Strony

czwartek, 13 kwietnia 2023

1214. Na dobre.

Ziew, wstawać się nie chce. Poranki są zimne, ale widać, że wiosna i to mnie bardzo buduje. Po przebudzeniu przypomniał mi się wczorajszy sen o starzejącej się Madonnie, pospołu ze snem dzisiejszym o tym, jak to w podróży pomiędzy miejscami zatrzymałam się gdzieś i miałam iść spać, ale nie poszłam i nagle zrobiło się przed trzecią rano, a pobudka była o szóstej. 

Faktycznie pobudka była o szóstej. Mąż jeszcze w domu, odrzucił moją hipotezę o tym, że lewa ręka nadal mu rośnie, pocałowaliśmy się i wyjechał. W pracy wyłaziłam po mieście 10 tys. kroków. Pogoda była wiosenna, ale zmęczyło mnie to kręcenie się naokoło, wieczorem już nic się mi nie chce (miałam oglądać kolejną ramotę z Mikulskim, ale dałam sobie spokój po kilku minutach; nie ta głowa). Poza tym rozmawiałam z mamą. Poza tym raz na jakiś czas okazuje się, że moja logika nie odbiega od logiki świata — drugi kurs TT ma deadline w maju tak jak sobie to we własnej głowie ustaliłam, a nie we wtorek, który jak wiadomo minął. No i dobrze, to może do niego podejdę, pomyślę o tym jutro. Czarna herbata się nam skończyła, trzeba kupić Barry's. Fred przywiózł z pracy dwie półki, bo były po €10. Mają być na kubki, których liczba się nam rozrasta w tempie niekontrolowanym.

środa, 12 kwietnia 2023

1213. Pożyteczność.

Dwanaście malutkich wrzosów wysadzonych zostało przed domem. Zrobiłam to zaraz po śniadaniu, popędzona refleksją, że za dużo czasu spędzam przy komputerze i trzeba rozruszać kości. Ryszard zadowolony, asystował mi ze sztandarem ogona podniesionym na "urzęduję i w domu wszyscy zdrowi". Dosypałam ptakom ziaren, zadzwoniłam do tatki, czatowałam chwilę z Katlin, bo akurat wróciła ze wsi. Gdy dziobałam w ziemi zadzwonił Fred, żeby się podzielić najnowszą wiadomością: kolega z hospicjum zmarł. Adam mu było. Dwudziestego dziewiątego marca jeszcze z Fredem rozmawiał. Mężowi został bilet do Niemiec na weekend majowy.

Bella Vista nadal kwitnie:

Do otwarcia zbierają się maciupeńsie Golden Bells (tutaj gdzieniegdzie widać rosnące z nimi, jeszcze zamknięte, tulipany Little Princess):


Pocieszne karły. Pogoda po południu się rozgrzebała, na szczęście nie wieje aż tak bardzo, jakby mogło wiać. Obejrzałam ostatni odcinek 19 sezonu Midsomer Murders, zrobiłam sobie drzemkę obok kota i zaczęłam mieszać w obiedzie. Fred wrócił akurat, gdy zerkałam na Spotkanie ze szpiegiem (1964), peerelowską ramotę z Zapasiewiczem (przypominał młodego Stalina) i Mikulskim. Zaczynam powoli statystykę do magisterki, na razie mocuję się z programem, Kochany tymczasem robi gulasz, przez otwarte okno zapach się unosi na całym mokrym od deszczu osiedlu.

wtorek, 11 kwietnia 2023

1212. Powielkanocność.

Zadziwiające, co może człowieka cieszyć. Mnie np. zmiana sposobu wypłat drugiej pensji. Nie muszę już z początkiem tygodnia kserować rozpiski godzin i czatować na Gronję, wszystko wklepuję do sieci, enter i akceptacja odbywa się wirtualnie.

