Strony

środa, 31 maja 2023

1262. Dé Céadaoin.

Wygrzebywaliśmy się z łóżka o dość wczesnej porze, jak na dzień teoretycznie wolny. Wyjazd był o dziewiątej, ale wiadomo, kaffka, stek (to ja! dojadałam, czego nie wciągnęłam wczoraj), decydowanie w co się oblec. Do tego jeszcze dla Gronji monitoruję ilość ludzi, którzy powoli zapisują się na wydarzenie, więc rano wysłałam kilka emilków.

Na onkologii nie ma już obowiązkowych maseczek, zlikwidowali również boksy w poczekalni, prosili jedynie o dezynfekcję rąk. Czekania było na ponad półtorej godziny, przyjęła nas afrykańska praktykantka, która niekoniecznie umiała wypowiedzieć wszystkie medyczne pojęcia. Ale gra i buczy, badanie nie wykazało niczego rakowego. Zabraliśmy się ze stolicy do domu, przez Drołdę oczywiście, żeby się zatrzymać u Aury i wypłoszyć ją do kuchni. Po drodze był jeszcze TK Maxx, gdzie Fred kupił mi spodnie (na dzień dziecka, jak twierdzi). Po powrocie nadganiałam pracę biurową, a Kochany walnął się do łóżka na popołudniową drzemkę. 

Nareszcie dostałam informację zwrotną z lokalnego ośrodka edukacji — zaliczyłam pierwszą część kursy TT na "merit" (czyli miałam 65%-79% zadania uznane). Ależ bardzo proszę, dobra wiadomość. Cieszę się, naprawdę, jeden ogon odhaczony na plus i już nie powiem sobie, że wszędzie odniosłam porażkę (to byłoby bardzo przykre, morale by mi siadło totalnie). Gronja potrzebuje dodatkowej pomocy ponad to, co na dzisiaj zaplanowałam, więc wieczorem jeszcze naniosę małe poprawki i wracam do magisterki. Najlepsza wiadomość dnia jest jednak taka, że Kochany jest zdrowy oraz zadowolony (jak zauważyła pani praktykantka). 

***

Maj był miesiącem pełnym mojej frustracji. Kroczkami, byle do przodu.

wtorek, 30 maja 2023

1261. Dé Máirt.

Uwielbiam tutejsze letnie, jasne noce. O piątej rano na chwilę otworzyłam oko i wydawało się mi, że jest siódma. Fred wyjechał do Dublina, u mnie kilka godzin home office'u (najpierw spotkanie na zoomie, potem klikanie). 

Wieś pachniała latem (może poza okolicami Robertosa, gdzie pachniało frytkami na starym oleju, jak zwykle). Kiedy nie mogłam (nie umiałam) uaktualnić strony internetowej, po prostu dałam sobie spokój z pracą, zamknęłam laptopa z hukiem i poszłam na spacer. Nie mam dzisiaj za grosz poczucia sukcesu, za to mieszkam w pięknym miejscu. Zatrzymałam się przy kawiarence, do flat white dokupiłam ciasto marchewkowe i dłuższą chwilę siedziałam obok małego pieska, popijając kawę i patrząc na morze. W oddali czekały na przypływ dwa wielkie statki. Ilość ludzi na plaży w sam raz, nastrój miejsca również (w głośnikach leciały przeboje R&B/disco z przełomu lat 70-tych i 80-tych w rodzaju Shalamar I Can Make You Feel Good), i chociaż pogoda była bardzo irlandzka (niby słońce, ale zacinało chłodnym wiatrem), w miejscu w którym przycupnęłam można się było wygrzać i zrelaksować. Kupiłam dwa steki na obiad (€19!), potem, już w domu zajadając się wielką michą fasolki po bretońsku obejrzałam, co tam prawi Gosia. Przez pracę online dzień się mi rozlazł w szwach, nie miałam czasu pomyśleć o innych zadaniach, które też czekają. Kiedy Kochany wrócił do domu (przywiózł mi różany bukiet), wspólnie złożyliśmy życzenia Wu. Zbieram komórki mózgowe z podłogi, jeszcze się dzisiaj przydadzą. 

poniedziałek, 29 maja 2023

1260. Dé Luain.

Fred miał ciekawą przygodę — podwożony przez niego koleżka się pochorował się w drodze do pracy i trzeba go było odwieźć z powrotem. Zyskał Ryszard, którego rano widziałam z okna autobusu, jak pociska pod górę, do centrum wsi. Okazało się, że po kociej demonstracji "nie będziesz mi mówiła, co mogę robić i wcale się nie znamy" futro zawróciło ze złej ścieżki i mogło dostać od ojca drugie śniadanie. 

