Strony

piątek, 2 maja 2025

1963. Przedmajówkowo.

Gdyż majówka dopiero od popołudnia. Do południa praca, potem Kochany zabrał mnie z miasta.

Z okazji majówki, albo z okazji jakiejkolwiek, zaopatrzyłam się w Bootsie w nową szminkę do ust, tym razem L'Oreal nr 300, Le rouge Paris. Na pierwszy rzut oka niewiele różni się od mojej starej Maison marais, ale rzeczywiście trochę inaczej wygląda w zależności od podtonu skóry. 

Pochowano Annę Emerytkę.

Kochany zrobił obiad (dorsz jak marzenie) i grzebaliśmy nieco w ogrodzie: posadziliśmy łubin i dwie szałwie, trochę chwastów zostało ogarniętych, Fred podlał kilka krzaków; wpadł Mleko, od razu zainteresował się wyłącznie nowymi roślinami; Sąsiedzi chodzili tu i tam, Majk w samych porciętach polerował samochód, Katlin podzieliła się paroma ploteczkami, Lisa zaoferowała się Fredowi, że rozpyta w temacie metalowych tabliczek mogących upamiętnić Ryszarda (kot został oczywiście wspomniany wyłącznie w dobrym kontekście, że wszyscy go kochali i nadal go pamiętają).

Wielokrotnie bezskutecznie próbowałam skontaktować się z rodzicami. Okazało się, że byli we Wro na obiedzie (lambadziarze! ale cóż zrobić, gena nie wydłubiesz) oraz na rodos. Połączyłam się z mamą dopiero po naszej siódmej i nawijałyśmy ponad godzinę. Czyli jestem zmęczona, dopijam herbatę, czytam wpisy blogowe zamiast książki. Kochany mi mówi, że siedem lat temu o tej porze byliśmy w górach Kerry. Jakie siedem lat temu? Przecież dopiero co się poznaliśmy!

czwartek, 1 maja 2025

1962. Rzeczy miłe oraz smutki.

Udany dzień, w pracy poczucie efektywności (dokończyłam finansowe podsumowanie kwietnia), ogólnie głębokie i przyjemne odczucie bycia u siebie. 

Rano zapukałam do Anne, rozmawiałyśmy chwilę, pogłaskałam Junonę, która niestety nadal nie jadła. Przy okazji poznałam osobiście drugą część teamu wspierającego Anne (Tonia przybieżała chwilę po mnie; swego czasu wymieniałyśmy się w opiece nad Junoną, ale zawsze się jakoś mijałyśmy). Po południu wymaszerowałam do pracy Kochanego. Zanim się spotkaliśmy, spokojnie napiłam się herbaty, potem mąż zabrał mnie do El Paso. Tak dziwny kierunek naszej jazdy wyniknął z tego, że wczoraj Fred zapomniał oddać Ka jeden zestaw kluczy do ich domu. Nic więc prostszego jak obiad na mieście; poszliśmy na suszi do Atami. Po posiłku Kochany oddał klucze Jot i wróciliśmy do domu. Postanowiłam jeszcze zerknąć do sąsiadki. Nadziałam się na Katlin, rozmawiałyśmy o Annie Emerytce, wspominałyśmy dawne dobre czasy weranda news, sąsiadka pokazała mi jaką wiązankę kupiła (białe róże i białe chryzantemy) oraz pochwaliła Ethana, który chciał pożegnać znajomą i podziękować jej za to, że zawsze dawała mu po dwa euro.

U Anne było trochę łez i robienie zdjęć małej pulpecji. 

W ciągu dnia Junona poczuła się lepiej i nawet zjadła Rysiowy pasztecik. Jakoś zeszło do ósmej. Jeśli nic dramatycznie się nie zmieni, zabieg uśpienia jest zapowiedziany na sobotę. Do tego czasu sąsiadka dostała wolne w pracy i powoli żegna się ze swoim pierwszym kotem.