Z rana było zimno, ale znośnie. Wsiadłam z dwójką sąsiadów do pustego autobusu. Kierowca też jeszcze nieprzytomny. Dałam mu dwudziestkę, na którą patrzył przez moment wzrokiem ojca Dougala, jakby się miał zaraz przeżegnać nie wiadomo z której ręki. Dałaś mi dwudziestkę? zapytał patrząc na banknot. Aha. Trochę czasu minęło zanim to sobie przecałkował i oddał mi 16.20.

Przez większość dnia drukowałam, drukowałam, drukowałam i tak zleciało do po trzeciej. Wtedy już lało na zewnątrz, więc przemknęłam w kierunku przystanku bardzo energicznie. Kota zastałam w domu, zaspanego i niezadowolonego ze stanu pogody, pocieszka jedzeniowa była słuszna i zbawienna. Kochany przyjechał później, oboje jesteśmy jakoś takoś zmiażdżeni nagłą powielkanocnością ... mnie drapie gardło, ogon się ciągnie. Małżonek jest już gotów do snu, wcześniej rozmawialiśmy o naszych znajomych siłaczkach, które więdną i gorzknieją w oczach (mało optymistyczny temat, oraz z lekka wkurwiający). Plusy poniedziałkowego wtorku? Jutro nie jadę do pracy, bo byłam dzisiaj. 
___
22:10 no i sztorm wyje. najs.

poniedziałek, 10 kwietnia 2023

1211. Dziesiąty kwietnia.

Dalszy ciąg wielkanocnego gnieżdżenia się. W południe wybraliśmy się na zakupy spożywcze, bo od jutra jesteśmy oboje w rozjazdach. Kobieta w Tesco pochwaliła Fredowe buty i zapytała mnie, ile lat mi zajęło rozwijanie mężowskiego stylu ... zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że ani dnia temu nie poświęciłam. Poza tym zajrzeliśmy do Costy. Pogoda w kratkę, przelotne deszcze dwa razy zamieniły się w grad, pomiędzy opadami poszliśmy na spacer nad rzekę Boyne. Tutaj deszczowe chmury nad miastem:


W ogrodzie Oldbridge kwitną już grusze i rododendrony. Najpierw byliśmy z Kochanym za murem, potem na spacerze ścieżką wzdłuż kanału, która częściowo była w błotku, tak jak się nam zdawało, że będzie. 




Gdy ufaflunieni rozmokłą ziemią doszliśmy do parkingu, ponownie spadł deszcz. Po powrocie do domu Kochany zrobił obiad (kalafior z beszamelem), a ja ściubiłam nonsensy i nanosiłam ostatnie poprawki do poprawek. Obejrzeliśmy z Fredem drugi odcinek Nocy i dni, i tak jakoś na gadaniu zeszedł nam wieczór, że Kochany zupełnie zapomniał o swoim planie robienia gulaszu (wołowina jest w lodówce). Wideoklip z lekcją do kursu TT właśnie wysyłam, super wolno się ładuje na stronę. Nie bardzo wierzę, że kurs zaliczę, wszystko jest raczej słabej jakości, głównie dlatego, że nic a nic mnie to w tej chwili nie interesuje. Już do irlandzkiego nabrałam ociupinkę więcej serca po zajęciach w zeszłym tygodniu (a może tak działa na mnie myśl, że mam tydzień przerwy?). Nadal czekam patrząc na kręcące się kółko. Jutro rano do pracy na dłużej, trzeba będzie mózg pozbierać z kawałków.

