Fred wrócił z pracy jeszcze później niż zakładał w czarnym scenariuszu, czyli był skonany, przekazał mi jedynie, żeby nastawić pralkę na denim i zapadł w sen. Nie mogliśmy więc rozmawiać o tym, co bierzemy na wypadek chłodniejszej temperatury. Postanowiłam się tym nie martwić; Trudno, pożyczę coś od mamy, pomyślałam. Jakoś się ogarnęłam, wystawiłam kuchenną bazylię do ogrodu, żeby sama sobie radziła, zalałam kaktusy, odkurzyłam pork pie od Kena z Belfastu, i w drogę. Na przystanku przeczytałam artykuł na Onecie w którym wystąpili Norbert i Andrzej. Pojedyncze macchiato w Czarnej.
___
edit 15:50 zmokła jak kura czekam na autobus do lotniska wiozący już Kochanego w moim kierunku. Pogoda krajowa skiepściła się definitywnie około lunchu (z Moorlanda wracałam lekko nadmoknięta); sprawy pracownicze, dokończone i niedokończone, zostały w tyle; pomachałam wszystkim śpiewającym you’re breaking my heart, założyłam kapelusz i myk. Teraz mogę od czasu do czasu poprawiając okulary sprawdzać jaki to numer podjeżdża (HSE przysłało mi rano list, że chcą sfinansować mi okulistę, thank you very much, see you later).
___
edit 18:55
czwartek, 13 czerwca 2024
1640. Podróż.
środa, 12 czerwca 2024
1639. Reisefieber.
Kochany pracuje po południu, jeszcze w swojej starej pracy, ale rano miał spotkanie na temat nowej i mógł mnie podwieźć do miasta. Poranna kawa była więc wspólna, potem rozeszliśmy się do swoich planów. Dzień minął jakoś tak nawet szybko, nareszcie wróciłam do domu, obrałam kartofle, rozpakowałam i włączyłam płytę Jaroussky'ego, rekreacyjnie poczytałam sobie blogi i obejrzałam jak mietczynski robi tiramisu ;) W trakcie zaczęłam się na dobre pakować. Powinnam się cieszyć, a im później w dzień, tym większy czuję niepokój. Do tego stopnia, że zamiast zrobić, co ma być zrobione, zaczęłam gapić się na kocie intaglio. Bo wiatr nad wyspą, bo Mrożek rozkopany, niedokończony przed wylotem, bo jutro trzeba jeszcze do pracy, a już stoję w blokach, bo nie wiem, co ze sobą wziąć, jestem brzydka i nie mam się w co ubrać. Albo po prostu Reisefieber, jak stwierdził małżonek w czasie videokonferencji wieczornej. Naprawdę, trzeba się zbierać.
wtorek, 11 czerwca 2024
1638. Cierpliwości.
Dobre, wspólne śniadanie (wczoraj chciało mi się przygotować guacamole), potem razem wyruszyliśmy do miasta. Wysiadłam pod szkołą, podeszłam do kawiarni po napój i poranny relaks. Oboje już czujemy wakacje w zasięgu ręki (walizka Kochanego, do połowy wypełniona, od wczoraj zagraca podłogę w Kuchniosalonie). Dzień pracowniczy minął mi nadzwyczaj spokojnie, wróciłam przed Fredem, zdążyłam nawet porozmawiać z Katlin, która konfidencjonalnie przekazała mi, że nikt nie wie, gdzie jest Majkel, jego przydasie zostały pod kłódką, a on nie odpowiada na żadne próby kontaktu.
Po makaronowym obiedzie chwilę rozmawiałam z rodzicami w temacie "jak tam aura", bo zaczęłam się pakować i próbowałam ustalić "z ramiączkami czy bez ramiączek". Tymczasem Fred przeglądał mapy. Jeszcze trochę. Na razie wysłuchujemy piątej płyty the Pogues i krzątamy się niemrawo. Zlew pełen brudnych naczyń; nie chce mi się.