***

Wczoraj skończył się kwiecień, przetuptał bardzo cicho, wprowadził wiele zmian zasadniczych:

środa, 30 kwietnia 2025

1961. Ulga.

Powrót na własne śmieci ucieszył mnie jak wakacje na Hawajach. Z wielu negatywów naszego domku: mamy mało miejsca na wszystko, wpadamy na sprzęty, poza tym nie mamy zmywarki do naczyń. Z drugiej strony, nie mamy też blatu na którym odbija się każda postawiona szklanka, ani psa-atencjusza z lękiem separacyjnym i nawykami żebraka.

W pracy miła odmiana, najpierw wyjście na świeże powietrze i spotkanie z lokalnymi organizacjami, potem trochę finansowych papierków na koniec miesiąca. Pieniądze innych ludzi. Na szczęście na razie pracuję pod nadzorem. Wyszliśmy z Jamy o trzeciej, na miasto zalane słońcem. Pod dawnym M&S spotkałam Ger Bez Zęba Na Przedzie, teraz już z zębem, a nawet z całym garniturem nowych siekaczy. Jest już na emeryturze, pomalowana samoopalaczem i zadowolona, pogratulowała mi zatrudnienia (btw, w czasie spotkań pracowniczych wyhaczyłam Ronę, nowe ploteczki są takie, że i Bridżet znalazła lepszą pracę). 

Przed powrotem na wieś Kochany zabrał mnie do Woodiesa, gdzie kupił kilka roślin: dwie ozdobne szałwie na miejsce tych, które się w zeszłym roku wyrodziły (Hot Lips i greggi Royal Bumble), nowy łubin (tym razem kremowo-żółty), stokrotkę marokańską (Rhodanthemum Casablanca) i nachyłek (Up Tick Gold'n'Bronze). Mamy nadzieję, że bombowcom się spodobają, bo wszystko to z myślą o nich.

Na wsi wiadomości sąsiedzkie raczej smutne: wczoraj Kochany rozmawiał z Katlin, która poinformowała go, że Anna Emerytka już długo nie pożyje, odstawili jej leki i czekają. Sąsiadka zmarła kilka godzin po tej rozmowie. Z Junoną też jest źle. Zagadnęłam Anne przez messengera, koteczka miała w poniedziałek poważny zjazd (rak prawdopodobnie przemieścił się w kierunku kręgosłupa). 

Kochany zabrał się za prace ogrodowe, a ja padłam na twarz jak kawka. Dopiero kilka minut temu ocknęłam się na tyle, żeby zauważyć, że Anne do mnie napisała jeszcze raz przed dziewiątą. Oddzwoniłam. Rozmawiałyśmy chwilę, sąsiadka zapłakana; zaoferowałam się, że wpadnę, ale późno już. Zresztą, nie pomogę. Może jutro rano.

wtorek, 29 kwietnia 2025

1960. Odpływy i przypływy.

Ależ mgła mózgowa! Przez część dnia chodziłam jak śnięta, kawa w południe średnio pomogła. Pogoda jak marzenie, a na stópkach nowe trampy w których sunęłam po mieście opatulona kaszmirowym szałem (jedyna kurtka jaką wzięłam z domu, jest od kilku dni zdecydowanie za ciepła). W kawiarni rozpoznała mnie Emma; bardzo miłe spotkanie, dziewczyna właśnie kończy następny etap edukacji, a sądząc z sytuacji (spotkałyśmy się w gwarnym miejscu, Emma siedziała ze znajomą), spektrum daje jej żyć.

Po południu Kochany zabrał mnie z miasta. Pojechaliśmy do Trzeciego Miejsca. Po powrocie do Pieseła zjedliśmy steki (Pieseł został wystawiony za drzwi i szczekał), potem obejrzeliśmy Nyad (2023) z Bening i Foster. 

[Cieszę się, że jutro wracamy do siebie, bo zaczęłam się zamieniać w Jot z tym łażeniem i wycieraniem powierzchni płaskich. Poza tym wolałabym być matką psa mądrego ;)]

Po filmie całowaliśmy się w kuchni.

Ze spaceru wróciliśmy długo po zachodzie słońca.
Na niebie anorektyczny sierpik.
Jeszcze herbata, pakowanie, prysznic.

poniedziałek, 28 kwietnia 2025

1959. Niedotlenienie biurowe.

Ciepły, ładny dzień. Może nie dla wszystkich, wiadomo (na przystanku obserwowałam jak ptaszki wielkości różnych zbierały świeżo rozrzucone piórka od dorodnego grzywacza, któremu już się nie przydadzą), tym bardziej starałam się uwrażliwić na przyjemny fakt istnienia.