niedziela, 9 kwietnia 2023

1210. Spokój.

Obudziło mnie zimno — z powodu sierściucha okno było otwarte, a pogoda się nam dzisiaj całkiem skiepściła. Zrobiłam sobie herbatę, wymieszałam pomidory z mozzarellą i gzik z rzodkiewką, zagotowałam jajka, wyrzuciłam do śmieci niedorobione guacamole (kłamliwe awokado było niedojrzałe). Do tego na talerzu pokrojona papryka i kabanosy. Zadzwoniłam do rodziców, którzy byli już po śniadaniu i zdali mi raport ze zdrowia oraz pogody. Fred wstał przed dziesiątą, zrobiłam mu kawę, włączyłam Voo Voo z kobietami (2003), po dziesiątej zabraliśmy się za śniadanko, potem za drugą kawę i jogurt z granolą na deser. Fred zadzwonił do moich rodziców oraz do swojej mamy, która akurat pieszo wędrowała po Wawie od córki do syna. I tak się poturlała ta leniwa niedziela. Obejrzeliśmy odcinek Sherlocka, 3.01 (2014), taki sobie, trochę za szybki, albo to ja zwalniam. Fred przy punkowych dźwiękach wyprasował sterty ubrań, ja poszłam na długą drzemkę regeneracyjną. Po późnym obiedzie obejrzeliśmy też pierwszy odcinek Nocy i dni (klasyka, lubię, chociaż mnie przygnębia). Jeszcze Gosi ze Szkocji haul zakupowy i to by było na tyle. Mało się dzisiaj ruszałam, więc kilka przysiadów i po niedzieli.

Postscriptum #1209.







sobota, 8 kwietnia 2023

1209. Better.

Napięcie puściło, ból pleców dopiero w trakcie dnia, chociaż starałam się spać bezpoduszkowo. W Polsce mama naprodukowała galaretki z kurzyny, które tatko posłusznie wynosił na piętro, a u nas jajecznica z grzybami na śniadanie i powolny rozruch przy podwójnej dawce płyty Świnie (1985), kurde, jaka to dobra płyta jest! Wydrukowałam nam bilety na Aidę ze strony NCH, żeby sobie przy okazji uświadomić, że jedziemy na dziewiętnastą trzydzieści, nie na siedemnastą (w głowie namieszał mi zapis właściwej godziny jako 7 pm). Zrobimy zakupy jedzeniowe na weekend, będzie spacer po Dublinie i takie tam inne, tulanie się i chodzenie za rączkę.
___
edit 00:30 Był obiad w Il Forno, kawa w Czarnej, szybkie zakupy w Lidlu (gdyż gziczki na jutro się mi zachciało), w końcu dobrze po piątej wyrwaliśmy się w kierunku stolicy. Na miejscu było trochę czasu, żeby zajść budynek NCH od tyłu, do Iveagh Gardens, gdzie róże jeszcze śpią, za to działa wiktoriańska fontanna. Kochany zrobił mi zdjęcie w moim musztardowym bereciku, ja go uwieczniłam jak śpiewa piosenkę w towarzystwie pomnika McCormacka, i nie wiadomo kiedy zrobiła się siódma wieczorem. Irlandzka opera narodowa rozpuściła nas rozmachem, tymczasem to było coś całkiem innego — jak Fred zauważył, teatr wojenny. Gepardzie skóry z kocyka, Faraon w sandałkach z Penneysa, pożyczony balet — myślę, że podobnie mogły wyglądać przedstawienia wystawiane w XIX wieku i trochę tak się czułam, cofnięta w czasie, co wcale nie było nieprzyjemne. Na bis odśpiewano hymn Ukrainy. Aida w wykonaniu Eleny Dee była naprawdę dobra, towarzyszyli jej kształcona w Doniecku Natalia Matveeva (Amneris) i Vitalii Liskovetskyi (Radames) z opery kijowskiej. Wyrabiamy się ;)  

piątek, 7 kwietnia 2023

1208. Gupia.

Leżenie nie pomaga, a w zasadzie wygląda jakby szkodziło. Ból pleców znowu mnie budził. Tymczasem pogoda ładna, więc z rana nastawiłam pranie, zjadłam resztki z wczorajszej kofty, przeszłam się z Celtem nad morze. Reszta dnia została zepsuta pracą nad zadaniami do TT, które tak zaczęłam przeredagowywać, że trzeba je było pisać od nowa. Jeszcze nie skończyłam, i tylko jednym uchem usłyszałam życzenia świateczne od cioci Ce i Kaś Matki Kotów. Fred wróciwszy z pracy zajął się wszystkimi normalnymi sprawami, łącznie z obiadem i rozmowami z rodziną.