Pogoda identyczna jak wczoraj, nawet ciepło i miło byłoby spacerować, gdybyśmy nie musieli zarabiać na życie. Popołudniem zrobiłam nam obiad; gdy Kochany wrócił do domu (po raz drugi dzisiaj), w ogródku poczatowaliśmy z Katlin, zjedliśmy łososia i wymieniliśmy się cebulowymi pocałunkami. Brzuszki i przysiady zostały zrobione, za chwilę zacznę porządkować chaos myśli. Małżonek nadal w mundurze (tylko przebrał go na właściwą stronę, bo w pracy chodził z metkami na wierzchu), słucha Dezertera.

niedziela, 28 maja 2023

1259. Dé Domhnaigh.

Piszę zadanie na zaliczenie i chcę sobie przez to w łeb strzelić. Marnowanie czasu i pięknych okoliczności pogody. No nic, trzeba brnąć. Prawdopodobnie napiszę podanko o kolejne odroczenie terminu wysyłania zadania. Da mi to czas, żeby sprawdzić, czy w ogóle zaliczyłam pierwszą część kursu. Tyle. Jako się rzekło, na zewnątrz pięknie. Pościel się pierze, Kochany wyjechał do miasta zrobić zakupy spożywcze, kot kręci się naokoło domu. Ryszard znowu spał dzisiaj w kuchni i rano wcale się mocno nie napraszał na wypuszczenie. Nietypowe. Martwi nas to jego przysypianie i ogólnie mniej dynamiczny sposób poruszania się. Wygląda tak, jakby kota coś pobolewało. Interpretuję sobie, że znowu reumatyzm, chociaż wiem, że nic nie wiem.
___
edit 17:00 Polizany przez kota, autobiografia sera, rzekł mąż pokazując mi kawałki cheddara. Pralka przerabia kolejną porcję prania, my trawimy (w szczególności bezę z bitą śmietaną i owocami). Kot mnie wzrusza swoim spaniem puchatkowym na tapczanie w Kuchniosalonie (pomimo soundtracku Fleetwood Mac i wrzasku młynka żarnowego); zjadł lunch, widać, że chce odpocząć, bo zamiast drzemać w rabatce wybrał miejsce, gdzie nikt go brzydko nie zaskoczy. 

Jestem totalnie zdekoncentrowana. To co ja miałam robić? 
___
edit 21:10 Spacer wieczorny:



___
edit 22:35 Nie udało się mi zrobić tyle, ile zamierzałam, na dodatek wciągnęłam mnóstwo kalorii i nabawiłam się w głowie chaosu. Kochanemu się chyba udzieliło, bo właśnie przesolił fasolkę po bretońsku i teraz ratuje ją kartoflami. A jednak, szczęściarze z nas.

sobota, 27 maja 2023

1258. Dookoła komina.

Tatko przyjął życzenia, zadowolony, zmachany, bo ciął żywopłot przed domem. W Polsce już bardzo ciepło, temperatura przekracza 25 stopni. Poza pisaniem (ach, jak mi się nie chce, także o tym mówić), spacery dwa: naokoło komina z kotem, oraz spacer nad morze. Z kotem, bo nie dało się go ominąć, odpoczywał w cieniu samochodu i czekał:



Dzieci sąsiadów zainteresowały się spacerującym Ryszardem, więc został wygłaskany i po zrobieniu kółka, zmęczony, na powrót padł jak kawka pod samochodem. 

