Strony

niedziela, 15 sierpnia 2021

607. Czy dobrze, że się cieszę i rolety, cz. 2.

Z rana grzebiemy się, wstawać się jakoś nie chce. W końcu piję zieloną, zagryzam pizzą i przed południem postanawiam zerknąć na Wirtualną Uczelnię. Odpowiedź na moje podanie, okazuje się, wisiało od kilku dni na stronie. Zgadzają się na nową umowę, podają akceptowalne warunki, do tego uwolnię się od Czesia Promotora! Czy dobrze, że się cieszę? To dużo pracy i do końca nie jestem pewna, co czynię, bo jeszcze nie mam pewności, że nie trafię z deszczu pod rynnę. Od razu napisałam do Gajówki, czy mnie jeszcze pamięta.

Nad morzem bezwietrznie, szaro i ciepło. Przed podjęciem próby ostatecznej przeprawy z roletami jedziemy na fish & chips z konsumpcją w porcie:


Ludzi jest dużo, mnóstwo łodzi, irenek, lwie grzywy dryfują w spokojnych wodach pomiędzy jednostkami. Spacerując po molu spotykamy Majkela. Bardzo niezdrowo nasz sąsiad wygląda, bardzo. Jakaś grupa modlitewna zebrała się przy parkingu, jeden ze staruszków zaczepił nas pochwałą, że ładnie chodzimy trzymając się za ręce.


Po powrocie z przerwy obiadowej zbieraliśmy się niechętnie do zadania odkładanego od tygodni, ale w końcu wieczorem rolety są tam, gdzie normalnie powinny być, w oknie. Fred akurat kończył najważniejszą dłubaninę, gdy oddzwonił do niego Wu. Szwagier brzmi tak jakoś dobrze, mówi też, że wychodzi na prostą.

Rolety zasłonięte elegancko, w głośnikach Aya RL, czerwona płyta (1985), Kukiz śpiewa. I co to się z człowiekiem porobiło.

sobota, 14 sierpnia 2021

606. Deszczowa sobota.

Nadal trzymają mnie grzebiące się zatoki. Rano słyszałam Freda jak przez mgłę, gdy szykował się do wyjazdu po przyjaciół i rundki północ-lotnisko w Dublinie, ale nakryłam głowę poduszką i wstałam dopiero po jego wyjeździe. Zjadłam śniadanie, wypiłam kawę, obejrzałam kilka vlogów, kręciłam się po mieszkaniu dumając, czy wynosić pranie do ogrodu (skorzystałam z rady kociego barometru, który zagnieździł się w sypialni i dałam spokój; później faktycznie spadł deszcz przepowiadany przez Ryszarda). Kochany wrócił około drugiej po południu z baterią 321 do mojego Atlantica (natychmiast założyłam go na rękę), i darami od Ka&Jot. Jot jako PGDzD (porządna gospodyni domowa z demoludów) ma pod ręką wszystko, więc teraz to my będziemy musieli zjeść kilogramy marchewki i jabłek przed naszym wylotem do Polski. Dwie różyczki kalafiora natychmiast lądują w sobotnim obiedzie. Pół dnia myślę o podróży, o tym, że mogłabym lecieć już dzisiaj.

Tak w ogóle to Fred zastał mnie po powrocie z nosem w autobiografii Sinéad. Gra Van der Graf Generator Pawn Hearts (1971), gdy trę marchewkę. Kochany siedzi przed laptopem w swoich retro spodniach i czarnych szelkach do białej koszuli nadrabiając czytanie wiadomości, śliczny taki, jedną stopę trzyma na biurku. Obiad prosty i dobry, wylizujemy talerze do czysta, w trakcie opowiadamy sobie różności. Ten Years After 1st Album (2015). Rozmowa z mamą, ogłoszenie jej, że rezerwacja w pałacyku nad Bobrem została przez zięcia uczyniona i niech ona zrobi z tą wiadomością co chce. Wieczorem doczytałam Rememberings O'Connor do końca, z mokrą głową, kiwając palcyma pod kołdrą. Kilka razy opowiadam Fredowi o czym to jest, i czy Shane został wspomniany. Lektura dostarczyło mi sporo frajdy, chociaż raz po raz nie zgadzałam się z autorką. Potem opowiadamy sobie o rodzinnych patologiach.