W pracy po kilku latach (ile to minęło? trzy?) ponownie spotkałam Teresę. Bardzo miła kobitka, cieszę się, że będziemy współpracowały.

Po południu zeszłam się z Kochanym w polskim sklepie, kupiliśmy coś prostego na obiad i heja do domu, żeby nie trzeba było wycierać kałuży ;) Zadzwoniłam do tatki, rozmawiałam z nim i z mamą dobre 45 minut (wszystko w porządku, gorąco, koty rozwalone na meblach). Aaaa, dalszy ciąg zmęczenia biurowego. Trochę się zdrzemnęłam, Kochany sam poszedł przespacerować psa i właśnie przed chwilą wrócił.

niedziela, 27 kwietnia 2025

1958. Spacerem.

Spałam głęboko; dopiero rano się okazało, że Kochany z powodu bólu, który chwycił go jeszcze wczoraj po obiedzie, zszedł na dół do salonu i leżakował pod kocem na tapczanie.

Na dziesiątą byliśmy umówieni z Aś; mój Mózgu cieszył się na naleśniki; podczas pośniadannej rozmowy uzmysłowiłam sobie, że Trzecie Miejsce jest w niedzielę zamknięte i spotykamy się w Coście w której byliśmy wczoraj. 

Po spotkaniu z przyjaciółką (wymiana ciekawostek zajęła nam ponad godzinę) pojechaliśmy w kierunku Carlingford, Aś swoim samochodem inną drogą, my przez góry (na pastwiskach pojawiły się młodziutkie owieczki, białe i czarne). Za chwilę zobaczyliśmy się z przyjaciółką ponownie, a nasza wizyta w sklepie skutkowała całkiem miłym zakupem: nabyłam różowe mitenki naokoło których nabożnie tuptałam przez ostatnie pół roku. Zostawiliśmy Aś w pracy i poszliśmy na spacer po miasteczku, zaszliśmy na cmentarz, na molo i przez zamek wróciliśmy do centrum, na obiad w herbaciarni.

Powrót do El Paso odbył się regularną trasą; reszta dnia bezwydarzeniowa, Kochany próbował drzemać, ja zerkam na któryś tam odcinek MM (sezon 23, jak mniemam). Jestem przesolona paczką popcornu (obiektywnie ohydztwo); włączyłam ogrzewanie, chcę iść pod prysznic trochę wcześniej, może poczytać, albo coś (za kilka dni znowu się przenosimy, trochę już tęsknię za domem).
___
edit 22:25 to prawda, że miałam iść wcześniej spać, ale prawda to nie wszystko ;) Wieczór był na tyle ciepły, że wyszliśmy na spacer z Piesełem. Przechadzka między domami układającymi się do snu: główna droga nadal porykuje w oddali, a po lewej w ciemności stoi bydło rogate — wiem, że tam jest, bo gdy przechodziliśmy tamtędy kilkadziesiąt minut wcześniej, rogacizna patrzyła na nas z pagórka ... może towarzystwo już się położyło i teraz tylko w letargu strzyże uszami.

sobota, 26 kwietnia 2025

1957. Sobota śpiocha.

Skończyłam czytać Little birds i zabrałam się za książkę kupioną w czwartek. W odbiorniku nadal ITV3: płaroty, marple oraz midsomery ;) zerkałam jednak nieregularnie. W ogóle sobota mnie zaskoczyła, albo sama siebie zaskoczyłam, bo miałam śpiocha przez większość dnia. Tak długo marudziliśmy z obiadem, że gdy skończyliśmy było już dobrze po czwartej, za późno na kawę w Trzecim Miejscu, które zamykało się za godzinę (bogowie wiedzą przecież, że nie lubimy się spieszyć). Kochany wziął więc misia w teczkę na wycieczkę: pojechaliśmy do Costy pod kinem, potem przeszliśmy się leniwym spacerkiem do kina, żeby zobaczyć, co dają (nic pilnego). Było miło, nawet słonecznie, więc przemieściliśmy się do Blackrock:


Spacer orzeźwiający, obserwacje ciekawe (gdy tak sobie szliśmy, przed nami sfoszyła się polska para, z małym dzieckiem i psem; ona poszła na plażę, on z psem wrócił, skądkolwiek przyszedł).

