Ziew, wstawać się nie chce. Poranki są zimne, ale widać, że wiosna i to mnie bardzo buduje. Po przebudzeniu przypomniał mi się wczorajszy sen o starzejącej się Madonnie, pospołu ze snem dzisiejszym o tym, jak to w podróży pomiędzy miejscami zatrzymałam się gdzieś i miałam iść spać, ale nie poszłam i nagle zrobiło się przed trzecią rano, a pobudka była o szóstej.
Faktycznie pobudka była o szóstej. Mąż jeszcze w domu, odrzucił moją hipotezę o tym, że lewa ręka nadal mu rośnie, pocałowaliśmy się i wyjechał. W pracy wyłaziłam po mieście 10 tys. kroków. Pogoda była wiosenna, ale zmęczyło mnie to kręcenie się naokoło, wieczorem już nic się mi nie chce (miałam oglądać kolejną ramotę z Mikulskim, ale dałam sobie spokój po kilku minutach; nie ta głowa). Poza tym rozmawiałam z mamą. Poza tym raz na jakiś czas okazuje się, że moja logika nie odbiega od logiki świata — drugi kurs TT ma deadline w maju tak jak sobie to we własnej głowie ustaliłam, a nie we wtorek, który jak wiadomo minął. No i dobrze, to może do niego podejdę, pomyślę o tym jutro. Czarna herbata się nam skończyła, trzeba kupić Barry's. Fred przywiózł z pracy dwie półki, bo były po €10. Mają być na kubki, których liczba się nam rozrasta w tempie niekontrolowanym.






