Na plaży tłum dość anemiczny, jakby ludzie nie do końca obudzili się po piątkowej imprezie. Zaczęło się zagęszczać, gdy już wracaliśmy (skręciliśmy, żeby ominąć wątpliwą przyjemność słuchania umc, umc, umc).



Spóźniłam się z zabraniem aparatu do podglądania jaskółek, młode już wyleciały, ptaki od czasu do czasu wlatują do domków, ale trudno je uchwycić (nie ma festiwalu skrzydeł, który tak przyciągał uwagę kilka tygodni temu, widać też osypisko, zwykłą rzecz przy tylu gniazdach pełnych piskląt w jednym miejscu) .


Doszliśmy do pierwszego osiedla pod którym zbudowano solidne umocnienia brzegu, wdrapaliśmy się na nie i jakiś czas siedzieliśmy machając nogami, grzejąc się w słońcu i robiąc zdjęcia.



Jeszcze dwie fotki z drogi powrotnej, ptaszek ...


... i ciepły kamień:

 
W domu był obiad, moje zmęczenie z którym walczyłam dzielnie oraz picie yerby przez Freda (w ogrodzie; w towarzystwie kota):


Już miałam się do reszty zwinąć w kulkę, gdy Ka & Jot zapowiedzieli się z wizytą (wcześniej byli na rybce w porcie). Przy stoliku przez ponad godzinę krzeseł było sześć, a kubki ślubne bytujące na półce zamontowanej nad drzwiami przeszły chrzest bojowy:


(minął nas Majkel, tak pijany, że ledwo trafił we własne drzwi) 

Chłopcy znaleźli sobie zajęcie, Seamus pokazywał mi swoją obszerną kolekcję kart z piłkarzami, Damhnaic po zjedzeniu lodów testował cierpliwość Ryszarda (kot się nie poddawał, siedział niedaleko gości, w ogrodowej zieleninie). Pod wieczór zrobiło się chłodniej, przyjaciele się zwinęli, my zajęliśmy się swoimi sprawami (była chwila rozmowy z Katlin wzburzoną faktem, że Ethan nie chodzi do szkoły, bo go matka wypisała i szuka nowej placówki; chłopiec ma stwierdzone zaburzenie zachowania, sąsiadka mówi nam o tym w tajemnicy; przytaknęliśmy, że faktycznie nie mieliśmy pojęcia, chociaż wiemy od dawna, bo mamy oczy). Jestem po prysznicu, czeka mnie jeszcze sporo pracy, a niechciej dolega.

piątek, 26 maja 2023

1257. 6.

No, ależ się przez ten czas zmieniło, powiedziałam coś w tym guście patrząc przez okno na miasto.

Czwartek omsknął się o piątek. Przy zmianie daty złożyliśmy sobie życzenia, po czym Kochany okazał mi torbę z giftami dla nas obojga, perfumami Clive Christian (Matsukita & Amberwood; obudziłam się otulona ciekawym zapachem). 

Dzień wiadomy, przed pierwszą herbatą zadzwoniłam do mamy, żeby jej złożyć życzenia mamodniowe. Mama zadowolona, brwi narysowane, już w pracy, zajęta i w ogóle. Tymczasem ja większość dnia byłam niedospana i bez energii. Spotkanie na które umówiłam się w związku z TT niczego interesującego mi nie dało, ale czasu nie zmarnowałam (gdy doszłam do wniosku, że nie o to się mi rozchodziło, po prostu wylogowałam się z zoomu). O czwartej poszłam do Czarnej, chwilę później witałam się z Kochanym ozdobionym moją nową, jedwabną bandaną All Saints. Wypiliśmy kawy, przeszliśmy się do polmarketu, po zakupach wróciliśmy do domu. Ponieważ Fred rano buszował po sklepach, w ogródku pojawił się nowy karmnik "robakowy", a w Kuchniosalonie gatki dla mnie na Kretę/lato w Polsce (frufru Antik Batik w kwiatki; gdy wieje, widać pupę, jak mniemam). Wieczorem rozmawialiśmy z żoną Andrju, która ma dzisiaj urodziny; Fred po raz kolejny przedstawiał swój nowy projekt i plany przyjazdu do Polski. Z powodu umysłowego zmęczenia piątek nabrał charakteru rozsypanki — wysłuchiwałam połowy zdań, ziewałam w nieodpowiednich momentach i szybko traciłam zainteresowanie. A jednak, dzień jest udany, czasami wystarczy po prostu być. 

