Strony

wtorek, 2 kwietnia 2024

1568. Od sie do sie.

Kolejna słabo przespana nocka, mama obudziła mnie na śniadanie o ósmej.

Nie było nic takiego do pakowania, postanowiłam więc wziąć z domowej biblioteczki dwie stare książki, Orlanda Virginia Woolf i Sprawę Emila Magisa Féliciena Marceau. Po śniadaniu we trójkę jeszcze raz poszliśmy na cmentarz (pogoda się zmieniła, ubieram płaszcz) i przy okazji odnalazłam grób dziadka mojej szkolnej koleżanki, który mnie interesował z powodów genealogicznych. Po spacerze zaleganie, suszenie włosia, obiad, zaleganie, w końcu wyjazd w kierunku Wro, wcześniejszy ze względu na korki (faktycznie, ruch w którymś momencie zaczął się ślimaczyć). 

Tradycyjnie już na lotnisku usiedliśmy przed podróżą, zamówiliśmy herbaty/kawę. Wylot był o czasie; chwilę po tym, jak pomachałam rodzicom na pożegnanie odkryłam, że nie zabrałam z domu kabla do ładowania iphone'a, gdyż bywam Matołkiem.

Lot bez większych wydarzeń, doczytałam biografię Allena do strony 139. Był tylko jeden niepokojący moment, gdy usłyszałam, że piloci robią próbę podwozia sporo przed lotniskiem (chyba wyciągnęli i schowali). Dublin przywitał mnie grubą warstwą niskich chmur.

Kochany już na mnie czekał (podbudowany dobrą kawą, ciekawą rozmową z reżyserem na temat nowego projektu i wczorajszym nocnym seansem) i sprawnie przemieściliśmy się do wsi, więc oto jestem we własnym szlafroku. Dodawanie do wpisów informacji, zdjęć i przemyśleń post factum postanawiam zostawić na jutro.

Babcia Mania kończyłaby dzisiaj lat 92.

poniedziałek, 1 kwietnia 2024

1567. Śmigus.

Sen raczej kiepski, najpierw nie mogłam zasnąć, potem mama obudziła mnie o czwartej rano na śmigusa (pewnie sama też nie mogła spać).

Po śniadaniu poszłyśmy z mamą na cmentarz (i tu widok dziwny: pod płotem cmentarza siedział w kucki jakiś gość, ewidentnie imigrant z Azji, który oglądał coś w telefonie). Nadal ciepło, ale nad lasem powoli zbierały się deszczowe chmury. Po powrocie załapałyśmy się na oglądanie drugiej części Emmy (1996) McGratha. Nareszcie pogłaskałam Rózię. Obiad. Poszłyśmy z mamą do drugiej rzeczki. Z tatką i Maciejem siedzieliśmy w ogrodzie (obserwowały nas dwie sroki); głaskałam Gosię. Poszłam na górę (do babci Mani) odwiedzić Stefana (zieleni się, nic mu nie dolega). Genealogia. Kolacja. Za oknem deszcz. Mama wcześniej kładzie się do łóżka. Wyłączam tv, więc słyszę jak tatko czyta jej z internetu nowiny pogodowe.




reministencje dziadkowej krajzegi

niedziela, 31 marca 2024

1566. Świętując jedzenie.

Filmu Lankosza jednak nie dokończyłam oglądać (coś mi zgrzytało).

Śniadanie, spacer z tatą i Maksiem, oraz spacer z tatą na cmentarz. Genealogia. Obiad, spacer z mamą leśną drogą. Drzemka. Fred przekazał mi pozdrowienia od wszystkich z którymi rozmawiał. Kolacja; binge watching Co ludzie powiedzą; składam się z sałatki jarzynowej, bigosu i herbaty. Oczywiście, czas przedstawiony na letni (czyli zupełne pomieszanie).




