Kolejna słabo przespana nocka, mama obudziła mnie na śniadanie o ósmej.
Nie było nic takiego do pakowania, postanowiłam więc wziąć z domowej biblioteczki dwie stare książki, Orlanda Virginia Woolf i Sprawę Emila Magisa Féliciena Marceau. Po śniadaniu we trójkę jeszcze raz poszliśmy na cmentarz (pogoda się zmieniła, ubieram płaszcz) i przy okazji odnalazłam grób dziadka mojej szkolnej koleżanki, który mnie interesował z powodów genealogicznych. Po spacerze zaleganie, suszenie włosia, obiad, zaleganie, w końcu wyjazd w kierunku Wro, wcześniejszy ze względu na korki (faktycznie, ruch w którymś momencie zaczął się ślimaczyć).
Tradycyjnie już na lotnisku usiedliśmy przed podróżą, zamówiliśmy herbaty/kawę. Wylot był o czasie; chwilę po tym, jak pomachałam rodzicom na pożegnanie odkryłam, że nie zabrałam z domu kabla do ładowania iphone'a, gdyż bywam Matołkiem.
Lot bez większych wydarzeń, doczytałam biografię Allena do strony 139. Był tylko jeden niepokojący moment, gdy usłyszałam, że piloci robią próbę podwozia sporo przed lotniskiem (chyba wyciągnęli i schowali). Dublin przywitał mnie grubą warstwą niskich chmur.
Kochany już na mnie czekał (podbudowany dobrą kawą, ciekawą rozmową z reżyserem na temat nowego projektu i wczorajszym nocnym seansem) i sprawnie przemieściliśmy się do wsi, więc oto jestem we własnym szlafroku. Dodawanie do wpisów informacji, zdjęć i przemyśleń post factum postanawiam zostawić na jutro.
Babcia Mania kończyłaby dzisiaj lat 92.






