czwartek, 25 maja 2023

1256. Małżeństwo dialogizujące.

Słonecznie i ciepło. Kiedy z rana czekałam na autobus, Fred dopiero zjeżdżał do hrabstwa, potem spał większość dnia, obudził się tuż przed tym, jak wróciłam do domu. Siedzimy więc i nie możemy się nagadać. Słuchamy muzyki, sprawdzamy na mapie, gdzie jest Nutbush, oraz na jakiej ulicy w Drołdzie samochód zabił przechodnia, a z jakiego budynku w Dundalku komuś innemu spadły na głowę cegły. Nina Hagen. Klaus Nomi. Purcell. Megadeth. Przez to wszystko jeszcze nie wiem o co się mam zapytać faceta z którym sama umówiłam się na jutrzejsze spotkanie. 

środa, 24 maja 2023

1255. Znużona.

Fred wrócił do domu, gdy spałam. Obudziliśmy się razem; niestety Kochany zaraz musiał przygotowywać się do wyjazdu do Tralee. To cztery godziny drogi w jedną stronę, ciężka doba dla męża. Pa, kochana, do jutra. Pomachałam mu po dziesiątej rano.

Dzień miałam mniej rozgrzebany i zmitrężony niż wczoraj. Uczciwie zasiadłam do pisania jednego zadania TT (w przerwach robiąc przysiady, podcinając sobie grzywkę i gadając sama do siebie), po obiedzie dalsza część prasowania z oglądaniem Midsomer Murders (końcowy wyścig królika z żółwiem szanuję).Wyszłam na chwilę do ogródka popatrzeć jak chwasty rosną i zauważyłam dorosłego szpaka, któremu dwa niedorostki nie dawały spokoju domagając się od niego żarcia. Gdy przyjrzałam się mu bliżej okazało się, że ma uszkodzoną nogę. Nie dokarmiamy fruwaczy w sezonie letnim, ale otworzyłam specjalnie dla niego nową torbę suszonych robali. Podjadł trochę, posiedział przy misce. To chyba świeża kontuzja, bo ptak wyraźnie nie miał humoru. Zobaczę, czy jutro się pojawi. Na całej sytuacji skorzystali inni zarobieni rodzice. Młode są już wielkości dorosłych, ale nadal żebrzą o jedzenie.

Brak informacji zwrotnych na które czekam nuży mnie i demotywuje. Mogłabym myśl rozwinąć, ale szkoda sobie strzępić palców. Idę umyć włosy, odświeżyć się i może jeszcze chwilę coś popiszę. Fred faktycznie utknął w Tralee na dłużej.
___
edit 22:30 zmarła Tina Turner. Poza tym wieki całe nie lizałam brzegów koperty, żeby ją zakleić. Koperta była dołączona do kartki z kotem w swetrze, więc cóż, użyłam takiej, jaką miałam.

wtorek, 23 maja 2023

1254. Wensleydale.

Jak mogłam przegapić, że to ulubiony ser Wallace'a z Wallace and Gromit? Miałam kaprys na wensleydale z żurawiną i taki był deser naszego wspólnego z mężem śniadania, potem drogi nasze się rozeszły: wyszłam nad morze czatując z tatkiem, tymczasem Fred już sposobił się do pracy w Santry. Zawarłam dzisiaj koci pokój, doszłam do wniosku, że nie ma sensu ganiać Bána i Amber, trzeba po prostu pilnować zamykania drzwi do korytarza. W związku z moją nową postawą wobec kocich odwiedzaczy, Bán został pogłaskany. Ach, była też prokrastynacja w rozkwicie, a jakże. Ale gatki poprasowane, odcinek MM, The Lions of Causton obejrzany (obleci), za pracę pisemną (którąkolwiek) wzięłam się dopiero teraz. Wprawdzie słońce jeszcze oświetla trawniki, ale mózg mi już rzuca propozycję może zgasimy światło? Oczywiście sprawdziłam czy jest odzew z Gaelchultúr, chociaż wiadomo, że nie, bo przecież mają aż z 20 punktów do zsumowania. Na uczelni ktoś rozsyła przypominajki o pierwszym terminie oddawania prac dyplomowych. Wieczna zgryzota.