***

I marzec, myk!

sobota, 30 marca 2024

1565. Wielka sobota.

To była miła, relaksująca sobota. Trzy zegarki, trzy różne godziny; wybrałam czas irlandzki i wstałam o szóstej. Zrobiłam michę sałatki warzywnej plotkując z mamą o świecie (np. teraz wiem, że dawna polonistka wylądowała z alzheimerem u Sióstr; kiedyś przygotowywała zestawy egzaminów bez numeru trzynastego i chyba tylko mama to zauważyła), w tym czasie w tv leciały kolejne odcinki włoskiego Komisarza Rexa (nikt tego nie oglądał, ale mama potrzebuje szumu w tle). Tatko poszedł ze święconką. Byłam na spacerze z towarzystwem, zrobiłam inspekcję ogrodu (brzęczy i pachnie; niebo bez jednej chmury, ale blask słońca „przydymiony”, gazety „mówią”, że to przez pył saharyjski), dostałam od mamy w prezencie czerwonego T-shirta oraz płócienną torbę, i poszłam z nią na cmentarz (jak zwykle, zapalić wkłady na dwóch grobach; przy okazji wymieniłyśmy się informacjami, co byśmy chciały w temacie grzebalnym: mama chciałaby być pochowana w grobie cioci Stachy). Popołudnie minęło nam na rozmowach, testowaniu galaretki (wyszła pyszna), oglądaniu Co ludzie powiedzą i Alarmu na lotnisku. Może jeszcze obejrzę Ziarno prawdy (2015) Lankosza.







piątek, 29 marca 2024

1564. U siebie.

Minęła północ, tymczasem na moim telefonie jest godzina wcześniej. Zwierzaki w większości już śpią porozkładane w swoich ulubionych miejscach.

Wyturlałam się dzisiaj z własnego łóża przed dziewiątą i trochę mi zeszło zanim zdecydowałam w co się ubrać na podróż (skarpety w borsuki, dżinsy z mankietami, czarna marynarka). Do ogródka wyszłam tylko na chwilę, żeby wsadzić do starej doniczki dalię (bulwy miała jakieś takie biedne, trzeba ją szybko reanimować). Wyjechaliśmy z Kochanym po pierwszej, z tej okazji nad wsią pojawił się przelotny deszcz, a nad zatoką tęcza. Nie przewidziałam, że w wielki piątek Irlandczycy ruszą na zakupy, więc w Milano (Swords) czekaliśmy na swoje pizze prawie godzinę (w międzyczasie Fred kupił mi w TK Maxxie płaszcz jak żaden inny, na żywca wyciągnięty z jakiegoś klipu z lat 80-tych, marka Aligne, czarny trencz o nazwie Julia). Kochany podwiózł mnie w pobliże terminala (tutaj też korek), na lotnisku stanęłam w najwolniejszej kolejce do sprawdzenia bagażu (jeden z celników poznał się na moim kapeluszu, ucięliśmy sobie całkiem miłą pogawędkę, gdy sprawdzał czy nie przewożę narkotyków). Nareszcie kwadrans po piątej znalazłam się gdzie trzeba: przed wejściem nr 109. Lot był spokojny, zaczęłam czytać autobiografię Allena (zabawna, ale zmęczenie dawało mi się we znaki i nie dobrnęłam za daleko), pierwszy raz zamówiłam w samolocie herbatę (blee), po lądowaniu wyszłam szybko i ekspresowo przywitałam się z rodzicami. W domu opiłam się herbatą, objadłam śledziami w ziołowej zalewie i ciastem. Dobrze jest.

czwartek, 28 marca 2024

1563. Łapanie równowagi.

Słabo spałam, wierciłam się, budził mnie własny kaszel. W pracy jako tako, Saren powiedziała, że dostanę informację zwrotną w temacie podania. Nie dostałam. Po powrocie zjadłam obiad samotniczy, odprawiłam się, kupiłam trzy książki na czytnik (Rogersa, Horney oraz autobiografię Allena) i ... poszłam spać. Organizm tak potrzebował być w pozycji leżącej, że wygrzebałam się z pieleszy dopiero przed chwilą, jakbym antycypowała wejście Freda do domu (Kochany wrócił w momencie, gdy włączałam prysznic). Łeb boli jakby mniej. Po namyśle stwierdzam, że ebooki kupiłam niezłe.

środa, 27 marca 2024

1562. Duperele.

Dzień jak co dzień. Albo niekoniecznie, bo już odczuwam atmosferę przed podróżą, jestem tu, ale tak po kawałku odlatam gdzie indziej. Pogoda mętna, słońce przeplatane chmurami grafitowymi od deszczu. Mam szczęście mieć męża, który przywozi mnie z pracy (dzisiaj miał wolne) oraz kupuje 150 różnych cebul kwiatów, bo znalazł w Lidlu w jednym opakowaniu (jedna dalia, mieczyki, iksje, sparaksisy, irysy holenderskie oraz szczawiki deppego). Czyli z okazji wiosny mój królik domowy będzie kopał nory w trawniku ;) (a może jednak doniczki? muszę pomyśleć)

Został do odhaczenia jeszcze jeden dzień roboczy. Zaczęłam sprawdzać egzaminy, więc mnie trochę telepie, ale cuszzz. Staram się z telepaniem nie przesadzać, następny odcinek rzucawki jutro. Rozmawiałam też z mamą, organizacyjnie, bo nie zamierzam zabierać ze sobą całego majdanu, więc chciałam się upewnić, czy w domu rodzinnym mam jak podładować iphone'a. Chyba mam. To zmartwienie też odsuwam na później. 

wtorek, 26 marca 2024

1561. Bezwład.

Trudno było się wyturlać z łóżka. Dobrze mi się spało, obudziłam się tylko raz, gdzieś po trzeciej, ale prawie natychmiast znowu zapadłam w sen. Kochany podwiózł mnie rano do pracy, po południu zaś udał się do własnej i wracałam autobusem. Po powrocie do domu musiałam przez jakiś czas uspokajać żołądek, zanim byłam w stanie coś zjeść (nałogowi palacze papierosów nie uświadamiają sobie jak bardzo śmierdzą; ohyda).

Zanim na dobre weszłam do domu zrobiłam fotkę narcyzowi dzielnie stawiającemu opór deszczom. Oto pierwszy rozkwitły Delnashaugh:

W temacie pracy: nie będzie tego, ma być tamto. Przyjęłam to ze spokojem, poinformowałam też zainteresowanych, że wczoraj aplikowałam na inne stanowisko. Zobaczymy, co się wydarzy i staram się za dużo na ten temat nie główkować, żeby sobie nie psuć nastroju. A dzień ogólnie taki, że oczy same się zamykają (większość wtorku siąpiło, w Centrum chłodno, bo wysiadło ogrzewanie, i wogle). Po zjedzeniu łazanek nic tylko bym siedziała przed ekranem i bezmyślnie szurała w MyHeritage. Fred już do mnie jedzie; tymczasem półleżę w małżeńskim łożu i klikam. Kątem leniwego oka zerkam, że na sobotę zapowiadają w Tcy 22°C. 

poniedziałek, 25 marca 2024

1560. Mało drobiazgów.

Drobiazgowość jest, i owszem, ale nie ma za wiele drobiazgów do zapisania. Za oknem paprochy i wiatr. Fred również miał wolne, więc siedzieliśmy przy laptopach śledząc koleje świata. Przerabiałam cv uświadomiwszy sobie, że nie pasuje do oferty (starą wersję mojego życiorysu gdzieś tam na piętrze mają, ale przecież im nie napiszę, żeby sobie poszukali). Cyzelowałam i cyzelowałam, wyszło kilka zdań listu i kilka poprawek w cv (wysłane kwadrans po trzeciej).

Gdy już odhaczyłam strupa, zajęłam się głupstwami: obejrzałam Gosię ze Szkocji oraz podsumowanie Haru Basho (warci zapamiętania są Takerufuji i Ōnosato). Wieczorem zadzwoniłam do rodziców i wspomniałam o seansie sumakowym, więc mama się rozrzewniła. Akebono, Takanohana, Musashimaru, Konishiki — oglądałyśmy ich na satelicie, chyba nawet po niemiecku :D (poza tym mama już ma urlop oraz kapusta na bigos została kupiona).

Z rozpędu obejrzałam Inside the Closed World of Sumo (2020). Ciekawe, interesujące. A teraz chce mi się spać.

niedziela, 24 marca 2024

1559. Czarna Góra.

Przed siódmą budzi mnie wschodzące słońce centralnie zaglądające przez okno. Niedługo to trwa, godzinę później niebo się zasnuwa, czytam w necie, że w Ravensdale pada deszcz. Mimo wszystko postanawiamy testować moje buty, czy też po prostu korzystać, kiedy można (a można; strona prognozująca wiatry podpowiadała, że później będzie spoko). Przy śniadaniu dyskutujemy o Weselu Wajdy, bo mamy mnóstwo spostrzeżeń, znacznie więcej niż te wyrażone pobieżnie.

Wyjechaliśmy z domu po dziesiątej, tak, żeby być u Ka na umówioną pi razy drzwi jedenastą. Na miejscu zapakowaliśmy się do Babci we trójkę i jazda do Ravensdale. Kiedyś już robiliśmy połowę tego szlaku (czerwiec'20). Tym razem zamiast skręcić na prawo, od razu w the Tain Way, poszliśmy na lewo, przez las pod górę, aż do wyasfaltowanej drogi, która miała nas zaprowadzić do Czarnej Góry. Zaprowadziła (po drodze spotkaliśmy znajomą Ka, która właśnie schodziła w dół ze swoim pięknym pointerem węgierskim). Na górze, obok stacji nadawczej, są pozostałości megalitycznego grobowca o nazwie Clermont Cairn, na którym wypiliśmy po herbatce. 






Zejście tą samą trasą, nie licząc małego przełaju (owcostrada, ofkors) skracającego nam drogę przez asfalt. Wpół do trzeciej byliśmy na parkingu, Ka zamówił telefonicznie pizze dla nas, Jot oraz chłopaków, i zjechaliśmy do przyjaciół na konsumpcję & pogaduchy. Kawa; zebraliśmy się do domu. 

Wieczorem znowu zaczęło padać; od razu wskoczyłam pod prysznic, następnie zabrałam się za przeglądanie zdjęć. 

Przed dziewiątą Fred zapytał, czy mam ochotę pojechać do portu, żeby zerknąć na niebo. Oczywiście, że miałam ochotę. Jeszcze raz zmieniłam szlafrok na ubranie wyjściowe i podskoczyliśmy na drugą stronę wsi. Na próżno, bo niebo zasnute, duży kuter dodatkowo rozświetlał horyzont uniemożliwiając dostrzeżenie słabszego źródła światła (ale warto było spróbować, kiedyś w końcu tę zorzę polarną złapiemy na gorącym uczynku). 

Dogrzewam się herbatami. 

Buty się sprawiły, żadnych obtarć, choć miałam średnio grube skarpety.

sobota, 23 marca 2024

1558. Żywot w zasadzie beztroski.

Po śniadaniu dokończyłam na czytniku Złoty róg Szymiczkowej (Znak, 2020). W międzyczasie rozmawiałam pobieżnie z rodzicami. Gdy dzwoniłam, mama akurat siedziała u dentysty; oddzwoniła z samochodu, pokazała mi, gdzie chciałaby kupić mieszkanie, opowiedziała o bardzo dobrym znieczuleniu, znośnej pogodzie i papirusie, który dostała od dyrektorki, oraz kiedy będą kulinarne przygotowania świąteczne (nie za wcześnie, nie za późno). Zakończyłyśmy rozmowę, gdy rodzice zaparkowali pod Brico, żeby znaleźć doniczkę dla wspomnianego nowego nabytku. 

Słońce przechodziło dzisiaj człowieka na wskroś, niestety wiatr również, więc nie wypuściłam się na spacer. Za to po obiedzie pojechaliśmy z Kochanym na zakupy, ubrani w identyczne t-shirty z czerwoną pandą. Najpierw do Lidla po chleb, potem na kawę do Costy, ostatecznie do Tesco, w sumie na spacer (w pewnym momencie zapomnieliśmy, po co przyszliśmy, więc trochę się kręciliśmy tu i tam, a po włożeniu do torby sera Wensleydale zaczęłam sobie wyobrażać Gromita jeżdżącego samochodem i już zupełnie straciłam wątek).

Wieczorem obejrzeliśmy Wesele Wajdy (1973); pomimo późnej pory zadzwonił Ka z pytaniem, czy jutro gdzieś się wybieramy, bo chętnie się dołączy. Jeszcze nie wiadomo, wszystko zależy od pogody.

piątek, 22 marca 2024

1556-1557. Jaśniej.