piątek, 13 sierpnia 2021

605. Stawiamy na relaks.

Zarezerwowałam w Polsce wizyty u dentysty dla nas obojga. Pojechaliśmy też dzisiaj do Carlingford, głównie po to, aby zjeść obiad w Ruby Ellen (jak zwykle spałaszowaliśmy pieczone ziemniaki) i ładnie się ubrać (testowałam żeglarki i błękitną koszulę Lee, wygrzebałam też szalik w niebieską kratkę, lekki jak mgiełka). Czekaliśmy na możliwość zamówienia jakieś pół godziny, drugie tyle na obiad, ale nie szkodzi, nigdzie się nam nie śpieszyło. Aś nie było w pracy, ale przed lunchem weszliśmy do sklepu i kupiłam w nim Kochanemu granatowy T-shirt z głową byka z Cooley (anvil.organic; dołączył do kolekcji czarnej owcy i barana z wyspy Man). 

Gdy wyjeżdżaliśmy z miasteczka, chmury przeszły przez Slieve Foy i zaczął padać drobniutki deszcz, w którym wracaliśmy przez góry na południe. Byliśmy umówieni na krótką wizytę u Ka&Jot. Żeby ich nie poganiać (jutro przyjaciele wylatują do Polski) wstąpiliśmy jeszcze do Costy przy Omniplexie. Gdzieś w drodze odezwał się do Freda menadżer i proponował mu zlecenia na dzisiaj wieczór, ale Kochany już obiecał przyjaciołom podwózkę na lotnisko i postawił na relaks. U Ka poznaliśmy sąsiada, który będzie w czasie ich nieobecności opiekował się psem. Potem wracamy do domu najdłuższą drogą, bo ma najładniejsze widoki.

czwartek, 12 sierpnia 2021

604. Zobacz jak wieje.

Lato odzwyczaiło nas od wiatru, więc głowa notuje: zobacz jak wieje. Gdy po mojej pracy zjechaliśmy do portu po rybkę na obiad, zaskoczył mnie widok falowania ogromnych mas wody za molem.

Dzień słoneczny przetykany szałerkami, po obiedzie Kochany musi pędem do Belfastu. Drzemkuję do późna, łapie mnie jakieś zapalenie lub alergia, prycham i nos mam zimny jak pies. 

Kot łapał promienie słońca jak się dało, ja z głową w książce, Kochany obiecuje, że jutro jest już tylko mój.

środa, 11 sierpnia 2021

603. Czwarta rocznica? :)

Z rana What Power Art Thou (Cold Aria) z Króla Artura Purcella, w kilku różnych wykonaniach.

W pracy doczytałam do końca biografię napisaną przez Connaughtona, Rory Gallagher. His Life and Times (The Collins Press, 2020). Uwaga podobna jak do poprzedniej próby biograficznej o Gallagherze — wszyscy go znali jako miłego człowieka i The end.

Fred już na mnie czekał, historia bowiem jest taka, że spadło mu z grafiku dzisiejsze zlecenie, więc po nocce Kochany podwiózł mnie do pracy, poszedł na obiad do Il Forno, zrobił zakupy, a potem razem podjechaliśmy na mój obiad do Termon. Wrap z kurzyną i szarlotka na ciepło z lodami, wszystko bardzo było pyszne.

Po powrocie do domu mąż zasypał mnie prezentami. Dostałam bukiet kwiatów, dwie pary butów Ecco (brązowe żeglarki i czarne rzymianki), wełniany pulowerek Polo Lauren w romby, wełniano-jedwabny szal Bally w biało-brązowe maziaje. Poza tym wylot do Polski zbliża się wielkimi krokami, więc Kochany usiłuje zarezerwować miejsce na pobyt w Dolinie Bobru (przy okazji mama mnie wkurzyła swoim stuporem w kwestii wyjazdu na weekend), a ja dopiero teraz przypomniałam sobie o możliwości wyrobienia karty EHIC.