Wieczór w domu, zerkałam na Downton Abbey: A New Era (2022), w sam raz na tyle, żeby odkryć, że to nie dla mnie (wtórne i bez wciągających wątków). Przez internet zamówiłam dla siebie małą pizzę u Tony'ego, Fred był tak dobry i pojechał ją odebrać; czyli opchałam się na wieczór po kokardy, zapiłam to zieloną herbatą liściastą i leżę teraz w sypialni na piętrze bardzo zadowolona. 

Kochany uchylił okno, miasto jeszcze mruczy.

piątek, 25 kwietnia 2025

1956. Śpioch.

Cały dzień deszczowy. Po pracy pojechaliśmy z Kochanym na moment na wieś, na tyle, aby wziąć jakieś przydasie, ubrania i nakarmić ptaszyska (to Fred). Na obiad odgrzany bigos, na deser krótki wyjazd do centrum miasta i chwila nad filiżankami kawy. Mamy jutro pojutrze w planie spotkanie z Aś, poza tym zamierzam się porządnie wyspać, bo dzisiaj trochę jak zombie, za pierwszym razem wstałam tylko po oto, żeby nastawić budzik na za pół godziny, które odczułam jak pięć minut. 

Pod wieczór zerkamy na kryminałki w ITV3 (osiemnasty sezon Midsomer trudno zaliczyć do nowości). Kochany idzie na spacer z Piesełem. Jak zwykle rozmawiamy i zdumiewają nas różne rzeczy.

czwartek, 24 kwietnia 2025

1954-1955. Z pamiętniczka kobity chodzącej legularnie do pracy.

Środa
Kochany miał wolne, więc było mi bardzo wygodnie: pobudka po piątej, spokojne dochodzenie do siebie, potem kawa dla Kochanego, przed ósmą wyjazd z miasta A do miasta B. Mąż zostawił mnie pod pracą i pojechał w siną dal, najpewniej najpierw do kawiarni, potem na wieś, zrobić pranie i spakować parę przydasiów. Jak się później okazało, Kochany pojechał jeszcze do Swords. A skund wiem? A stund, że po powrocie do El Paso został mi wręczony prezent od zajączka: trampy Conversa, model All Star Hi, w kolorze dark green.

Przed powrotem do domu zajechaliśmy na zakupy spożywcze. Wątpię, żeby to miało decydujące znaczenie, ale Pieseł niestety zostawił w kuchni mokrą pamiątkę. Ech, potem robił niby takie mądre miny, gdy mu Kochany tłumaczył: Bo wuj jest tak samo ważny jak ojciec, a jak nie ma ojca to nawet ważniejszy.

Zjedliśmy dobry obiad i zapadliśmy się w relaks. Nie za bardzo miałam ochotę oglądać tv, ot, góra-dół, herbata, zerkanie w sieć, rozmowa.

Czwartek
Spałam aż do budzika bez dłuższych pobudek, czyli nietypowo. Kochany podwiózł mnie w obydwie strony, tzn. po południu zwinął żonę nieomal z ulicy i jedziemy sobie do El Paso na napitki i przegryzki (zjadłam zupę w 3rd Place, trochę byłam głodna). Potem spacer do księgarni. Tym razem to ja kupiłam Kochanemu prezent: tomik z tekstami Leonarda Cohena, sobie zaś Wired Our Own Way, książkę o autyzmie. Po czwartej w domu; Pieseł dostaje w prezencie nową obrożę; trochę genealogii (testuję nowy dings w MyHeritage o nazwie Cousin Finder, i odkrywam, że Ryszard Jabłoński jest kuzynem piąta-woda-po-kisielu tatki).

Rozmawiałam z mamą; Kochany zrobił obiad; wieczorem obejrzeliśmy do połowy Mary, Queen of Scots (2018) z Saoirsą (może wrócimy do niego jutro, choć filmowi brakuje rozmachu); Pieseł dostał jeść i właśnie poleciał z wujem na spacer za osiedle ...

