Strony

sobota, 16 października 2021

669. Na chwilę razem.

Syte śniadanie, a po kawie spacer z mężem nad morze. Pogodowo dzień rozpadł się na dwie części, pierwsza była bezwietrzna i całkiem przyjemna. Po południu odrobiłam nieobecność na studiach z poprzedniej soboty, nic nadzwyczajnego, trzeba było posiedzieć. Drugą praktyczną rzeczą jaką uczyniłam bez zwłoki było przesłanie do tłumaczenia papieru, który dostałam z MEiN. I na tym koniec, weekend jest do weekendowania się.

Po obiedzie, już pod zachód słońca, ruszyliśmy do Drołdy na niewielkie (w nierealistycznych planach) zakupy. Wśród wielu różnych rupieci kupiliśmy box z serialem Father Ted, wszystkie sezony. No i pięknie, będzie oglądane, nie dzisiaj, bo jesteśmy sfilcowani podrożą jak emeryci (chociaż dokazywaliśmy w Tesco, aż mała dziewczynka się nam przyglądała; wcześniej, w Lidlu, jedyna para jaką widzieliśmy bez maseczek to oczywiście byli Polacy).

Na kolację pizza z bakłażanem i kolejna płyta schowana do tej pory w pudle, Waglewski Gra-żonie (1991, ale reedycja Agory, 2020), o dziesiątej dopchnęłam to wszystko bezą z Tesco. Siły brak, z przyjemnością myślę o śnie. Gdy wracaliśmy ze sklepów pogoda zepsuła się na całego, teraz kot suszy się na tapczanie.

piątek, 15 października 2021

668. Pole świadomości.

Przez część dnia głównie Sziwan i dwóch uczniów, na zewnątrz słoneczny ziąb, w Centrum z każdego kąta wyzierają trupy, nietoperze i nagrobki. Po południu po raz pierwszy włamywałam się do domu (od strony ogródka). Za łatwo mi poszło, trzeba zamykać okno, bo trochę strach.

Ryszard dojadał przegapione posiłki. Na szamę przyszedł też nie za często widywany przeze mnie jack russell. Jeśli już się pojawia, potrafi długo i cierpliwie czekać na trawniku.

Kochany wrócił jak zwykle w tym tygodniu, po obiadku gadamy sobie o tym i owym, np. o Łomnickim Tadeuszu, słuchamy tego i owego, np. Cave'a Nicka. Mąż przywiózł mi z TK Maxxa dziwną koszulę Levisa, niby oversize i nie wiadomo do czego, gruby, roboczy materiał, łączka na białym, krótka, a w szerz weszłyby dwie mnie, ale im dłużej na nią patrzę, tym bardziej widzę zastosowanie. Chyba pole świadomości mi się poszerza, albo co.

czwartek, 14 października 2021

667. Grzebię w ziemi.

Dla odmiany późna pobudka (po jedenastej jem śniadanie), przy zielonej herbacie jeszcze raz słucham Bukartyka. Zamiast spaceru gimnastyka w ogrodzie: wysadziłam do ziemi dwie z czterech prymulek tłoczących się w doniczce. Jeden z cyklamenów najprawdopodobniej padł (chyba czerwony), ale reszta rozmnaża się z korzenia jak szalona. W innej doniczce kiełkują Pipity przypominając mi, że rok to kontinuum i za bardzo przejmujemy się porami. Czwartek przeciekł mi przez palce. Chłonęłam radość z obecności kota, który po kilku dniach niebytu drzemał na naszym łóżku do podwieczorka.

Fred wrócił po szóstej, zjedliśmy obiad słuchając Voo Voo, bo odpakowałam z folii kolejną płytę czekającą na wolny czas u męża, Samo Voo Voo (2008). 

środa, 13 października 2021

666. Nie mam tytułu.

Spacer bardzo rano, krótka rozmowa z tatą i babcią, pranie wywieszone, wczesny obiad, dłuższa rozmowa u Katlin o problemach Majkela i Anne, praca w ogródku (wycięłam łączkę, przesadziłam jeden wrzos, pozbyłam się sporej ilości chwastów). W międzyczasie obejrzałam pierwszy odcinek Midsomer z 10 sezonu przecinając go na pół wspomnianą wizytą u sąsiadki. Było ostrzeżenie przed dzikimi i niebezpiecznymi mgłami atlantyckimi, ale nic takiego nie miało miejsca. Szary, bezwietrzny, niezbyt chłodny dzień.