poniedziałek, 22 maja 2023

1253. Snuj.

Najfajniejsze w tym dniu były przejazdy z Kochanym do i z miasta, popołudniowy obchód osiedla z kotem (zaraz po powrocie do domu, zanim się do końca rozpłaszczyliśmy) oraz obiad podany przez męża (jeszcze miał wolne i w ciągu dnia jak szalony narobił kotletów mielonych). Reszta w normie, egzamin słabo mi poszedł, ale nie znam wyników; warsztaty były ciekawe (czyli siedziałam, słuchałam, nic do roboty). Po obiedzie dopadł mnie snuj i nadal trzyma. Ja z nosem w zasupłanej genealogii, Fred już czuje mentalny ciężar jutrzejszego wyjazdu. Trzeba to wyspać (ostatniej nocy śniłam, że nie zdałam egzaminu z matematyki). A na razie gadamy.

niedziela, 21 maja 2023

1251-1252. Przeszkadzajki.

Piątek skończył się trochę po północy kacem moralnym, że nic nie pouczone i nic nie napisane. W sobotę nadrabiałam te ogony przerywając sobie łażeniem dookoła komina szumnie nazywanym pracą w ogródku przed domem (po prawdzie proporcje odwrotne, bo więcej łażenia i spania, niż realnej nauki). Pogoda szara, łagodna, akurat w sam raz. Usz zadzwoniła, Fred rozmawiał z nią robiąc sałatkę grecką, jedząc obiad (gdy Kochany pokazał siostrze swój talerz wypełniony dobrem wszelakim, szwagierka słusznie oświadczyła o panie, jebać biedę!; bardzo się mi to hasło podoba, zapisuję do kajecika), chodząc po ogródku i karmiąc kota. Część obiadu daliśmy Annie, sąsiadka miała więc okazję poczatować z nami kilka razy, stąd wiem, że jej irlandzkie nazwisko brzmi Áine Ní Bhroin (ale poza tym Anna nie mówi po irlandzku, pamięta jedynie pytanie o wyjście do toalety: An bhfuil cead agam dul amach go dtí an leithreas?).

Dzisiaj powtórka, tylko dzień bardziej mokry i duszny. Znalazłam czas na zrobienie sałatki jarzynowej (w tle Mozart: XXXVIII Symfonia Praska D-dur, KV 504, w wykonie Chamber Orchestra of Europe, dyr. Bernard Haitink, 2017; XLI Symfonia Jowiszowa C-dur, KV 551, w wykonie Orquestra Sinfónica de Galicia, dyr. Lorin Maazel, 2012), a w wewnętrznej kieszeni goretexu znalazłam 25 euro i kartkę z nazwiskiem Leszek Gardeła. Hm. To drugie przed spacerem nad morze. Wykorzystałam znalezione pieniądze do zakupu kawy i ciastka, chwilę posiedzieliśmy z Kochanym w kawiarence. W drodze powrotnej zrobiło się ciepło. Przed domem krótka rozmowa z Moirą (ma 76 lat, jest córką farmerów z Ardee, miała sześć sióstr i jednego brata; teraz już nie mogłaby tam mieszkać). Uczę się niewiele, ciągle coś mi przeszkadza, najbardziej drzemka, jedzenie i genealogia. Fred w swoim żywiole, wisi na telefonie rozmawiając ze znajomymi i precyzując plany.
___
edit 20:40 Kochany zainaugurował picie yerby mate z naczynka yerbowego. Poza tym jaram się: w drugi weekend czerwca jest III Festiwal Literacki O'Czytani. Przyjeżdżają Masłowska i Woydyłło!

