6:00 alarm budzika (obudziłam się wcześniej, bo za otwartym oknem deszcz; to pozostałości po huraganie przechodzą bokiem jako sztorm Nigel, ledwie nas muskają, ale opady spore). Fred już w drodze, rozminęliśmy się.
7:40 wyjście na przystanek. W portfelu nie mam dość drobniaków na bilet w dwie strony, kierowca nie przyjmuje €50, więc kupuję tylko bilet "do". Pada jakby mniej.
8:35 Czarna jest zamknięta (coś dziwnego musiało się wydarzyć, bo na drzwiach nie ma informacji o przyczynie, ani typowego w takich razach "sorry for the inconvenience", dostawca mleka też był zaskoczony i zostawił butelki pod drzwiami), pierwszy raz poszłam do Esquiresa po drugiej stronie ulicy. Mieli na stanie dzisiejszy Irish Independent do poczytania przy kawie i nawet dobre podwójne macchiato.
9:00 początek pracy. Grupa w ciągu dnia się przerzedza. Centrum nadal wyludnione, jest tylko podstawowa obsada, więc w porze lunchu mieścimy się przy jednym stole (i rozmawiamy o duchach). Po południu, prawie gdy kończę, przychodzi kilka dziewczyn w hidżabach. Azylantki, może dołączą do projektu (to byłoby coś nowego). Z biegiem dnia coraz bardziej stresuje mnie sprawa programu antyplagiatowego (dziekanat nadal nie odpowiada, żaden nr telefonu nie jest tym numerem, mam coraz mniej czasu na poprawę); Gronja pyta, czy już wróciłam. Offszem.
17:15 w końcu w domu. Kot wybiega w panice dwie sekundy po tym, jak klucz zachrabęścił w zamku. Chwilę jeszcze o tym myśli, wraca, żeby dostać przegryzkę i znowu wybywa pomimo wiatru i lekkiej mżawki na horyzoncie. Zauważam, że w czasie mojej nieobecności korzystał z kuwety (nie lubi, nie lubi).
18:00 Siedzę w domu z kubkiem zielonej herbaty, nadal mielę w głowie sprawę dziekanatu (nie ma się co ciskać oczywiście, bo wszystko o tej porze jest zamknięte, nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi). Jutro będzie wykorzystane na definitywne przełamanie impasu (rybka lub akwarium). Piszę część tej notki.
18:30 Kochany wrócił z pracy zmęczony nie tylko pracą. Wygląda na to, że Wojtkowa opera mydlana ma ciąg dalszy. Aktualni wynajmujący znowu kontaktują się przez Jot wysyłając pretensje nie wiadomo komu. Skarżą się, że chłopak zalał im łazienkę. Jot nie musi, ale szuka nowego lokum dla chłopaka, którego nie zna (coraz bardziej się nakręca w temacie, czyli niedobrze)
20:40 Dość mam litewskiej dramy. Genealogia (Ka dzwoni, kolejne rady, ale ja się już z tego wypisuję).
21: 40 Następnym razem powiedz Ka, że nie będziesz już o tym gadać, bo Ci zakazałam i się mnie boisz. Fred się roześmiał: Nie umiem kłamać. I taka prawda ;) Poza tym mąż przypomniał sobie, że w pracy pokazywał jednej Chince nasze zdjęcia ślubne. Ale to jakaś znajoma Chinka, czy tylko przechodziła? Okazuje się, że znajoma. Podobaliśmy się jej. No, ba! (kot w sypialni na parapecie przy otwartym oknie obserwuje nasilający się wiatr).