Po obiadokolacji przygotowanej przez męża rozpakowałam jedną z płyt, które nadal czekają w pudle na Fredowy czas i przegrywanie do komputer, Bukartyka Być może to wszystko (2020). Słuchamy i dobrze jest, ciekawe aranżacje, teksty do ponownego wysłuchania.

wtorek, 12 października 2021

664-665. Dzień za dniem.

Poniedziałek zaczął się chłodem, potem było lepiej pod każdym względem. Kochany wystartował do pracy przede mną, więc kupiłam bilet autobusowy w dwie strony. W pracy zrobiło się mniej osób już w zeszłym tygodniu — na stałe z listy spadły Summer i on/a, Lauren. W grafiku nie ma Emmy z którą pracowałam zaledwie dwa tygodnie z nową grupą od września (podobno coś psychicznie nie było z nią za rewelacyjnie). Pod koniec szychty Lorejn mnie spytała, czy to prawda, że Polska wychodzi z Unii Europejskiej.

Tak się złożyło, że w drodze powrotnej, po wyjściu z autobusu minął mnie sąsiad z którym chciałam się zapoznać (ten, który kiedyś był bezdomny). Ma na imię Gerard, lubi koty i przyznał, że faktycznie Ryszard do niego wpada na small talk. W związku z tym, nawet jeśli ma coś za uszami, będziemy żyli w zgodzie.

Obiad zjedliśmy z Kochanym dopiero o ósmej, bo małżonek utknął w dublińskim korku na dłużej. Dopiero gdy mąż poszedł spać zabrałam się za papierologię.

Dzisiaj podobnie, choć inaczej. Budzik przerwał mi sen w którym pojawił się wujek Józek, taki, jakim go pamiętam z czasów, gdy do nas wpadał. Po raz kolejny nie udało się zrealizować planu pracy z powodu absencji uczniów. Za to Paul zrobił nam kawę z nowej maszyny, a ja ją wypiłam na krzywe ryło chwaląc espresso i mleko (Luiza wspaniałomyślnie wyskoczyła z €3,20). Potem spacerując z papierowym kubkiem w dłoni w kierunku dworca zauważyłam sporo osób robiących jesienny lifting ogrodom. Domy już przystrajają się w halloweenowe straszydła.

Fred znowu trudnił się rozwożeniem współpracowników. Czekając na niego z obiadem zajęłam się czyszczeniem martwych lajków na facebooku i w ten sposób dowiedziałam się, że 1 sierpnia w wieku 101 lat zmarła Ilona Rosenkranz, znana jako Ilona Royce-Smithkin. Życie miała pełne życia.

Wieczorem Porter Band Helicopters (1980), dddddddddddddd.

niedziela, 10 października 2021

663. Koty za płoty.

Trochę się jarałam tym, że dzisiaj pierwsze zajęcia online, więc ... zapomniało mi się zjeść obiadu. Śniadanie było, relaks łóżkowy był, potem zaczęłam czytać podręczniki i tak zleciało. Pierwsze koty za płoty, Fred pojechał do pracy, a ja trochę się polansowałam przed kamerą. Po krótkich zajęciach na szybko wcisnęłam parówki i z jabłuszkiem w ręku (dla mnie) oraz kocią karmą w kieszeni (dla usmarkanego Mruczka) wyruszyłam nad morze. Złapałam w locie zachód słońca i głęboki odpływ.

Kota nie było na posterunku przy kebabowni. Trudno, może ktoś go przygarnął. Za to spacer wyborny, niby chłodno, ale to przyjemny chłód, do zniesienia. Wieś bardzo cicha. Kochany już zdał mi relację, że wraca do domu około północy, a na kilka następnych dni ma nietypowy, dzienny grafik. 

Plany: prysznic, herbata i ciastki (niedawno odkryte) Malted Milk, ostatni odcinek Midsomer Murders z 9 sezonu, sny o wielkości.

662. Druga sobota października.

Przy kawie rozmowa z Dżadziją: 

I swojego pędraka urodzonego we wrześniu mi pokazała.