Nom, w nocy ma nie być wody, więc ... szybkie mycie zębów i nie chce mi się nic oglądać. Zamiast tego będą Rememberings, autobiografia Sinéad (Penguin/Sandycove, 2021).

wtorek, 10 sierpnia 2021

602. Solówka.

Zaczęłam dzień od słuchania solówki w Walk on Hot Coals. Frustracja w związku z papierami mi się w głowie buduje i jedyny sposób, żeby się jej pozbyć, to pchnąć sprawę do przodu. Dzisiaj tylko telefon do mamy, żeby mi przeskanowała dwa papiery. Plusem dnia była późniejsza pobudka.

Prognoza pogody osłabia — mimo wszystko ciepło, oficjalnie na 99% nie będzie padało, a w mieście mżawka. Nie byłoby tematu, gdybym dzisiaj po sprawdzeniu prognozy nie założyła pierwszy raz nowej ramoneski. Piękna jest, zasługuje na lepszą aurę. Przed pracą croissant z kawą w Simonie, miejscu na 54 St Laurent (do pandemii pod tym adresem był Fifty4 Seafood Bar, z którego nigdy nie złożyło mi się skorzystać), stolik pod markizą i chwila rozmowy przez messengera z Luś. 

Kochany pracuje niedaleko, o jedno miasto na północ, ale znowu się mijamy i widzimy głównie w telefonie. Siedzę sobie o tej porze i zastanawiam jak niehisterycznie zagospodarować czas przed snem. Być może Midsomer Murders (jeśli już, to The Maid of Splendour), a w łóżeczku doczytywanie biografii Rory'ego.

poniedziałek, 9 sierpnia 2021

601. Sama na gospodarstwie.

W środku nocy (przestraszona ciumkaniem i tuptaniem za oknem) odkryłam, że mamy jeszcze jednego sąsiada, dużego jeża, który na nocnej zmianie je pędraki wyjątkowo głośno mlaskając.

Fred wrócił o trzeciej nad ranem.

Po pracy, zamiast od razu pędzić do kuchni (głodna byłam, a jakże), popytlowałam z Katlin i Anną Emerytką odgrzewając sobotnią dramę. Złodzieje byli z pewnością Irlandczykami, bo jeden nawet zmierzał w kierunku sąsiadki i coś do niej pyskował. Przy okazji dowiedziałam się że to nie o cały katalizator chodzi, ale jakąś jego część, która podobno zawiera platynę.

A w domu Tom Waits i Closing Time (1973), dziwny obiad, chill out (by był idealny, gdyby nie pewien strup na głowie, bezustannie przeze mnie odkładany — więc jest drama i siedzenie nad papierami, jakbym conajmniej konstruowała bombę, a to tylko aplikowanie o uznanie kwalifikacji zawodowych) i rozminięcie się z Kochanym, który ponownie pokazuje mi stolicę wędrując na swojej przerwie w poszukiwaniu kawy.

niedziela, 8 sierpnia 2021

600. Odliczam.

Sobota zakończyła się dla naszych sąsiadów dramą. Przed jedenastą wieczorem złodziejaszki próbowały świsnąć Majkelowi, mężowi Anne, katalizator z samochodu, który stoi dosłownie 10m od naszego domu. Akurat oglądaliśmy film, nic nie słyszeliśmy. Na szczęście straż obywatelska starszych pań działa. Przyuważyła ich Margaret i zadzwoniła do Katlin. Ktokolwiek to był, zwiał bez łupu wystraszony przez starszą panią.