czwartek, 6 kwietnia 2023

1207. Obchody.

Coś mi znowu weszło w plecy, ale rozchodziłam to do południa. Sprawy związane z jednym kursem TT dograne, teraz tylko doprodukować teorię i wysłać zadania. Jubilat przyjechał po mnie o czwartej, podarował mi świeżo kupioną książkę, We Don't Know Ourselves Fintana O'Toole'a; zjedliśmy obiad w Cedar Gate i poszliśmy na kawę/herbatę do Czarnej.

Gdy wyjeżdżaliśmy do Woodiesa (kupić dwie hebe Veronica: rhubarb & custard oraz strawberries with cream), przez messengera zadzwonił Celt z życzeniami urodzinowymi. Przeszliśmy się z nim po sklepie ogrodniczym, wracając do domu pokazaliśmy mu naszą prowincję oraz zapoznałam Celta z Anne i Majkelem, bo sąsiedzi wyszli na ulicę śpiewając Kochanemu Happy birthday (+ chcieli zapytać z czym się je polski twaróg). Ryszarda nie było w domu od rana, więc korzystając z okazji, że jesteśmy ubrani wyjściowo pociągnęliśmy jeszcze Celta na krótką rundkę dookoła komina w celu nęcenia kota. Tak, że ten ... przyjaciel został wirtualnie wyspacerowany do imentu i przy okazji miał okazję doświadczyć, dlaczego lubimy tu mieszkać.

W domu czekał na mnie zajebisty kubek z rudym kotem (z serii Typerary Crystal; Kochany argumentuje, że naprawdę nie mamy miejsca, ale ten jeszcze da radę). Mąż odebrał życzenia od Stu (bratankowie, w tym pan lat cztery i pół, zaintonowali sto lat), potem od Wu. Mama Freda, Usz i mój tata dzwonili w ciągu dnia, moja mama wypowiedziała się na fejsbuku. Gdy wszystko już było przyklepane, a życzonych lat zebrało się z tysiąc, zasiedliśmy do ostatniego odcinka Drogi (i tu pozytywna niespodzianka, bo przynajmniej dziecięcy aktor grał bardzo naturalnie). 

Dużo dzisiaj mówiłam i jestem zmęczona własnym nadawaniem. Pogoda była zdradliwie ciepła (przez co teraz kicham), jutro zaczynamy długi weekend (Fred jeszcze musi skoczyć o brzasku do pracy, u mnie wolne), więc liczę na utrzymanie się dobrej aury i związane z tym ekscesy pralniczo-ogrodowe. Koniec gadania, mózg chce odpocząć.

Postscriptum #1206.

Wieczór był interesujący, zaiste. Kochany zaparkował na Handy Park (ten sam parking, co ostatnio, gdy byliśmy tu razem) i z buta wędrowaliśmy do Ulster Hall. Na biletach mieliśmy godzinę 19:00, ale koncert zaczął się godzinę później i chyba takie od początku było założenie. Fred spieszył się na siódmą i przez to nie wypił kawy gdzieś w drodze (zgrzyt zupełnie niepotrzebny). 

Budynek stary jak drut, widać, że wiktoriańska robota, poza tym od samego wejścia podjarałam się informacją, że grał tam Rory (zawieszono na tę okazję tablicę pamiątkową, choć powiedzmy sobie jasno, Rory grał wszędzie; niemniej rozczulające było dla mnie, że gdy wychodziliśmy, nie tylko Fred robił zdjęcia tej tablicy. Gallagher jest tu kimś i tak powinno być). 


Jeśli chodzi o sam koncert ... byłam zaskoczona, jak dobrze brzmi Van Morrison (bo to o nim mowa). Przyjechał ze spora grupą muzyków, którzy okrasili występ solówkami. Ogólnie brzmienie trochę z pierwszej połowy lat 60tych, do tego Morrison dorzucił kontrowersję o kowidzie, która pewnie przysporzyła mu wrogów/wielbicieli, a mnie nic a nic nie obeszła, ponieważ jestem ponad to. 