poniedziałek, 10 czerwca 2024
1637. W większości.
Obudziłam się gdzieś około trzeciej i już nie zasnęłam (noc jasna, myśli kłębowisko). W kawiarni o poranku zaczęłam czytać Miłość na Krymie Mrożka (Noir sur Blanc, 2000). Gdy cztery lata temu oglądałam teatr telewizji z Janem Fryczem, fabuła ta nie bardzo mnie bawiła; kilka lat i taka zmiana (chciałabym obejrzeć wersję Axera). W Centrum zwyczajowo; jeszcze jutro trzeba się spiąć, a potem można zacząć się pakować. Fred wrócił z szychty tuż po mnie, głodny i z dobrą wiadomością: dość nieoczekiwanie dostał propozycję pracy na pół etatu w miejscu do którego teraz jeździ. Blisko, poręcznie, od nowa. Ostatnio zdarzają się nam (w większości) miłe rzeczy :)
niedziela, 9 czerwca 2024
1636. W stolicy / Wybory.
Obudziłam się późno, później niż planowałam.Pogoda była na tyle mroczna, że zrezygnowaliśmy z pomysłu podróży pociągiem i wybraliśmy się do stolicy samochodem (rodzice nas wyprzedzili; w swojej wiosce głosowali przed dziesiątą). Po zaparkowaniu na Ailesbury Road cała procedura (podejście do ambasady, odebranie kart, głosowanie, zrobienie fotek przy bramie) nie zajęło nam więcej niż kwadrans.
Kilkanaście minut później byliśmy już w innej części Dublina, Babcia została na Hatch Street Upper, a my udaliśmy się na spacer przez miasto hojnie oblepione flagami pride.
Przeszliśmy przez Zielonego Stefana (trochę ludzi, dużo mew, dwa młode łabędzie śpią na ścieżce przy stawie, pod wielkim drzewem jakiś pan dokarmia liczne stado gołębi) i zaszliśmy do Caffè Nero na 29-30 Dawson St.
sobota, 8 czerwca 2024
1634-1635. Papiery i życie.
Piątek
Rytm dnia się powtórzył, choć oficjalnie nie pracowałam. Rano podwózka mężowska, kawiarnia i lektura, po dziewiątej papiery, rozmowy z uczniami (odhaczyłam pół jednego punktu z krótkiej listy rzeczy do zrobienia, mimo to odczuwam, że mgła się przeciera), powrót po trzeciej, we wsi przywitał mnie letni deszczyk.
Nareszcie przypomniałam sobie, żeby zadzwonić do fryzjerki. Postrzyżyny zostały zamówione na następny piątek, w samo południe (już się nie mogę doczekać, końska grzywa przeszkadza mi w myśleniu, Fredowe loki zaczynają zwracać na siebie uwagę przechodniów).
Po obiedzie (kartofle + kalafior), zanim jeszcze moje Kochanie zdołało się przyturlać pod dom, dokończyłam czytanie Chronicles of a Death Foretold G.G. Márqueza (Penguin Books, 2014).
Z opóźnieniem obejrzałam podsumowanie ostatniego dnia Natsu Basho. Wygrał Ōnosato, jak się spodziewałam (świetna technika i jeszcze brak kontuzji).
Sobota
Gdybymże ja pracowała codziennie tak wydajnie, jak to się mi zdarzyło dzisiaj, byłabym bardzo znaną osobą. Przewróciłam sporo papierów i zrobiłam prawie tyle, ile chciałam. Kochany w tym czasie (Żony Nieobecnej Umysłowo) pojechał do miasta zrobić zakupy, a po powrocie przygotował wege obiad (pieczone bakłażany). Chwilę tylko rozmawiałam z Anne; sąsiadka wręczyła mi nowy klucz do mieszkania, przyda się, gdy za jakiś czas będę się opiekowała Junoną (po Majkelu nie ma śladu, jakby nigdy tu nie mieszkał, na dodatek życie okazuje się teraz prostsze; czy to nie smutne?).
Ka zadzwonił z zaproszeniem samochodowo-towarzyskim, a mnie się przypomniało, że przecież jutro wcześnie startujemy na wybory; rzutem na taśmę wskoczyłam pod prysznic, żeby umyć włosy i nie musieć tego robić rano. Wyjechałam więc z Kochanym ożarta i wypachniona. Fred z Ka podziwiali nowy samochód przyjaciół; kupiłam od Jot spodnie Benettona za marne grosze; we trójkę obejrzeliśmy na Netflixie krótkometrażowy film Wesa Andersona, Zdumiewająca historia Henry'ego Sugara (2023).
Na wychodnym Ka rzucił ciekawą propozycję, która od razu się mi spodobała: pet sitting w naszym wspólnym, moim i małżonka, wykonaniu. Mieszkalibyśmy z Piesełem w jego domu, podczas gdy Ka&Jot z dzieckami wakacjonowaliby się gdzie indziej. Zerknęłam jedynie na datę ewentualnej opieki nad Junoną. Tylko jeden dzień kolizji. Coś nowego (jestem bardzo za).
czwartek, 6 czerwca 2024
1633. Jeszcze trochę.
Kochany wrócił z pracy z dwiema puszkami zielonej farby (gdy kończył szychtę, akurat natknął się na Annę, sąsiadka pochwaliła wybór kolorystyczny). Ja też byłam tam gdzie byłam, i zrobiłam, co zrobiłam. Korzystając z godzin poniedziałkowych mogłam skończyć pracę wcześniej i wracałam o trzeciej.