Niedziela za to bez wydarzeń. Zjedliśmy z Kochanym dobry obiad (kacze udka, młode kartofelki, kalafior z tartą bułką, pomidorki w śmietanie), potem rozmawiałam dłużej z mamą, która pokazała mi ogród i tatkę malującego starą huśtawkę, żeby była ładna, gdy przyjedziemy. Po południu Fred wyruszył w trasę — zaczął kolejną serię zleceń, będzie tego z sześć dni pod rząd. Małżonek pomachał mi z Dublina i pokazał jak króliki ruszają nosami. Pogoda w kratkę, z rana deszcz, potem trochę ładniej, nawet pogodnie. Dałam sobie spokój z przygotowaniami do tutoringu we wtorek, skoro i tak jutro jadę z laptopem do Centrum i będę tam coś klikała. Zamiast wynajdować sobie pracę, dość szybko wskoczyłam w szlafrok i obejrzałam Opactwo Northanger (2007) — widziałam tę adaptację kilka lat temu, nie jest bardzo zła. Jeszcze chwila, sen mnie jeszcze nie morzy.

sobota, 7 sierpnia 2021

599. J*bię to wszystko.

Refren nowej piosenki Peszek od rana w mojej głowie. 

Po zaprogramowaniu prania mocne postanowienie spaceru. W zasadzie miałam wystawić Ryszarda do wiatru, ale gdy się odwróciłam na zakręcie, ciągnął za mną tak zrezygnowany, że zaczekałam i zrobiliśmy rundkę mamino-kocią po osiedlu. Spotkaliśmy pieska (pudelek) i kotka (czarny). Zawinęłam wokół domu zostawiając tam Ryszarda i ruszyłam dalej. Już wtedy wiedziałam, że złapie mnie deszcz. Mżawka. Po drodze złapał mnie też kotek:

Jeden pan pił kawę pod kawiarenką, dwóch wariatów siedziało w kajaku. Morze jesienne, plaża jak po sezonie. Czy wiesz, jaka jest jej miłość? To jakby mżył najdrobniejszy deszcz, w którym idziesz i nie wiesz, że pada, a potem czujesz, żeś przemókł do samego serca. Taka jest jej miłość, powiedziała Pawlikowska-Jasnorzewska. 

Wyrwałam Kochanego ze snu dzwonkiem do drzwi, bo oczywiście nie wzięłam klucza (przed wyjściem szukałam go, znalazłam w kieszeni, potrzymałam w ręce i z powrotem włożyłam do kieszeni ... kurtki, która wisiała w korytarzu). Na obiad pojechaliśmy w siną dal. Nie było dla nas miejsca w Termon, i tak wylądowaliśmy w libańskiej Aishy, jako pierwsi klienci: 

Po obiadku do TK Maxxa popaczać na rzeczy. A ponieważ oboje nas bardzo suszyło, do Costy na kawę (Fred) i earl grey (moi). To pierwszy raz od 2019 roku, jak usiadłam w środku tego przybytku. Na obiedzie i kawie przydały się nam zaświadczenia o szczepieniu — system działa.

Po ósmej Anne chciała zobaczyć moje włosy, więc staliśmy z nią pod daszkiem, chroniąc się przed deszczem (ona w piżamie) i rozmawialiśmy o naszym gościu zaproszonym na koniec sierpnia, o cudach ateistycznych, polskiej polityce i seksie grupowym. Dzień zaległego birthday party 2 x 2 się zbliża (gdy Fred będzie miał wolne).

Całą sobotę, gdy nie mówiłam, w głowie refren piosenki Peszek. Dla przełamania powtórek wyciągnęłam pierwszą płytę The Doors (klasyk, z której by go strony nie oglądać). A skoro tańczymy w kuchni (mój mięciutki Fred, w wełnianym kubraczku z Donegalu), i skoro The End, to Czas Apokalipsy (1979) będzie oglądany.

piątek, 6 sierpnia 2021

598. Piątek bezrobotny.

Z rana dalej leje i wieje, potem trochę lepiej (wieje bez lania). Od Katlin (wystawiłam na dwór nos na trzy minuty) dowiedziałam się, że Carmel to dziewczyna jej syna (Irlandia jest naprawdę mała), oraz, że wczoraj akurat siedziała na toalecie, gdy Ryszard wpadł się przywitać.

