Prych, prych, dwa komplementy od Luizy jednego dnia, świat się kończy :D
Po pracy Kochany podjechał po mnie karocą w sto koni, ale zamiast popędzić do domu wyciągnęłam go na obiad do Il Forno. Sądziłam, że zbierzemy się do piątej, siedzieliśmy nad pizzą z karczochem, kawą i ciastkiem malinowym prawie do szóstej (ciekawe, czy nam przyślą karę za przekroczenie czasu postoju), powrót odbył się w kompletnej ciemności, bo Łysego przesłoniły gęste chmury deszczowe. W domu herbata z miodem i półtorej godziny seminarki, z kotem, który oczywiście pokazywał w kamerze a to kocie oko, a to koci ogon, żeby koniecznie ktoś zapytał, jak ma na imię.
Ten Pearl Jam (1991). Który to raz dyskutujemy o wyższości PJ nad Nirvaną? :) Karolina Cicha podryguje, a ja z nią.
Karczochów chyba jeszcze nigdy nie jadem. Smaczne toto?
OdpowiedzUsuńNa pizzy jest spoko :)
Usuń