Dobry wieczór, powrót na piechotę przez powoli wyludniające się miasto wzbogacił mnie o nowe obserwacje (np. duże mewy morskie po zmroku nie idą spać, tylko śmigają nad arteriami ulic błyskając brzuchami podświetlonymi sztucznym słońcem).

środa, 5 kwietnia 2023

1206. W środku dnia.

Stanley pierwszy raz przydał się mi z rana, brawo Stanley (nie zjadłam w domu śniadania, bo gdyż nie)! W pracy byłam skrzyżowaniem zdezorientowanego Vincenta Vegi z Phoebe Buffay biegającą po Central Park. Na szczęście Kochany ma dzisiaj wolne, więc o drugiej po południu ziemia zatelefonowała do Świechny. Po drodze do domu wpadliśmy zapłacić tax za samochód (dzięki czemu byliśmy świadkiem głośnego monologu jednego pana, który przyszedł oświadczyć I have nothing to you girls, but I wanted to tell you, that I'm not happy) i kupić chleb w Lidlu (jak w tym tygodniu nie wygram 50 mil juro w lotka, to nie mam na razie innego cunning planu na kupienie domu, sorry). Fred pichci obiad, a ja siedzę i czekam, ubrana od nowa, w wełnianą spódniczkę i zieloną bluzkę. Po obiedzie jedziemy do Belfastu, na koncert starszego pana. 

wtorek, 4 kwietnia 2023

1205. Bzum bzum bzum.

Już zmyłam z siebie wtorek, suszę włosy i myrdam stopami opartymi wysoko na krześle, ale ach, doprawdy! Są takie dni, gdy ma się ochotę uciec, albo takie, gdy czuję, jak rośnie mi garb (bez metafor). Dzisiaj jedno z drugim. Najpierw słuchanie z iryjskiego (punktów będzie prawdopodobnie 9/10, ale ile histerii mnie to kosztowało), następnie kilka godzin zajęć. Telefon do HSE w sprawie medical card (ludzie, ile można o tym samym?). Czasu ni ma, na obiad kartoffeln ze śmietaną i zaraz papierologia grantowa (tabelki, widzę tabelki). A potem jeszcze na głowę się mi dr Pierzasta zwaliła (wyszło na dobre,  puenta jednak taka, że we wstępie teoretycznym mam być błyskotliwa ... ale, poważnie, w tym wieku?!). I co z tego, że to wszystko w domu? Raczej gorzej, bo nie mogłam marszem stresu rozchodzić. A na zewnątrz wiosenny wiatr urywający głowy i kosiarki chodzące non stop, koszące zimową trawę. Zupa grzybowa ze słoika & wyżeranie nutelli łyżkami. Fred utknął w swojej pracy, która też ciągnie się jak nieszczęście. No good, powiadam Wam ... tzn. już lepiej, ale sam się człowiek siebie zapytowywuje, po co mu to. Wystawiłam nos za drzwi tylko tyle, żeby wnieść do domu umyty kosz na śmieci. A teraz zamierzam kupić coś Cycerona. To taki pisarz, całkiem niezły.

poniedziałek, 3 kwietnia 2023

1204. Mikroradości.

Napięcie nie chce zleźć z człowieka, lekcja pokazowa odłożona do czwartku, inne ogony też wiszą, a jutro test ze słuchania gaelige. Kochany zwinął mnie z pracy i razem doturlaliśmy się do domu, równie zmęczeni tym poniedziałkiem. Fred dostał z UK list od pracodawcy z gratulacjami, że to już 10 lat, prawda, z nimi się buja (do listu dołączono kartę podarunkową, co ma więcej sensu). Dzień był słoneczny, ale cały czas wybrzeżem pogina niezbyt przyjazny wiatr. Podczas naszej nieobecności Ryszard był zamknięty w domu, a i tak teraz drzemie obok Kochanego (mąż postanowił odespać ekstremalnie wczesną pobudkę). Mam nadzieję, że u kota to tylko pogoda zawiewająca do dupki, a nie jakieś nadciągające kłopoty zdrowotne. W bardzo dobrym momencie wypada Wielkanoc w tym roku - akurat, gdy jadę na oparach (w piątek Centrum się zamyka się, już mnie to cieszy ateistycznie). 

