Z rana, jeszcze kiedy piłam wodę z cytryną i oglądałam vlogi na yt, przypomniało mi się, że nie rozliczyłam się w Polsce z podatku, ale postanawiłam odłożyć grzebanie się w tych sprawach do poniedziałku. Sobota jak marzenie, pogoda taka jaką znam z Dolnego Śląska, po śniadaniu wypuściliśmy się do Drołdy na zakupy, pierwszy raz w tym roku wyszłam na świat w marynarce zamiast kurtki, i pierwszy raz w życiu do marynarki założyłam maseczkę na twarz. Przed wyjazdem zaszłam jeszcze do Anny i dostałam zlecenie na zakup dwóch paczek niebieskich płatków śniadaniowych z Lidla. Najpierw byliśmy w polskim sklepie — jedyny nasz zakup naokołoświąteczny to mazurek od The Breadski Brothers. W kolejce przed Lidlem staliśmy za panem Double Macchiato, niezwykle sympatyczny gość, znam go z byłej pracy, zachodził do nas prawie codziennie. Wszędzie bardzo spokojnie, na mieście widziałam tylko jeden samochód gardy, nie ma tłoku, ludzie uprawiają sport, robią zakupy. Po powrocie, kolejnym chitchacie z Anną i wypakowaniu zakupów wyszliśmy na zielony skwer niedaleko domu. Siedząc na żółtej ławce zrobiłam telekoferencję z mamą, potem złożyliśmy życzenia urodzinowo-świąteczne zaprzyjaźnionym Krakusom. Pomachaliśmy też mężowi Katlin, gdy robił rundkę po osiedlu na swoim harleyu.
Wracając do domu "naokoło", spotkaliśmy Rysia w ogródku opuszczonego domu. Kot dostał oklaski od naszych sąsiadów z naprzeciwka, gdy hyc hyc hyc, szedł za nami w wysokim, osiedlowym trawniku.
Kalafior z beszamelem gotował się pod Zembatego w balladach Cohena (2002). Fred po obiedzie poszedł na drzemkę, ja wyjęłam ulubione ciastki i coś tam jeszcze podłubałam, potem dołączyłam do poobiedniego leżakowania. Wyszliśmy na plażę przed ósmą. Horyzont był tak przejrzysty, że widzieliśmy nie tylko masyw gór Wicklow, ale i Sugar Loaf. Po powrocie zastałam kota drzemiącego w oknie. Obejrzeliśmy Zwolnionych z życia (1992) z Fryczem i Jandą — coś ten film psychologiczny za bardzo psychologiczny, bo zupełnie nie wiedziałam, co tej pani dolegało, i co pani Janda gra. Cały dzień był wysycony słońcem, a małżonek uświadomił mi w trakcie kolacji (pizza again), że od dwóch dni zachowujemy post (z moją małą przerwa na kabanosy o poranku).



Kalafior z beszamelem? To jadalne w ogóle?
OdpowiedzUsuńU mnie do kalafiora daje się tylko masło i tartą bułkę.
I to bardzo często jadalne. Gdy czujesz, że Ci się mięcho chwilowo przejadło, bierzesz kalafior, 200 g ostrego sera żółtego (z polskich najlepszy efekt daje morski, świetnie wychodzi też z irlandzkim - nie angielskim - cheddarem), 2-3 żółtka i masz wypas na 2 osoby. Masło i tarta bułka też smakują, ale nie są tak syte. Wszystko zależy od tego, do jakich osób należysz. Znam takich, którzy przez całe życie schabu inaczej nie jedli, jak w panierce z jajka, mąki i bułki tartej, a ja gdy zjadłem schab po zbójnicku, to tradycyjnego schaboszczaka uważam za ubogiego krewnego.
UsuńBrzmi ciekawie, ale nie będę ryzykował z samodzielnym przyrządzaniem :)
UsuńCoś mi się pomyliły miejsca na komentarz i formularzu kontaktowym wpisałam
OdpowiedzUsuńNa małych radościach musimy sobie teraz budować nasze życie codzienne.
I jeszcze dodam,że nie lubię kalafiora;)
Zauważyłam. Mnie trochę czasu zajęło z kolei przyzwyczajenie się do smaku brokułów (najlepsze są podsmażone). Myślę, że umiejętność wyłapywania małych radości to dobra cecha na każdy dzień. Pozdrawiam i życzę Ci zdrowia :)
Usuń