Pytanie mnie też nurtuje, kto umarł. (Przed)wczoraj zauważyłam u córki kuzynki mojej mamy czarną wstążkę w opisie na facebooku, u samej kuzynki zresztą też. Kontakt z nimi jest luźny, zastanawiam się czy przypadkiem nie zmarł brat babci Mani, albo jego żona.

Mieliśmy z Kochanym plan taki, że idziemy na spacer, potem wracamy, jedziemy do portu po składniki na obiad i może siedzimy z chowderem patrząc na góry. Chowdera niestety w rybnym nadal brak, ale zaczynając trochę wcześniej: i owszem, przeszliśmy się nad morzem i postanowiliśmy wrócić przez wieś. A tam spotkaliśmy kota, który zagadał do mnie w środku tygodnia. Może nie był chudy, ale usmarkany jak nieszczęście, poza tym na grupie fejsbukowej były już dwa zapytania w temacie czyj to kot. Zaglucony Mruczek podążył w naszą stronę, więc nawet powstał pomysł, żeby go zabrać. Fred poszedł do domu, wrócił samochodem z dwiema saszetkami kociego żarcia i kontenerkiem. Nieszczęście zostało nakarmione, ale w międzyczasie wrócił nam rozum. Zadzwoniłam do weta, napisałam do schroniska prowadzonego przez wolontariuszy, ale zero odzewu. Zagilonego kota nie mogliśmy zabrać, bo może mieć FIV. Nadal o nim myślę.

Pojechaliśmy za to do rybnego, jako się rzekło chowdera brak. Na obiad była ryba zagryzana chlebkiem, potem wyjechaliśmy na zakupy do Drołdy zakończone kawą w Coście, i w kierunku Dundalku. Fred zatankował autko, a ponieważ byliśmy chwilę przed umówionym czasem Kochany zawiózł nas do Blackrock: 

U Ka&Jot herbatka i film — nareszcie obejrzeliśmy Ostatnią rodzinę (2016), biografię Beksińskich tak dobrą, jak oczekiwałam. Powrót po północy, do naszego kota, który już przebierał łapkami przed domem.

piątek, 8 października 2021

661. TGIF.

Pięknie, bo piątek. Rano trochę posiedziałam w samochodzie czytając książkę (Fred już musiał iść na przystanek, a mnie się jeszcze do pracy nie spieszyło).

Zorientowałam się, że nie wiedzieć czemu pominęłam odcinek Four Funerals and a Wedding. A może wiedzieć, bo koniec końców przysnęłam w trakcie oglądania i obudziło mnie dopiero walenie do drzwi. Jakieś dziecko zbierało datki na szkolne coś tam, mózg miałam zbyt zresetowany nagłym atakiem śpiączki, żeby się zaangażować. 

Kochany wrócił z pracy autobusem byle jakim, byle tylko wydostać się z miasta, w Dublinie dzisiaj manifestacje, aż się kurzy. Wieczorem zjedliśmy razem obiad i porozmawialiśmy przez telefon z Marksistką. Oboje jesteśmy zmęczeni, choć tylko mąż ma powód, ja mam lenia i dwa duże pryszcze na twarzy. Jutro wspólna sobota.

czwartek, 7 października 2021

660. Dobrze.

Znalezienie kota w stanie spoczynku po wejściu do domu jest bardzo pokrzepiające, jest tym, co powinno być.


Ryszard wrócił po czwartej nad ranem, cieplutki, tylko trochę głodny i zupełnie w swoich oczach niewinny w temacie przebywania w nieznanej lokalizacji przez ponad 24h. Zjadł, zdrzemnął się, wyszedł, wrócił, zjadł, wyszedł, wrócił, zjadł, wyszedł (to wszystko do południa); znalazłam go w takim stanie skupienia jak na zdjęciu po powrocie z nadmorskiego spaceru. Rano wspomniałam Fredowi, że mamy chyba zbyt permisywny styl wychowania.

Dochodzę do wniosku, że 9 sezon MM jest jednym z najlepszych do tej pory (dzisiaj Country Matters). I w ogóle, dzięki kotu i Billy'emu Joelowi wszystko wygląda lepiej. Chyba przepłaciłam za studia. W głośnikach Glass Houses (1980) i The Nylon Curtain (1982). Fred pojawił się w domu przed ósmą, a jutro rano wspólnie wyruszamy do naszych prac. Kochany był w centrum Dublina, więc przy okazji kupił dwie płyty, Waiting for the Sun Doorsów (1968) i 1979-1983 Volume One Bauhausu (1986). Wszystko to po zgraniu też wskakuje do odtwarzacza. Słuchamy, jemy, rozmawiamy o muzyce, suszę włosy.

