Strony

niedziela, 9 marca 2025

1909. Bardzo ładny dzień.

Wszystkiego najlepszego z okazji zaręczyn, chyba tak to szło. Zrobiłam Kochanemu kanapki do pracy; w tym czasie małżonek mógł zauważyć, że naprawdę mamy we wsi koguta, pięknie pieje o poranku; zanim Fred zaczął szychtę już byłam po śniadaniu i sposobiłam się do wyjścia na dwór.

Wychynięcie z domu w celu opróżnienia kosza na odpadki skutkowało nasypaniem karmy dla ptaków do karmników, pozostawieniem rozkrojonych jabłek dla kosów i zmienieniem wody w poidełku (poidełko to tak naprawdę Rysiowa miska z napisem Merry Catmas), te czynności z kolei doprowadziły do szybkiego przeglądu ogródka przed domem i ścięcia suchych badyli zeszłorocznej tawuły. Pogoda piękna, nie mogę wrócić do domu ot tak, trzeba iść przed siebie. Zmieniłam kurtkę na lżejszą, przebrałam spodnie i wyszłam.

Doszłam do kawiarenki, weszłam do środka, zamówiłam flat white, chwilę siedziałam przy stoliku na zewnątrz, po czym poszłam dalej. 

Gdy stanęłam za krokodylami (których widoku nie pamiętam, może znowu przysypane są piaskiem) i sączyłam sobie kawę gapiąc się na morze, zauważyłam Miszel zmierzającą w moim kierunku. Miszel jest siostrą mojego dawnego kolegi z byłej pracy, poza tym jest bliską przyjaciółką Anne, ale osobiście prawie się nie znamy, to raczej taka znajomość przechodnia, machana. Mimo to bardzo ją z jakichś powodów lubię, zawsze ma dobre słowo. Zamachałam, zatrzymała się, ściągnęła słuchawki w której leciał podcast, powiedziała, że pływała tu z koleżankami o wschodzie słońca, że teraz idzie, potem wraca do domu czytać książkę. I że jesteśmy szczęściarami. Cała prawda, wiem.

Wróciłam do domu po dziesiątej, zaczęłam słuchać Händela i zapisywać trochę myśli. W tle również miarowe stukanie pralki nastawionej na EasyWash. Czytanie dwóch książek na przemian, robienie sosu do makaronu, krótka rozmowa z mamą (sos został okazany), papierologia pracownicza.

Kiedy tylko Kochany wraca do domu, jemy, opychamy się po uszy; pod prysznicem myję włosy, Kochany pije kawę, rozmawia z Perlistym; nasłuchując z sypialni co piąte słowo doczytuję do końca Wiersze zebrane Herberta (Wyd. a5, 2011). 

Dzwonię do ciebie, bo dzisiaj niedziela, to się chciałem zapytać, czy już na mszy byłeś, zagaił mąż beztrosko. Człowieku, ale ja na sumie to jeszcze rano! bez zastanawiania się pociągnął Perlisty. I tak to. Mogłabym dzisiaj dokończyć także biografię Herberta by Franaszek, zostało mi kilkadziesiąt stron, ale nie godzi się w jednym dniu zwieńczać dwóch cegieł, świadomie więc zwalniam, a tymczasem obwąchuję następną lekturę zatytułowaną Antarctica.

6 komentarzy:

  1. spacer nad morzem do pozazdroszczenia; my jak zwykle dzisiaj w centrum miasta na obowiązkowej kawie, a wcześniej na lunchu we francuskiej restauracji. Zaczęłam trzecią książkę, bardziej interesującą niż dwie poprzednie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @artdeco, mnie udało się wczoraj skończyć książkę, jak zaplanowałam. Machnęłam nawet opinię, ale opublikuję później. Lunch we francuskiej restauracji brzmi romantycznie :D

      Usuń
  2. A u mnie akurat w niedzielę słońce się skończyło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Dariuszu, ta zmienność czasami leciuchno irytuje. Podobno mamy mieć bardzo ładny następny weekend, tymczasem akurat wyjeżdżamy :)

      Usuń
  3. Morze, morze, morze... Jak ja go Wam zazdroszczę!

    OdpowiedzUsuń

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.