Wczesne wstawanie mnie zużywa. W ciągu dnia nie robię nic takiego, ale około dziewiątej jestem już padnięta. Czyli czytanie opowieści erotycznych kuleje, tym bardziej, że do tej pory tylko jedna nowelka była jako tako ciekawa (a tu zaraz wirtualna biblioteka będzie mnie ponaglała — może wcisnę dzisiaj z dwie historie, oby nie były za bardzo podniecające ;)). 

wtorek, 22 kwietnia 2025

1953. Powrót do aktywności.

Pobudka o piątej. Jeszcze przez chwilę mijaliśmy się z Kochanym, który zaraz wyjeżdżał do pracy. Herbata, śniadanie (moje i Pieseła), wyjście na przystanek. Podróż szybka, poranek słoneczny, praca niewyczerpująca, pełna długich dyskusji o sprawach pobocznych (angielski mój został pochwalon). 

Skończyłam wcześniej i poszłam z buta w kierunku Fredowej pracy, niebo zaczęło się po drodze nieco chmurzyć, ale wstrzymało się do momentu aż zamówiłam herbatę, wypiłam herbatę, przyszedł Kochany i wsiedliśmy oboje do samochodu.

Pieseł bardzo grzeczny, nie nabrudził, próbował wprawdzie wymusić coś w trakcie obiadu, ale zgasiliśmy jego zapał nie zwracając na niego uwagi. Dłuższa rozmowa z mamą. Deszcz się nasilił, więc nie tylko nici ze spaceru psowego, ale też spadek energii. Może tak lepiej. Ósma, a ja już pod kołderką; zamiast filmu książka erotyczna.

poniedziałek, 21 kwietnia 2025

1952. Lany poniedziałek.

Gdyż padało tu i tam. Myślałam wyjść z domu na miasto, ale mamy w sumie spory kawałek do interesujących miejsc oraz żadnej pewności, że deszcz nie pojawi się ponownie w kwadrans. Przejaśniło się dopiero dobrze po trzeciej, gdy blisko już było Fredowego powrotu. Pewnie z tego wynikła chętka obiadu w suszarni. Kochany zaskoczył mnie przyjeżdżając przed piątą, wziął prysznic, przebrał się i mogliśmy wyjechać na miasto.



Suszarnia, spacer z psem wcześniej niż grafik przewiduje (i tak pod koniec złapał nas deszcz); włączam zmywarkę, siedzimy w salonie z Piesełem. Jutro wczesna pobudka i senne wędrówki ludów.

niedziela, 20 kwietnia 2025

1950-1951. Szał świętowania.

Sobota
Bardzo późno poszłam wczoraj spać, albo raczej dzisiaj, bo brałam prysznic już po północy. Wszystko przez to, że pośród wielu nieprzydatnych umiejętności AI natknęłam się na przynajmniej jedną przydatną: chatGPT fajnie wypełnia luki pomiędzy trudnymi do odcyfrowania bazgrołami, a to znaczy, że sprawniej tłumaczy rosyjski pisany ręcznie od zwykłego tłumacza Google. Oczywiście, nadal zmyśla, ale razem szybciej odcyfrowujemy dokumenty.

Poza tym dzień raczej o niczym. Kochany wyjechał do pracy, gdy spałam. Nie miałam planu przygotowywania się do wyjazdu przed jego powrotem (najpierw obiad, histeria później). Po czwartej długo stałam pod prysznicem, orzeźwiło mnie to. 

Zaczęłam czytać zbiór opowiadań z biblioteki, które od dobrych kilku dni mam na czytniku. Little Birds Anaïs Nin traktuję jako ciekawostkę.

Kochany wrócił, nawinęliśmy makaron na widelce. Z Ka&Jot byliśmy umówieni dopiero na dziewiątą. Tak też nam wyszło, kilka minut po dziewiątej przywitanie z przyjaciółmi, przywitanie z Piesełem, dzieciaki już w piżamkach, więc tylko im pomachałam. Krótkie przypomnienie, gdzie co jest, i zaraz sami poszliśmy spać w pokoju Damhnaica.

