Nie chciało, oj bardzo nie chciało mi się dzisiaj zwlec, nie narzekam, fakty zapodaję. W pracy zaliczyliśmy poniedziałkowy hat-trick, pustki, przez kilka godzin surfowałam w sieci przerywając sobie jedynie wyjściem na lunch do Moorland.
I tak dowiedziałam się, że Lucek zmarł. Jego śmierć przypomniała mi o Luckowej mamie, bo przecież to ona prowadziła jego bloga kiedyś tam, w pierwszej połowie Luckowego życia. Nie znałam jej wcale, niewiele u niej komentowałam, albo nie bardzo to pamiętam, ale wizerunek jej postaci, bezcielesny, słowno-emocjonalny, utkwił w mojej głowie. Będzie w tym roku 5 lat, jak umarła. Nie kończąc tematu blogowych znajomości, wieczorem rozmawiałam też z Kamą. Dobrze, że jest. Źle, że problemy zdrowotne się piętrzą.
Pomiędzy wczesnym popołudniem a wieczorem Kochany przyjechał do miasta, zrobiliśmy zakupy w polskim sklepie i poszliśmy na obiad do Il Forno, tym razem na makarony, kolejny raz przy tym samym stoliku.
Hmmm... nie wiem co tu dzielić w takiej porcji makaronu. Odchudzasz się?
OdpowiedzUsuńTalerz z tej perspektywy nie wygląda na głęboki, ale był głęboki :) Nigdy się nie odchudzałam, ale nigdy też nie jem na dopchanie.
Usuń