Ze snu wyrwał mnie tatko, który akurat zrobił w kuchni napitki i rozmawiając z babcią stwierdził, że zadzwoni z pytaniem jak się mamy. I tak była pora na pobudkę, więc wstałam, zrobiłam kawę Fredowi (dzisiaj leciał dość wcześnie do Navan) i dopytałam tatę o brata pradziadka, który (jak się okazało) w ostatnim roku wojny był więźniem we Flossenbürgu.
Gdy Kochany odpalił rakietę, ja odpaliłam swoją z napędem nożnym. Plaża, morze, paprochy, kawa.
Wracając wczoraj (a w zasadzie dzisiaj) do domu, Fred zauważył na trawniku za Judżinem trawersującego lisa. Ryszard na szczęście spał w tym czasie na tapczanie, jak to leń, ale strach go teraz wypuszczać, więc gdy po zmroku rudas marudzi o otwarte okno, ignoruję dziada (a nie jest to łatwe, bo dziad rozpuszczony, co oznacza jeszcze kilka żebraczych podejść).
Grzywka po wczorajszym krzywym obcięciu może być — tak stwierdzam po umyciu włosów, docięciu krzywizny, wysuszeniu i przyplaskaniu dłońmi. Po obiedzie już tylko nauka, przelewanie z pustego w próżne. Innych wydarzeń do końca dnia nie przewiduję.
Na środkowym morszczyn?
OdpowiedzUsuńKubek po kawie, mam nadzieję, zabrałaś do domu/najbliższego kosza na śmieci po tej sesji fotograficznej :)
Dunno.
UsuńNo coś Ty! Mówię "wziąść", zanim coś ubiorę, zastanawiam się co ludzie pomyślą i śmiecę jak nikt nie patrzy ;)
Całkiem ciekawy dzień jak na dzisiejsze czasy!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam