Gdyż majówka dopiero od popołudnia. Do południa praca, potem Kochany zabrał mnie z miasta.
Z okazji majówki, albo z okazji jakiejkolwiek, zaopatrzyłam się w Bootsie w nową szminkę do ust, tym razem L'Oreal nr 300, Le rouge Paris. Na pierwszy rzut oka niewiele różni się od mojej starej Maison marais, ale rzeczywiście trochę inaczej wygląda w zależności od podtonu skóry.
Pochowano Annę Emerytkę.
Kochany zrobił obiad (dorsz jak marzenie) i grzebaliśmy nieco w ogrodzie: posadziliśmy łubin i dwie szałwie, trochę chwastów zostało ogarniętych, Fred podlał kilka krzaków; wpadł Mleko, od razu zainteresował się wyłącznie nowymi roślinami; Sąsiedzi chodzili tu i tam, Majk w samych porciętach polerował samochód, Katlin podzieliła się paroma ploteczkami, Lisa zaoferowała się Fredowi, że rozpyta w temacie metalowych tabliczek mogących upamiętnić Ryszarda (kot został oczywiście wspomniany wyłącznie w dobrym kontekście, że wszyscy go kochali i nadal go pamiętają).
Wielokrotnie bezskutecznie próbowałam skontaktować się z rodzicami. Okazało się, że byli we Wro na obiedzie (lambadziarze! ale cóż zrobić, gena nie wydłubiesz) oraz na rodos. Połączyłam się z mamą dopiero po naszej siódmej i nawijałyśmy ponad godzinę. Czyli jestem zmęczona, dopijam herbatę, czytam wpisy blogowe zamiast książki. Kochany mi mówi, że siedem lat temu o tej porze byliśmy w górach Kerry. Jakie siedem lat temu? Przecież dopiero co się poznaliśmy!