Czwartek
Sporo w nogach. Szaro i mży. Po (moim) powrocie z pracy, gdy Kochany robił obiad, wyskoczyłam na chwilę do ogródka wyharatać trochę zielonki przytłaczającej inną zielonkę (czułam się nawet winna z powodu tego rasizmu). Po obiedzie przygotowania na piątek, sapałam z konfuzji nad błędami z zeszłego roku. W tym czasie mój cherubinek z loczkiem nad czołem poprawiał swój własny tekst. Ogólnie czwartek raczej nudnawy, tylko Fredowi przydarzały się ciekawsze rzecz (tatko do niego zadzwonił na pogadankę, dzwonili także z opery, w sprawie zajścia, którego byliśmy świadkami — gdyż było tak, o czym zapomniałam, że jakiś gość z rzędu za nami przesiadłszy się do rzędu przed nami uciszał dwie kobiety w sposób mało dyplomatyczny).

Piątek
Sprawa, która było do odhaczenia (egzamin praktyczny), została odhaczona. Teraz mam stosik papierów do sprawdzenia (i zostawiłam go w Centrum, ponieważ po odsiedzeniu nadprogramowej godziny byłam tak brain-dead, że nie miało sensu udawanie jakobym zamierzała wrócić do tematu w dniach najbliższych). O pierwszej Kochany już po mnie jechał, umówiliśmy się w Czarnej; po drodze spotkałam Kalema i Aleksa (niesamowite jak dzieciaki, które wypruwają z człowieka energię, gdy się ich ciągnie do wodopoju wiedzy, po fakcie są przeszczęśliwe). Powiedziałam im, gdzie idę, żeby mogli pójść w drugą stronę. W kawiarni zastałam Kochanego już zamawiającego napoje i lansującego się w nowych butach (w motyw z nenufarowej serii Moneta).

Posiedzieliśmy jakiś czas pijąc całkiem dobrą kawę (podobno z Kolumbii) i ruszyliśmy w kierunku auta. Na parterze centrum handlowego, przez które robiliśmy sobie skrót, wrzuciłam do puszki €3 i dostałam taki znaczek dla męża:

Przy okazji Fred streścił swoją historię dwóm paniom-zbieraczkom. Gdyż dzisiaj był Daffodil Day, dzień organizowania zbiórek przez Irish Cancer Society. Na mieście obywatele nosili wpięte różne wersje żonkili, co pokazywało światu, że albo wrzucili coś do puszki, albo ogólnie wspierają walkę z rakiem.

A skoro buty przyleciały z Holandii, to płyta Focusa była słuchana (wiem, że to nie jest takie oczywiste, ale cóż). I Queen, bez powodu. Po Fredowym obiedzie wskoczyłam na łóżko z paczką ciastków pod pachą, czarną herbatą w kubku na nocnym stoliku i czytnikiem w ręce. Nie wiem kiedy z lektury przeniosłam się w sen pół na pół w ubraniu. Dopiero obecność Kochanego uświadomiła mnie, że trzeba jeszcze pod prysznic i ząb pokryć fluorem. Prysznic, fluor, wpis, spać.

środa, 20 marca 2024

1555. Kwiatowo, wspominkowo.

Nad ranem rzęsisty deszcz szumiący za otwartym oknem, a potem zaskakująco wiosenna pogoda (gdy po południu wróciłam z Kochanym do domu, w tle osiedla szemrała kosiarka). Zjedliśmy obiad, Fred w międzyczasie przyciął resztę lawend, ja chwilę podumałam nad narcyzami.

Z cebulowej rozsypanki z zeszłego roku, którą dodatkowo pogrążyłam późnym i niedbałym wysadzeniem do ziemi, ocalało różne kwiecie. Karłowate Jetfire, Bridal Crown i Lucky Number nie tylko wzeszły, ale nawet całkiem ogarnęły temat z rozkwitaniem (choć dwa pierwsze na razie nie tak licznie): 

Delnashaugh powoli się mobilizują, przekwitają Ripy van Winkle (nie zdążyłam z fotkami), tulipany Little Princess, w zeszłym roku kwitnące w jednej donicy z Golden Bells, mimo przesuszenia, a potem przemoczenia, przetrwały i z wysiłkiem zbierają się do kwitnienia (wydaje się, że Golden Bells w osobnej donicy też dadzą radę, choć z pewnością nie wysypią kwiecia tak licznie, jak ostatnio):


Przez dłuższy czas wyglądało na to, że straciłam Bella Visty, ale w innej donicy zauważyłam dwa-trzy delikatne kiełki, może coś z tego będzie. Niestety, nadal nie widzę Pipitów :(