Niedziela
Przyjaciele wyjeżdżali o drugiej w nocy. Nie słyszałam, obudziłam się dopiero dwie godziny później, chyba zmęczona ciepłem. Kochany zaczynał pracę przed dziewiątą, dopiero wtedy wygrackałam się z łóżka. Zrobiłam sobie herbatę, zadzwoniłam do rodziców z życzeniami (byli już pełni śniadania) i zaczęłam dzień (ze szlafroka wskoczyłam w nowiutkie kaszmirkowe spodnie i noszony już kilka dni T-shirt z Siekierą, oczywiście po inspekcji a la Big Lebowsky). Była krótka rozmowa internetowa z Celtem; próbowałam obejrzeć Netflixową ekranizację Rebeki (2020), ale znudziłam się chwilę po przybyciu nowej pani de Winter do Manderley; testowałam bigos, a po południu postanowiłam dać Netflixowie szansę jeszcze raz i na chybił trafił wybrałam do oglądania The Outrun (2024) z Saoirsą Ronan. Bardzo ciekawy.

Pieseł nie sprawiał kłopotu, głównie drzemał. Ożywił się po powrocie męża do domu. Zjedliśmy solidną porcję żurku, rozmawialiśmy telefonicznie ze świekrą (padło pytanie, kiedy nas zobaczy; zobaczymy), potem Fred wziął prysznic i jeszcze raz obejrzeliśmy The Outrun (nie planowałam oglądać ponownie, ale towarzyszenie pojawiło się naturalnie). Skończyliśmy niedawno; Pieseł ekspresowo zjadł drugą porcję karmy podekscytowany perspektywą wieczornego spaceru po osiedlu; przed chwilą oboje, mąż i Pieseł, zniknęli w ciemności za rogiem. 

piątek, 18 kwietnia 2025

1949. Good Friday.

Za oknem deszcz. Czyli wczorajsza prognoza, którą uznałam za aktualną, była absolutnie poprawna, tylko że dla piątku :) 

Oboje wstaliśmy około dziewiątej, Kochany dopiero, gdy zaparzyłam mu kaffkę. Zjedliśmy nieco dziwne śniadanie (świderki z wczorajszym sosem), obejrzałam jeden z przegapionych filmików Ask a Mortician (o wypadku na Tamizie w roku 1989 i odciętych rękach, bardzo ciekawy), potem popijając w sypialni ciepłą wodę i słuchając deszczu za oknem dokończyłam czytanie Septologii 3-5, czyli Ja to ktoś inny (ArtRage, 2024) Jona Fossego. Po takiej lekturze musiała być kawa w kawiarni, nie inaczej (Fosse jest moim pisarzem, zdecydowanie). W deszczu, z klasykami w głośnikach, pojechaliśmy na północ, aż do El Paso, wyłącznie na kawę i naleśniki, bo jednak opad atmosferyczny nie zachęcał do wycieczek pieszych po głównej ulicy miasta. O trzeciej byliśmy ponownie w domu. Dalsza część dnia poturlała się spokojnie: z vlogosfery nadrobiłam jeszcze świąteczną Gosię ze Szkocji malującą jaja różnymi dziwnymi metodami; zrobiłam Kochanemu postrzyżyny, gdyż mężowi czupryna za bardzo zarosła; po rozmowie ze sztucznom yntylygencjom napisałam do archiwum państwowego w Przemyślu; po ósmej wieczorem zadzwoniłam do mamy, rozmawialiśmy o pogodzie (niebezpieczne anomalie pogodowe omijają cudowne miejsce, choć gorąco jest u nich jak wszędzie), pokazałam mężowską koafiurę, pochwaliłam się rozmową z AI i wysłaniem pożytecznych treści o ciężarze urzędowym (tatko się oczywiście ucieszył). Dopiero teraz sobie uświadomiłam, że w maju zjeżdżamy do domu rodzinnego w czasie urodzinowym, więc będą torty, będą hulanki ;), już teraz miło jest o tym pomyśleć.