Pięknie rozkwitła mi orchidea, którą ponad półtora roku temu dostałam na pożegnanie w poprzedniej pracy:

Obchodzę się z nią bez ceregieli (kwiecie tym bardziej imponujące).

Fred ponownie jechał na nocną zmianę, tuż tuż za granicę, więc miał w ciągu dnia sporo czasu, i gadamy sobie, gadamy, gadamy. Ech, dobry dzień na reset.

czwartek, 5 sierpnia 2021

597. Lany czwartek.

Fryzjerka ma na imię Carmel, okazało się, że jest z mojej wsi i oczywiście zna Katlin. Swoją robotę robiła bardzo porządnie, włosy są do ramion i w moim własnym kolorze (dostałam na przetestowanie próbki szamponu do siwizny). 

Poszłam do fryzjera o poranku, przed pracą, potem okazało się, że użycie prostownicy można sobie było darować. Pomiędzy Centrum i siłownią deszcz lał beuzstannie, ja w nieprzemakalnej kurtce i równie czarodziejskich trampkach, za to spodnie do wyżęcia i włosy zaczęły żyć własnym życiem. Na szczęście Kochany przyjechał po mnie po pracy (wrócił w nocy, ale już zdążył trochę odespać) i zrobiliśmy zakupy spożywcze. W pracy zaczęliśmy oglądać film Warrior (2011) z Nickiem Nolte. Nie dla mnie ta kiła i nie ciekawam zakończenia.

Wieczorem długo rozmawiałam z mamą, a po wyjeździe Freda do Drołdy, z Luś (ponad dwie godziny o wszystkim). Kicham. To może jeszcze Sins of Commission, zobaczymy czy kolejny odcinek Midsomer będzie równie niedorzeczny, co poprzedni ;)

środa, 4 sierpnia 2021

596. Jedność ze światem.

Pan od bojlera się o poranku zgłosił, rychło w czas, bo po południu zaczęło na wybrzeżu wiać, jak już od wielu tygodni nie wiało. Fred zdołał naprawiacza wpuścić do domu przed swoim wyjazdem, więc wróciłam do ogrzewających się ścian.

Z obserwacji podróżniczych: gdy rano zatrzymałam się przy przystanku czekając aż autobus wykołuje na główną ulicę, ja i pewien gawron skrzyżowaliśmy spojrzenia. Siedział nad moją głową, zawahał się, czy nie odlecieć, ale najwyraźniej jestem z tych niegroźnych. W drodze powrotnej zaś, gdy jechałam autobusem do domu, osa leciała przez dłuższą chwilę w tym samym kierunku. Jedność ze światem. Są też inne spotkania. Para Polaków, stonka i pan w koszulce GKS Katowice, czekali na autobus do Monaghan. Przyglądają się nam, usłyszałam. Popatrz na tą, zaśmiał się pan, popatrz na tamtą, teraz już podniosłam głowę i zauważyłam brak piątki u zadowolonego giekaesa, który ogłaszał stonce, jak głupio tu wyglądają ludzie (nie to, co oni). Uśmiechnęłam się do jego potylicy najoczywistszym z moich pogardliwych uśmiechów (nie chciałam, aby został przegapiony), tak żeby mała mogła go trącić ramieniem, niby że niewidzialnie dla mnie. Wyciągnęłam książkę napisaną po angielsku (nie ułatwiam dodania 2 do 2, nie jestem z Armii Zbawienia). Przypomniały mi się wczorajsze zakupy i kobieta podobna do bohaterki filmu Freda, która po zapłaceniu rachunku przytrzymała jeszcze kolejkę deliberując, które paluszki będą najlepsze, bo polskie. Nie zawsze czuję tę jedność.