Po krótkiej dłubaninie w ogrodzie Fred stwierdził, że przyjemniej się pracowało w kocim towarzystwie. Zgadza się. Znalazłam dzisiaj zdjęcia sprzed dokładnie 3 lat (tego dnia Rysio pokazywał brzuszek Annie):

Zadzwoniłam do rodziców, nastroje mają raczej słabe (szczególnie mama) i trudno było ich rozweselić. Stresuję się piątkiem i faktem, że nie jestem przygotowana. Jaki jest sens, żeby robić to na ostatnio chwilę?, zastanawiam się głośno. Bo to Irlandia?, podpowiada Fred. Tak, że ten, dostrajam się do sytuacji zastanej. Pierdolę to.

wtorek, 19 marca 2024

1554. Oferty, spóźnienia, borsuki.

Oj, nie, wstawać się nie chciało. Kochany podwiózł mnie rano do Centrum, za to powrót z miasta zaliczyłam autobusem spóźnionym prawie pół godziny. W pracy pojawiły się pewne oferty, jedna skierowana bezpośrednio do mnie (już wiem, że z niej skorzystam), w temacie drugiej wyślę życiorys na piętro wyżej. Na razie nie zamierzam się niczym przemęczać. Zajrzałam w papiery, zapisałam kilka pytań organizacyjnych, ale też umyłam włosy oraz kupiłam na czytnik kolejny tom Maryli Szymiczkowej, Złoty róg (Znak, 2020). Kochany wrócił z Castle Espie przed dziewiątą, z podwójną wejściówką do kaczek (wiadomo, małżonek zna ludzi, np. zna Kirsty), skarpetkami dla żony (zielone, w borsuki; jeszcze się nie pogodziłam z myślą o dziurach w ulubionych skarpetkach w jeże, wyprałam, zwinęłam w kulki, czekają) oraz termosem dla Perlistego (w ten sposób prezent dla wiosennego gościa odhaczony). Teraz zamiarowuję pić herbatę i czytać.

poniedziałek, 18 marca 2024

1553. Dziwne melodie.

Wczoraj większość dnia, nawet spacerując z Kochanym za rękę w Tesco, miałam w głowie lament Dydony (to musiała być Jessye Norman), dzisiaj od rana grały mi Pszczoły Brodsky'ego w wykonaniu Czyżykiewicza. Fred mi na to, że u niego gra Yakaty Sax (melodyjka z Benny'ego Hilla). Wcale się nie dziwię. Zjedliśmy śniadanie (znowu zrobiłam guacamole), Kochany wstawił pranie i właśnie wyszedł je rozwiesić.
___
edit 17:30 zaczęłam czytać Odrzanię Zbigniewa Rokity (Znak, 2023). Pranie trzeba było ściągnąć do domu przed naszym wyjazdem do Drołdy. Całkiem znośny poranek zamienił się w szare południe i mokre, wietrze popołudnie. Wyjechaliśmy po nic, tak naprawdę głównie po to, żeby rozprostować nogi. Najpierw Costa, potem spacer po TK Maxxie (do domu przywieźliśmy ze sobą prostokątne naczynie żaroodporne, które będzie robiło za parapetową miskę na pomidory), przejazd do Woodiesa i spacer tamże. Gdy skończyliśmy, niebo się zdecydowało (wystarczyło, że weszliśmy na powrót do domu i właśnie zaczęło konkretnie lać).
___
edit 20:20 nadal leje i wieje. Kochany rozmawiał z Perlistym o potencjalnym przyjeździe przyjaciela (może maj). Po późnym obiedzie zadzwoniłam do tatki z pytaniem jak się czuje; chyba lepiej (tak w każdym razie twierdzi). Nie mam ochoty na przeglądanie papierów do pracy, chociaż taki był plan poranny (jednak wieczorem wszystko wygląda inaczej, feck it). Rozglądam się za filmem do wspólnego z mężem oglądania.
___
edit 22:30 Obejrzeliśmy Bierz forsę i w nogi (1969) Allena (autor przed szczytem formy, ale widać zaczątek charakterystycznych wątków). Trzeba nastawić budzik na jutro rano (aggrfgrghh!). Fred niezadowolony ze swojego tekstu (właśnie go ponownie przeczytał) przeżywa stresy twórcze i dokańcza zmiatanie z talerza obiadowych ogórków w majonezie.