Okazuje się, że mamy dwie wielkie walizki, Fred mi to uświadomił (bo się nagle zmartwiłam, że zarezerwowaliśmy loty z bagażem 2 x 20, a tu może nie być do czego się spakować). Jedna z walizek jest historyczna, Marksistka się do niej przymierzyła, gdy przesiedlała się do Irlandii (było to przed czasami kurii, wiele chomiczych pokoleń temu).
Czyli myślę o wakacjach. Wakacje! Wakacjować się! Żono, potrzebujemy urlopu, urlop, urlop (w Kuchniosalnie tulamy się i machamy rączkami). Ale na razie do pracki jutro. Żeby sobie osłodzić Friday's eve obejrzeliśmy mietczynskiego, odcinek Masochisty o filmie Labirynt świadomości (pełen słusznych odezw do scenarzystów).
środa, 5 czerwca 2024
1632. Sąsiady.
Dzień świętego spokoju (Rosjance nie zostało odpuszczone, ale to kwestia pryncypiów). W kawiarni zaczęłam czytać Marqueza, bardzo dobry tekst, spora przyjemność (wydanie po angielsku). Po południu wracałam do domu autobusem i na dworcu chwilę czatowałam z Ivą (teraz wiem na pewno, że jej partner to Li od Liam). Rozmawiałyśmy o jej psie oraz o sąsiedztwie. Gdyż się okazuje, że Iva nie lubi Anny i przedstawiła mi powody, dlaczego. Moje sąsiedzkie relacje z Anną zostały nadszarpnięte przez akcję szpaczą, ale też nie jestem skłonna pchać się między wódkę i zakąskę. Prawdę mówiąc, po mojej stronie zaangażowanie emocjonalne jest minimalne, mam ciekawsze sprawy na głowie (gdyż za rozczarowaniem podąża obojętność). Przed autobusem i w drodze powrotnej blade wspomnienie Polski: migrantki (chyba ukraińskie) nie stają w ogonku, tylko się rozpychają i walczą o miejsca siedzące, następnie walczą o przestrzeń w czasie wysiadania. Z Kochanym jemy obiad(y), rozmawiamy (wiele tematów), dzwonię do mamy, rozmawiamy (pogoda, listy wyborcze, języki). Jest dobrze.
wtorek, 4 czerwca 2024
1631. Es war schön dich kennenzulernen.
Rano Kochany podwiózł mnie do miasta i pojechał odstawić samochód do nowego mechanika. Jego droga popołudniowa też była nieco zagmatwana, więc zrobiłam obiad osobno dla siebie.
W pracy spotkała mnie miła niespodzianka: wraz z gardzistami przyjechało do Centrum dwoje młodych policjantów z Niemiec. Policjantka, Karolina, była bardzo sympatyczna, zareklamowałam jej naszą wieś, chwilę rozmawiałam po angielsku i niemiecku. To drugie to było bardziej dukanie, ale przypomniało mi się, jak lubię ten język i że on chyba lubi mnie. Czyli, rano Rosjanka mi humor zepsuła, Niemka poprawiła go po południu (pięknie).
Postanowiłam jeść mniej mięsa, bo już mi się uszami wylewa. I nie ma lekko oczywiście, bo jakby nie patrzeć, tuńczyk to też zwierzę (na lunch zjadłam kanapkę z tymże tuńczykiem), ale ogólnie dokonuję jakiegoś nadludzkiego niemalże wysiłku w kierunku bardziej jarskim (nie wiem jak to było, że przez 10 lat nie jadłam mięsiwa i spoko, przyzwyczajenie drugą naturą, jak mówiła królowa pszczół).
Kochany wrócił mimo wszystko szybko, bo trochę po szóstej (Babcia w porządku, chodzi jak w zegarku), więc wrzuciłam mu na ruszt hot skrzydełka (u mnie kartoffeln, dwa jajka sadzone, brokuły, na deser jogurt cytrynowy). I tak sobie żyjemy. Za oknem dla odmiany świeci słońce (dzień był deszczowo-pochmurny), Li & Iva mają od kilku dni nowego psa, Lucy (widujemy ją, gdy spaceruje, poznaje okolicę); Kochany zadowolony, że mu się trafiła fucha, ale jak stwierdza, fucha pokazuje, że już się nie nadaje do pełnoetatowej pracy. Suszę włosy, piję herbatę, zwlekam ze sprawdzeniem jednego, małego tekstu.
poniedziałek, 3 czerwca 2024
1630. Po weekendzie.
Dzisiaj jeszcze wolne, ale oboje przywołujemy się do porządku i struktury. Po śniadaniu przez godzinę przeglądałam kalendarz Gronji; Kochany też zaczął w końcu dłubać we własnym projekcie. Pogoda nieco nam pomogła, bo słońce przygasło, horyzont zasnuł się brudnawą mgiełką.