Obiad bez Kochanego, więc postawiłam na gotowce: minestrone i falafel wrap z Lidla. Takie sobie, jednak najlepsza okazała się herbata. A książka, którą zaczęłam czytać wczoraj wieczorem to Rory Gallagher. His Life and Times (The Collins Press, 2020). Nic poza tym nie robię, zamiast zapychać głowę przemyśleniami, postanawiam odespać poprzednią noc, gdy z zimna turlałam się po Fredowej stronie łóżka.

wtorek, 3 sierpnia 2021

595. Wtorek chodzony.

Delektowałam się dzisiaj chodzeniem. Z przystanku do Centrum, z Centrum na siłownię, z siłowni do polskiego sklepu, ze sklepu do przystanku. Nawet dwa razy do mnie machano z samochodów. Gdy zmierzałam do pracy rozpoznała mnie Martaszka (zdziwiłam się, że jest na Wyspie), a gdy po pracy szłam na zakupy, Fred akurat zmierzał na swoją zmianę.

W pracy dobrze, przy okazji też poznałam z rana Sinead, która robi masaże (akurat byłam przefasonowana po marszu z nierównym obciążeniem, a ona bardzo miło się moim przefasonowaniem zainteresowała). 

Nareszcie umówiłam się do fryzjera na czwartek rano (ostatnie godziny z mopem na głowie). Po pracy same miłe rzeczy i odcinek MM, trochę głupiutki, The Fisher King. Trzeba przypilnować gościa od bojlera, bo nie oddzwania, jakoś to zsynchronizować z naszą obecnością w domu. A teraz chill out i kiełbasa z dziczyzną w akompaniamencie ogórka małosolnego. W głowie mi szumi. Bez żartów. Najbardziej przeszkadza mi to wieczoram, bo mózg niezajęty niczym sensownym, zajmuję się tym dziwnym zjawiskiem.

poniedziałek, 2 sierpnia 2021

594. Poniedziałek wolny, ale zajęty.

Złożyłam podanie na uniwerek. Przeżywam to bardziej, niż trzeba. Ale też wiadomo, odpowiedź może namieszać w grafiku roku (nie, żebym miała jakiś ścisły). Kochany, pomimo tego, że dzisiaj jest bank holiday, po południu pojechał do pracy. Następne dwa tygodnie w planach mojego męża to regularne wyjazdy "do roboty", tak jakby zatrudnienie "casual" zamieniło się nagle w "full time". U mnie tymczasem na dwoje babka wróżyła — ośrodek z powodów obostrzeń covidowych jest prawie pusty, na dodatek Luiza i jej noga, na dodatek urlopy pracowników, na dodatek studentów tylu, co kot napłakał. Jutro więc niewiadoma, oględną odpowiedź na moje pytanie dostałam pod wieczór, więc ... oglądam Midsomer Murders (Bad Tidings, ładny tytuł), gram online w cribbage i gadam do siebie.

Dzień szary, dom coraz chłodniejszy.

niedziela, 1 sierpnia 2021

593. Pierwszy sierpnia w Glendalough.

Pobudka po piątej, wyjazd ok. ósmej, po przyjeździe Aś. W towarzystwie The Cure (do) i The Pogues (z) pojechaliśmy w trójkę naszym samochodem. Byliśmy na miejscu o całkiem znośnej godzinie, ruszyliśmy na szlak przez Paulanass, i tutaj czekała nas miła niespodzianka: nie było obowiązkowego okrążania drogi, którą ostanio udało się nam przejść w całości cztery lata temu (Spinc and Glenealo Route). Zaliczyliśmy wszystkie punkty widokowe naokoło Upper Lake, a nawet odbiliśmy na jakiś czas na szlak do Lugduff. Tym razem nie pomyliliśmy go z niczym innym, byliśmy na górze, zleźliśmy z góry, naokoło wrzos kwitł, jagodziska obrodziły. Wracając do szlaku ku Glenealo napotkaliśmy gościa który zamierzał na Lugduff spędzić noc pod namiotem. Mówił fajnym północnym akcentem. 

Pod cmentarzem byliśmy ponownie przed szóstą. Tym razem w drodze powrotnej nie udał się nam przystanek w restauracji Wicklow Heather (dzikie tłumy). Przygarnęła nas dopiero knajpa Byrne & Woods w Roundwood. Niewykwintna i z kwadrans czekaliśmy na stolik, ale miłe mi było wytchnienie i słońce ogrzewające plecy.