lekkie zapalenie gardła i słabo się czuję, więc piję, jem i baluję. Pogoda jest ciut cieplejsza niż w ostatnich dniach (moja strata), dom się jednak nieco wychłodził i Fred o stopień podniósł temperaturę w termostacie. Na wieczór/noc przewiduję lektury, serial i podgrzewane łóżeczko.
środa, 4 listopada 2020
323. Wczesny początek.
Było gdzieś przed siódmą, gdy zaspana jak zimowy świstak dostałam buzi i Fred wyfrunął do Północnej z plecakiem i pracowniczą mycką na głowie. Nie mogłam już spać. Wrzuciłam pranie do pralki, przeczytałam kilka wierszy Bursy z Dzieł (prawie) wszystkich Znaku i nastawiłam wodę na spaghetti. Na śniadanie będzie pesto i pierwszy odcinek (w zasadzie dwupak) starego serialu kryminalnego Campion (1989-90). Poranek jest na razie niesamowicie jasny, klarowny, dojmująco zimny, taki jak czasami zdarzał się na zachodzie Polski, gdy wychodziłam na przystanek. Zdecydowałam, że tom Bursy w najbliższym czasie doczytam do końca. Nie zdecydowałam jeszcze, czy pójdę na spacer po śniadaniu
___
edit o poranku dnia następnego: to się chyba nie stanie regułą :) Po południu nie działo się nic szczególnego. Na spacer faktycznie nie poszłam, a Fred wrócił aż przed ósmą, nawet się trochę martwiłam. Anne przygotowywała się do oblewania/żałoby po wyniku wyborów prezydenckich w USA już we wtorek, tymczasem kuriozalny klincz pomiędzy Pomarańczowym i Bidenem trwa do teraz.
wtorek, 3 listopada 2020
322. Rześki poranek.
Właśnie wróciłam z godzinnego marszu do plaży i z powrotem, pogadałam z kotem i dałam mu drugie śniadanie (czekał na mnie grzecznie w domu, choć zostawiłam mu otwarte okno), a teraz czarna herbata z miodem. Policzki mam nadal zmrożone, pomimo oślepiającego słońca w powietrzu jest odczucie mokrego chłodu i poranna deszczówka krzepnie na chodnikach. Nad morzem pustki, statki przy wejściu do rzeki czekają na przypływ, dziwna konstrukcja na północno-wschodnim horyzoncie nadal stoi w tym samym miejscu, a morze wyrzuca świeże, jeszcze niewypolerowane piaskiem muszle, takie jak ta:
__poniedziałek, 2 listopada 2020
321. Pierwszy poniedziałek listopada.
Mój najmniej ulubiony miesiąc. Deszcz-słońce-chmury i deszcz. Tak ma się rozkład dnia na tę chwilę. W zasadzie już byłam gotowa do spaceru na plażę, ale zakreśliłam tylko kółko po osiedlu zaniepokojna coraz gęstszym kapuśniaczkiem pocinającym z nieba. Zamiast tego zrobiłam 100 przysiadów i sałatkę ziemniaczaną z jabłkiem i porem oraz dokończyłam ostatecznie serię szerlokową z Brettem. Mam nadzieję, że Fred wkrótce wróci z pracy, tym razem ma kilka zleceń o ludzkiej porze, nadal w Północnej.
___
edit 22:50 Zaczęłam czytać wydanie Dubliners Joyce'a (Penguin Books, 2000), które kupiłam w lipcu w stolicy. Nieźle opracowane, kartki pachną jak w książkach mojego dzieciństwa, pierwsze podejście było przyjemne. Fred wrócił z bukietem róż i jeszcze będąc w mundurze złożył urodzinowe życzenia swojemu tacie, po czy zabrał się za robienie nam obiadu. Zjedliśmy steki. Małżonek zmyka spać, kot też, ja jeszcze suszę włosy.
niedziela, 1 listopada 2020
320. Tutaj.
Na kota czekałam, literalnie, do północy — usłyszałam o tej porze łapki istoty wskakującej na parapet z zewnętrznej strony okna. Gdy wstałam sprawdzić, Ryszard akurat przeskoczył na pokrywę śmietnika i intensywnie patrzył w kierunku wschodzącego księżyca, widocznie musiał powiedzieć narta duchom, które się za nim przywlokły do naszego ogródka. Zawołany, ucieszył się i energicznie wlazł do domu, pewnie miło spędził halloweenowy wieczór. Fred wrócił o spodziewanej godzinie i miałam dla niego taką radosną nowinę, że kot był nie zaginął z zapaleniem płuc jak ostatnio. Teraz oboje śpią w jednym łóżku, wchodzę do sypialni, a tam dwa chrapiące ryjki w fazie nrem :)
Nie brakuje mi 1 listopada w Polsce, od wielu lat z rodziną święta były ostrożne, spokojne, nasze. Teraz jestem tutaj i jest dobrze. W naszej Irlandii to pierwszy dzień zimy; pierwszy sztorm sezonu, Aiden, wysztormia się do pusta.
Wróciłam do zapisywania tego, co robię, bo bardzo potrzebuję ustrukturyzowania dnia, ewaluacji, coraz bardziej się ze wszystkim rozłażę, niedługo zrobię się gnuśną, starą babą. Mam niby-bullet journal, stary zeszyt w którym zapisuję jakie mam nawyki. Cieszy mnie pisanie piórem.
A Szerlok u mnie na wykończeniu. Wczorajszy odcinek, The Golden Pince Nez, był wspaniale zagrany, Brett miał jakby więcej wigoru, chwilami powróciła zalotność postaci z dwóch pierwszych sezonów. Czekając na przebudzenie męża, z okazji święta zmarłych zapewne pochłonę dwa kolejne odcinki.