I tak, Kochany pod kołdrą, jutro zaczyna się mu czterodniowy zapiernicz; przymknęłam drzwi od sypialni, żeby moje łażenie go nie budziło, bo nie mam jeszcze ochoty na sen.

czwartek, 17 kwietnia 2025

1948. Don't party too hard.

Rano sprawdziłam pogodę dla miasta. Wzięłam płaszcz przeciwdeszczowy zamiast płaszcza przeciwmrozowego, spory błąd, bo deszcz w ogóle nie spadł. Tralalala (reaktywowaliśmy z Kochanym grafik ostatnio rzadziej obecny: kupiłam dwie kawy, jedną na wynos, potem bimbałam w kawiarni aż do czasu, gdy trzeba mi było iść do pracy). Na pożegnanie z Szefem życzyliśmy sobie wzajemnie, jak ateista z ateistką, żeby nie imprezować zbyt intensywnie, i tyle w temacie. Jutro Good Friday, więc wolne. Szef siadł na motór, ja poszurałam do polskiego sklepu, potem na dworzec.

Wróciłam do domu po trzeciej, autobusem, po krótkiej rozmowie z Dżejmim, który znowu pytał o Ryszarda. Odmroziłam sos do makaronu zrobiony przez Kochanego, wrzuciłam do niego kilka grzybów oglądając starą kobrę, Elegia na śmierć nieszczęśliwej damy (1975). Obiektywnie nie warto, chyba, że ktoś lubi krindż, no ale to można powiedzieć o większości peerelowskich teatrów kryminalnych.

Cokolwiek mnie wczoraj atakowało, jakoś to odpędziłam i czułam się dzisiaj znacznie lepiej. Może po prostu praca mi dolegała ^..^ Teraz cztery dni laby, książki, wyglądanie przez okno. Kochany wrócił z pracy po piątej, jedząc makaron zaczęliśmy rozmawiać o Waglewskim i Hołdysie, więc wiadomo, że trzeba było włączyć Świnie. Po obiedzie, żeby się wszystko uleżało, wskoczyłam do łóżka z powieścią norweską. Czytałam, ale też trochę leżakowałam, bo to książka z rodzaju, których nie chce się szybko kończyć (zostało ok. czterdzieści stron).

W głośnikach zespól Kryzys, płyta 78-81. Już po prysznicu, gdyż poważnie zagrożona byłam głęboką drzemką i szukałam otrzeźwienia. Kochany dalej w mundurze, z włosem nastroszonym, szelkami dyndającymi u spodni. Jesteśmy gotowi na piątunio.

środa, 16 kwietnia 2025

1947. So much effort!

Śniło mi się, że mieliśmy z Kochanym wykupione bilety kolejowe, ale obudziliśmy się za późno, po szafkach szukałam bielizny :D

W Jamie siedzę z Szefem, później wpada zakapturzona Meły (leje od rana). Miło, relaksacyjnie, hitem dnia jest, że udaje się połączyć dwa komputery i teraz widzę to, co trzeba, z mojego stanowiska pod meblościanką. Dzięki temu sukcesowi można przejść do omawiania historii Irlandii z uwzględnieniem podziału na katolików i protestantów oraz ustalaniem jak daleko właściwie sięgał region the Pale i czy jesteśmy culchie, czy jeszcze nie.

Kochany czeka na mnie za rogiem, przywozi mnie do domu i serwuje na pierwsze żurek z jajem, potem leżakuję czekając na drugie danie (trochę mnie siekło, nie wiem czy ogólne zmęczenie, czy jakaś choroba, czy po prostu mózg się mnie zapytowywuje dlaczego dzisiaj kawy nie piliśmy). Drugie danie. Ponad godzinna rozmowa z rodzicami  (przekazuję im grafik na najbliższe tygodnie: najpierw siedzimy w El Paso, potem może widzimy się z Atlantykiem, gdyż Kochany rozmawiał z Elizabetą i jest pierwszy szkic planu na weekend majowy, następnie Fred nawiedza moich rodziców, później ja dołączam, w międzyczasie strasznie ciężko pracuję, a przecież jeszcze jestem żoną, czyli nie ma lekko, gdyż po ślubie wszystko się zmienia ;)))), so much effort! powiedziałby Kalem zawodząco ... swoją drogą coś przeczuwałam, i dzisiaj się potwierdziło, że Kalem się do nas zgłosił).

Tak, czyli powoli do przodu. Kochany pakuje bigos do pojemników.