Fred dopatrzył się, że Włosi sami sobie palą kawę, no i obsługa jest dobra. Do obiadu napitek jest za darmo, wino sami proponują. Nie żebyśmi pili, ale powiało innymi standardami, nie z Costy. Kawa trochę mnie ożywiła.
Pojechaliśmy do domu. Ja do toalety, żeby pomyśleć, a po wyjściu Fred przywitał mnie w kuchni bukietem, który już widziałam (zwracam uwagę na zdjęciu powyżej na bohatera drugiego planu) i torbo-plecakiem, którego wcześniej nie widziałam. Śliczny, w gołębim kolorze, Paul Costelloe. Ich znakiem firmowym jest biegnący lis. Jutro mija pół roku od ślubu, a w poniedziałek pierwsza rocznica oświadczyn. Kocham tego mojego chłopa. I padam z nóg — to z pójścia spać dzisiaj po drugiej po północy i rozregulowania dobowego zegara. Mądrzejsza o tę wiedzę planuję zanurkować pod kołdrę około dziesiątej, tylko sprzątnę stół, matkoniechcemisię.
PS. U Ka to było zatrucie pokarmowe. Co ze sprawą Wu, nadal wiemy tyle co nic.



Gwoli ścisłości: Z zapałem topiłem słoninę, na której miałem podsmażać wołowinę na gulasz. I nawet zauważyłem, że ogień był zbyt duży, więc zmniejszyłem gaz i wrzuciłem mięso na patelnię dla obniżenia temperatury, ale było już za późno. Nagle nad głową usłyszałem trąby anielskie wzywające zmarłych do powstania z grobów - ja przynajmniej bym powstał, gdyby to wyło dłużej, żeby rozwalić to ustrojstwo.
OdpowiedzUsuńKiedy ja i Rysio usłyszeliśmy iiiijo iiiijo, na początku nie bardzo zdawałam sobie sprawę skąd ten dźwięk się wydobywa. I kota obudziłeś! Wchodzę do sypialni, a on podniósł łebek z pytaniem: co tata odpiernicza?
Usuńładny bukiet :)
OdpowiedzUsuńTak to jest jak puszczam chłopa do sklepu samego i czekam na niego w aucie ;)
Usuń