piątek, 19 maja 2023

1250. Lekko.

Pobudka z kotem na brzuchu. Dzień dobry. Zamiast klikać dla Gronji, miłe popołudnie z Sziwan i Saren. W ogóle, kolejny dzień pozytywnie spędzony na lekkiej pracy. Gdybyż jeszcze lepiej płacili ...  Kochany w czasie mojej nieobecności złożył dwie półki, przed obiadem powiesił jedną nad drzwiami (na kubeczki), a gdy drzemałam wsadził przed domem krzaczek hebe (strawberries & cream, od wielu tygodni czekający na swoją kolej) oraz skosił trawę. Ja tymczasem z rzeczy pożytecznych podskakiwałam obok męża w drodze do Lidla, a potem zjadłam obiad (gulasz, kopytka, ogórce małosolne). W Polsce mama obchodziła urodziny, po swojemu, kameralnie, z ulubionym tortem śmietanowym i ulubionym mężem. Pod wieczór powolutku, o lasce, przyszedł do nas Thomas z prezentem: wędzoną rybą. Mówił, że skończyło się, nie będzie już kosił trawy, sił brak, był trzy tygodnie w szpitalu i nic więcej mu nie pomogą, musi być tak, jak jest. Na koniec: językowo się za bardzo nie rozwinęłam i przed poniedziałkowym egzaminem wykluwa się u mnie coś na kształt paniki, yh, zwierzątka oswojonego, ale z szorstką sierścią.

czwartek, 18 maja 2023

1249. Dobrze, że ...

Dobry dzień w pracy, spokojny i miło spożytkowany. Kochany przywiózł mnie do Centrum, a po południu spotkaliśmy się na kaffce w Czarnej. Z randki kawowej udaliśmy się do polskiego sklepu, potem Fred maszerował przez miasto z kartonem czerwonego barszczu w dłoni. Przy okazji zajrzałam do Izoldy, żeby ją dopytać what's up. A what's up jest takie, że jeszcze będąc w pracy dostałam bardzo niepokojącą wiadomość od Martaszki. Właśnie się zwolniła, ale jej narracja na ten temat była cokolwiek nietypowa. Może to tylko nieumiejętność przekazania faktów, może rzecz grubsza ...

Wieczór z Nickiem Cavem i oparami wolno gotującego się gulaszu à la Woland. Okazuje się, że kiedy kończą się krokiety, zaczynają mi smakować słone paluszki maczane w barszczu (i proszę: Fred też tak miał, gdy był małym Fredem). Od słowa do słowa mąż wręczył mi część prezentu rocznicowego: suszarkę do włosów (panasonic eh-n65). Dobrze, że się wtedy spotkaliśmy, bo co ja bym teraz robiła? A że Kochany był kiedyś podobny do dziadka Staszka, a teraz zaczyna wyglądać jak dziadek Bronek, to już w ogóle bym się nie dowiedziała, zniknęłoby w Drodze Mlecznej, jak nie powiem co.

środa, 17 maja 2023

1248. Bezplanowo.

Kochany wrócił do domu wczesnym rankiem, przytulił się i zasnął. Następna pobudka była o szóstej: rozwinęłam się z kokilki, poczytałam blogi, zjadłam śniadanie i wyszłam na przystanek (załapałam się na dziwowisko jak to lokalne szpaki goniły wronę i odpuściły dopiero naokoło naszego domu). W pracy byłam do drugiej, Fred już wstał, umówiliśmy się na nabrzeżu w środku miasta, ponieważ znienacka powstał pomysł pojechania na północ i kupienia prezentu urodzinowego dla Jot. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy (zdążyłam zajrzeć do Watersonesa po podręcznik do gramatyki języka irlandzkiego i urodzinową kartkę z kotem w swetrze dla pewnego 80-latka). Przejechaliśmy z Kochanym góry i doliny, żeby na końcu tej podróży zjawić się w sklepie Aś i nabyć u niej jedwabny szal. Do tego spasowaliśmy wazon na kwiaty w innym sklepie (małżonek wypatrzył w nim kubek z Ojcem Jackiem, który też sprezentował, tym razem sam sobie). Zadowoleni niesamowicie z tak gładko toczących się spraw zaszliśmy do Carlingford Arms, żeby zjeść obiad. Gdy skończyliśmy Aś właśnie wychodziła z pracy, chwilę z nią poczatowaliśmy, po czym poszliśmy na molo, włala:

