Tym razem Kochany nie uciekał mi przed świtem, jechał do Belfastu dopiero po południu, więc leżakowaliśmy chwilę tego szarego, wietrznego poranka. Sen był z rodzaju rzeczywistości alteratywnej, gdzie (teraz to sobie uświadamiam) ciocia Ce obchodziła z nami urodziny w kawiarni prowadzonej przez Dżi i jego żonę. Było też trochę śpiewu operowego.
Z nowego kalendarza patrzą na mnie owce spod ośnieżonego Benbulbena. Dzień zwykły drobiu domowego, trochę myję gary, trochę czytam i piszę.
Wieczorem, gdy pichciłam strawę dla siebie, zapukał do drzwi Thomas z noworocznym prezentem, dorszem złapanym w Szkocji (uświadomił mnie, że kutry wróciły), i podziękowaniem za słodycze.
Właśnie słyszę mężowskie tupanie na ścieżce przed domem.
___
edit chwilę później: Kochany cały szczęśliwy, bo dokonał przestępstwa przekroczenia budżetu domowego i kupił sobie zajebisty trzewiki firmy Think!.
U mnie w tym roku wisi kalendarz ze śląskimi akwarelami Grzegorza Chudego.
OdpowiedzUsuńU nas będą zdjecia krajobrazów Irlandii :)
Usuń