Zeszłej nocy Anne wróciła do domu. W przerwie elfowej dłubaniny zagadałam do niej na messengerze. Spodziewała się turbulencji (chyba nawet przyjechała ze znajomą), więc odetchnęła z ulgą i już zmieniła zamki w drzwiach (okazuje się, że rozwiodła się z Majkelem jeszcze w styczniu i jedynym problemem była jego ciągła obecność).
Gdy Fred robił obiad, chwilę grzebałam w ogródku przed domem i odbyłam sąsiedzką pogawędkę z Anną (jak widać, przyschła kwestia szpakowa). Po obiedzie wyjechaliśmy na zakupy spożywcze i kawę. Kochany kupił mi w TK Maxxie piórnik, nabył też drugą parę fikuśnych, zausznych słuchawek Bang & Olufsen, bo pierwsza dobrze się u mnie sprawdza.
Zerkam na prognozę pogody w Polsce prawie każdego dnia. Chwilę rozmawiałam na ten temat z mamą (liczę na możliwość spakowania ubrań, których w oziębłej Irlandii nie pozbawiłam metek od kilku sezonów).
Znowu trzeba nastawić budzik na szóstą. Ble.
niedziela, 2 czerwca 2024
1629. Summerfest.
W południe, po rozwieszeniu prania, pojechaliśmy do Bremore Castle. Wokół późnośredniowiecznego zamku remont (kiedy pozdejmują te wszystkie przeszkadzajki, pewnie będzie ładniej); było sporo różnych atrakcji (wesołe miasteczko, street food, ozdoby), ale nas interesowała głównie scena, bo przyjechaliśmy w jednym celu, zobaczyć koncert Damo & Big Johna.
Panowie zaczęli od Whiskey in the Jar, było też The Black Velvet Band, Raglan Road (czyli sporo klasyki pubowej, którą znam dzięki słuchaniu Dublinersów), oraz kilka piosenek, które słyszałam po raz pierwszy, jak The Cobbler, albo The Blarney Stone. Utalentowani goście, ale w tym kraju co drugi to artysta, większość zarabia na co dzień w innym, bardziej stabilnym zawodzie.
Potupałam i pewnie trochę się opaliłam. Zespół skończył swoją część o trzeciej (zrobił miejsce jakimś nastolatkom). Z Bremore Castle zjechaliśmy na lunch do Drołdy; najpierw zaszliśmy do Il Forno, ale tam, jak można się było spodziewać, stoliki był już zarezerwowane. Wylądowaliśmy więc w CG.
Po powrocie do domu padłam jak kłoda, odcięło mi prąd na ponad godzinę, uaktywniłam się dopiero po ósmej i to na pół gwizdka (stwierdziłam, że wszelkie prace dla Gronji uskutecznię jutro, bo dzisiaj mózg nie chce współpracować), miałam siłę tylko na lekkie dyskusje i obejrzenie nowych nabytków Gosi ze Szkocji. Północ, pora zwinąć ten dzień.
sobota, 1 czerwca 2024
1628. Dzień dziecka.
Po późnym śniadaniu (Kochany otworzył ostatni słoik fasolki po bretońsku à la Fred) wyszliśmy nad morze. Kawa, lody, pierwszy spacer na bosaka, rozmowy, milczenia, telefon do mamy z życzeniami z okazji DD. W drodze znalazłam rybkę trzymającą się przybrzeżnych skał i strzeliłam fotkę morskim ślimakom.
Ciepło było zdradliwe, w drodze powrotnej wiał silny, chłodny wiatr (dobrze, że miałam coś z długim rękawem). Wróciliśmy przez wieś (Fred kupił steki na obiad) i natknęliśmy się na Majkela pakującego do podstawionego pod próg samochodu doniczkę z zeschłym kwiatkiem. Jakoś tak wyszło, że nie zagadaliśmy, zresztą sąsiad wydawał się pochłonięty czynnościami, lub zdecydował, że nie chce nawiązać z nami kontaktu wzrokowego. Kwadrans później, przed trzecią, gdy nasze herbaty były już gotowe, Majkel odjechał. Do teraz jego samochód nie wrócił. To już?
Popołudnie i wieczór lajtowo-nostalgiczny. Zjedliśmy steki, posłuchaliśmy Iana Dury (nareszcie zaskoczyłam, skąd znam piosenkę Profoundly in Love with Pandora) i Joy Division, wzięłam tabletkę na ból gardła (gdyż się mi odezwało, bo lody i wiatr). Poświęciłam godzinę na prostowanie kalendarza Gronji (skoro mają mi zapłacić, chciałabym to odhaczyć do wtorku). W kinie domowym Szalone serce (2009); Jeff Bridges, jak zazwyczaj, bardzo dobry (całość można obejrzeć).
piątek, 31 maja 2024
1627. Dobre nowiny.
Poranek cudów: poduszka super (Fredowi też chyba służy), poza tym coś zrobiłam dobrze, bo jeszcze w domu bolała mnie krtań, ale między poranną kawą i spacerem po mieście nagle przestała. Madżik (może pomogło odwracanie się przez prawe ramię?).
W drodze do domu skończyłam czytać Orlanda Woolf (książka niewielka, więc z przyjemnością zabierałam ją ostatnio do pracy).
Oczywiście do ostatniej chwili zwlekałam, ale w końcu zaskoczyłam, że jest piątek po południu i wypadałoby odezwać się w sprawie dodatkowego zatrudnienia. Rzutem na taśmę przed długim weekendem podpisałam umowę z Gronją.
Mama oswaja się z nowym telefonem. A Kochany po szychcie zajechał do mechanika (przy okazji na kawę do Ka), więc wrócił później i obiad jedliśmy osobno.
Miło mi, gdyż: wpadnie trochę grosza, zauważyłam postęp w odkopywaniu się z papierów pracowniczych, jutro rano turlamy się i przeciągamy bez pośpiechu (planów brak, bezhołowie i wygoda), ma być ładnie (przynajmniej ładniej niż było).
***
Maj obrazkowo.
W zeszłorocznym kolażu majowym był Rysio :(
czwartek, 30 maja 2024
1626. Powieść, poduszki, pośmiane.
Powieść o poranku, powieść po pracy. Był też kilkukilometrowy spacer do Kochanego. Nie wdając się w drobnostki zakupowe od razu obrałam azymut na Costę, kątem oka jeno dostrzegając naszą Babcię zaparkowaną pod jednym z rachitycznych drzew. Fred pojawił się w kawiarni tuż po piątej, przeszliśmy się jeszcze raz do Woodiesa (po drodze zostałam przedstawiona McSeanowi, połowie duetu Damo & Big John; McSean zareklamował nam swój niedzielny koncert). W Woodisie Kochany kupił dwie poduszki ortopedyczne i po odejściu od kasy odkrył, że dostał senior citizen discount :D. Podjadając precelki udaliśmy się Babcią do domu. Od razu wskoczyłam pod prysznic i reaktywowałam zamrożony rosół, bo nie chciało się nam robić obiadu. Cała reszta późnego popołudnia i wieczoru w rozsypce. Dla rozweselenia obejrzałam Miecia krytycznego wobec filmu RH+. Pośmiane, można obłożyć się poduszkami i spać.
środa, 29 maja 2024
1625. Po kawałku.
Kolejny dzień z powieścią o poranku, kolejny nieco mgliście zasmarkany (pogodynki twierdzą, że od jutra już tylko same słoneczne krajobrazy).
Mama wstrząśnięta, bo smartfon jej spadł i teraz nie odbiera ode mnie telefonów, kiedy telefon nie odbiera, a nie kiedy ona nie odbiera. A zadzwoniłam, żeby się dowiedzieć w temacie rozwoju lokalnej aferki. Zmiękła im rura. Może jednak mama będzie pracowała dłużej. No chyba, że się jej znudzi.
Niemożność skontaktowania się z Kaś Matką Kotów tak mnie poruszyła, że odezwałam się do Dżadziji (miesiące jak lata, Królowo). Było krótkie uaktualnienie, kto żyje, kto nie żyje, czy dziecków więcej (nie, ale za to w poniedziałek przybędą świnki morskie). Trochę mnie to uspokoiło, szczególnie te świnki. Żeby sobie jeszcze bardziej wyregulować ciśnienie, poudawałam, że coś sprawdziłam. Kochany już w piernatach, u mnie jeszcze prysznica i lektura dla ętelektualistów.
Poza tem, krtań jeszcze trochę pobolewa, ale jak dociskam z prawej podczas przełykania, to nie pobolewa. Czyli trzeba dociskać. Mój bobrze, sypię się.