Jeszcze zajechaliśmy do domu Aś na pięć minut, tylko po to, aby odebrać dary, które dostaliśmy od niej, ponieważ jesteśmy fajni (czarny T-shirt z wroną i jaja od szczęśliwych kur). A to znajoma, włala:

Bezpośrednio przed wizytą u przyjaciół wstąpiliśmy do Tesco po bukiet kwiatów dla Jot (do pary z nowym wazonem), przy okazji wpadł nam do koszyka irlandzki film An Cailín Ciúin (2022), który od jakiegoś czasu chcę obejrzeć (a teraz dodatkowo ciekawie będzie go słuchać). I tak to ...

... nawet śpiewane było happy birthday. Opiliśmy się kawy/herbaty i po dziewiątej w końcu wróciłam do domu po 12 godzinach chodzenia w tym samym T-shircie. Nowy ulubiony kubek męża zostanie okazany innym razem. Nici z popołudniowej dłubaniny intelektualnej, bo nadaję się już tylko do snu. Pogoda nienachalna, gdybyż się taka utrzymała przez kilka następnych dni, można by zaplanować sobotnie wyjście gdzieś. Ale jak widać, bez planów też idzie nam bardzo sprawnie.
___
edit 23:45 Mąż nalega, żeby napisać, co następuje: rano wstał i się zastanawiał, co to ma za siniak na policzku, bo nie pamięta w co przydzwonił. A to go żona pocałowała i szminkę mu na policzku zostawiła. Taka jest szczwana.

wtorek, 16 maja 2023

1247. Do przodu.

Ostatnie zajęcia z irlandzkiego. I bardzo dobrze, bo męczyły mnie te wtorki. Zarzucenie nas zdaniami nawet dla Irlandczyków było dość traumatyczne. Za tydzień egzamin ustny, zdam/nie zdam, w każdym razie ten etap będzie odhaczony. Kurs dał mi jako taką podstawę do samodzielnej nauki. Okazało się dzisiaj, że z jedną ze studentek (jesteśmy zebrani z całego kraju) wymieniałam ostatnio zawodowe emilki. 

Kochany wrócił w nocy i ponownie wyruszył tuż po południu, tym razem do Kilkenny. Podjadłam mu trochę łazanek, skończyłam kurs i poszłam nad morze, daleko, daleko. Osiedle pachnie schnącym sianem (okoliczne place zostały skoszone en masse, ale nie ma tu zwyczaju zabierania trawy, ptaki brodzą po kolanka w źdźbłach i polują na jedzenie). 

Nad morzem bezludnie. W piasku ślady końskich kopyt, z dźwięków głosy drobnych ptaków, czasami daleki mruk samolotu lecącego na Dublin, poza tym wiatr ledwo szepcze. Nie wiem kiedy postanowiłam dojść aż do jaskółczego osiedla, nogi mnie niosły wartko. Osiedle zajęte było karmieniem młodych, oczywiście znowu nie miałam przy sobie normalnego aparatu, żeby zrobić sensowne zdjęcia. Kalkulator był za to dobry w foceniu bliskich, martwych obiektów:


Po powrocie Amerykańska guma do żucia, Pinky (1972) była oglądana, straszliwa kobra z czasów PRL, ze scenariuszem Janickiego. Obejrzałam ją głównie z powodu wątku nadmorskiego (mówiłam ostatnio Fredowi, że prowincja nadmorska po sezonie kojarzy się mi z peerelowskimi kryminałami) oraz oczywiście, żeby nie robić tego, co miałam robić. Najchętniej wskoczyłabym do łóżka i zajęła się sennymi marzeniami, trzeba się jednak zmusić do odrobiny choćby produktywności (w stylu: wejść na stronę kursu i przesunąć deadline o dwa tygodnie ;D).