niedziela, 2 kwietnia 2023

1203. Jaśniej.

91 urodziny babci Mani. 

Pobudka, śniadanko, panika przygotowawcza krótkiego wystąpienia na jutro. Fred zaproponował, że jeśli dalej chcę szukać dla niego prezentu, możemy się udać do Blanchardstown. Pewnie pozazdrościłam rodzicom, którzy właśnie wyjeżdżali do Wro, więc ... pojechalim. Kupiłam Miłemu w TK Maxxie dwie kraciaste koszule (Diesel i lniany Simon Carter) oraz ciemno-błękitną bandanę (również Diesel). Poszliśmy do Milano na pizze, kawy i ciastko z gałką lodów waniliowych. 

Było już dobrze po południu i w drodze powrotnej zmorzył mnie sen. Gdy się obudziłam okazało się, że zostałam przez męża porwana na spacer. Tak więc wzgórze:



Gawrony wrzeszczały na swoim gawronim osiedlu, wiatr wiał, widoki wyglądały. Zmienia się na wzgórzu, stary cmentarz ma nowy mur od strony Tary, więc nie można przez niego trawersować, poza tym są plany promocji i nadzoru miejsca (z miesiąc temu kamień koronacyjny znowu został pomalowany graffiti, dopiero go wyczyszczono). Spacer mnie trochę ożywił i wróciłam do domu nawet przytomna. Nic mi się nie chce. Jutro nowy tydzień, zupełnie zawalony wydarzeniami (Fred też wyrusza do pracy o nieboskiej godzinie).

(Kochany dokupił kolejne cztery japońskie talerze, tym razem z czarnymi smokami, wyglądają super)

sobota, 1 kwietnia 2023

1202. Przechlapane.

Wyspałam się, pierwszy raz w tym tygodniu. Dopiero kocia łapa obudziła mnie przed dziewiątą, kiedy już czułam, że mogę wstać bez zmuszania się. Cały dzień mżyło lub lało. Rano umyłam włosy i wzięłam się za pisanie różnych tekstów od czasu do czasu przerywając sobie gadaniem z Fredem (o wszystkim, bo wiadomo, tematyki fluktuują).

Ka nie wypoczął w tym tygodniu i mi tego tłumaczyć nie musi; zamiast wieczornej wizyty u przyjaciół (ponownie odłożonej) zaraz po obiedzie pojechaliśmy do Drołdy, najpierw do centrum miasta, żeby pod parasolem przejść do Czarnej, wypić kawy, tulać się, poślumpać w sklepach w Lorensie, potem przejechać do TK Maxxa (szukałam prezentu dla Freda, in vain) i Tesco (jutro na śniadanie będzie guacamole z kolendrą). Kochany kupił Banshees na dvd, bo im rura zmiękła i zeszli z ceny. Po powrocie, piąty odcinek Drogi, ten z wątkiem Pawlaka & Kargula. Sama nie wiem, niektóre rzeczy nagle przestały mnie śmieszyć, widzę tylko dziaderstwo do kwadratu. A w głośnikach Gaby Kulki Hat, Rabbit (2009); faktycznie, tak jak mnie wcześniej Fred uprzedzał, bardzo słychać inspirację Kasią Krzaczek. 

Poza tym ... podczas gdy niektóre daffy już przekwitają, Bella Visty się otwarły w tę szarą pogodę:


Telefon, który wie tylko tyle, ile się w niego włoży, przypomniał mi, że jutro urodziny babci Mani.