środa, 6 października 2021

659. Czekanie na Ryszarda.

Wykorzystałam przedpołudnie na spacer nad morze, potem już tylko padało, a ja czekałam i czekałam na kota. Niestety Ryszard już tak ma, że od czasu do czasu odpala mu wędrówka. Kilka razy zdarzało się, że znikał na kilkanaście godzin, po czym wystraszony i głodny zjawiał się, żeby znowu być przez jakiś czas trochę grzecznym (nie ma to, jak przypadkowe zatrzaśnięcie się głodomora w cudzym składziku). Ostatni scenariusz jest podobny, przez trzy-cztery dni niewiele go widzieliśmy w domu, po posiłku biegł gdzieś zaaferowany (pewnie pojawiła się interesująca miejscówka pachnącą szczurami i kocią karmą, raz wrócił utytłany pyłem węglowym, raz zakrwawiony po świeżym obiedzie), wyszedł wczoraj przed północą (gdy Fred wrócił z pracy), od tego czasu nie było go na śniadaniach, obiedzie i podwieczorku. Na grupie fejsbukowej śladu kota brak, co tylko trochę pociesza (sąsiedzi zaalarmowali by nas w razie wypadku). Kot ma tag z numerem telefonu Freda, ale nikt nie dzwoni (Kochany zagaduje z pracy w Dublinie). Trudno się czeka.

Chociaż po śniadaniu obejrzałam już jeden odcinek Midsomer, mam taki bezwład w głowie, że zajmowanie się czymś wymagającym myślenia odpada (w ciągu dnia bez spektakularnych sukcesów szukałam w sieci tekstów do najbliższych zajęć na studiach), więc po Down Among the Dead Men będzie jeszcze Death in Chorus. Może kocie łapki zrobią w miedzyczasie pciup.

wtorek, 5 października 2021

658. Czyli wtorek.

Goretexowa kurtka w plecaku to game changer; słoneczny, okrutny ziąb.

Kochany obudził mnie tuż po północy, buziakiem i prezentem, drugą częścią książki Old Ireland in Colour. Dzisiaj znowu ma późną zmianę, a w międzyczasie poszedł do lekarza. Zamiast skierowania dostał mocniejsze pillsy od naszego regularnego gp, bo Hindus się zapodział (poprzednio melfen, teraz difene i kapake, informacja, że specyfiki działały kiedyś na mężowskie bóle nowotworowe nie wprowadza mnie w euforyczny nastrój). Po powrocie do domu zastałam w kuchni kolejny Fredowy podarunek, rude pumpki Great Plains (z cieniutkiego lyocellu, do noszenia za rok) i trzy pary merynosowych skarpet.

Wtorek po południu zaplanowałam sobie jak wakacje, na obiad krewetki w maśle czosnkowym, kawa, maślane ciasteczka, relaks z nogami na krześle.

A propos wczorajszego odcinka Midsomer, same gwiazdy (może twarze nie wszystkim coś mówią, mnie tak): Thompson, Callow, Bamber, a z powodu duetu Cant-Spriggs déjà vu męczyło mnie pół odcinka. Dzisiaj zaś Vixen's Run, też odprężający. Różne ludzie mają umilacze, ja mam chwilowo taki. Zupełnie już późną nocą przeglądam zdjęcia w Old Ireland in Colour 2 i na google street view sprawdzam jak teraz wyglądają różne miejsca.

poniedziałek, 4 października 2021

657. 46, I say.

Pomimo tego, że o tej porze siedzę sama w domu (niby nie sama, skoro kot to też osoba) i wcale mi nie jest smutno. Kochany nadal w robocie (z rana mnie podwiózł w ten chłodny dzień). Praca była prawie przyjemna, bo pamiętałam, żeby do plecaka spakować cieplusi sweterek z kaszmiru. W drodze na przystanek skręciłam do Tesco po niesprecyzowane wcześniej ingrediencje i wyszły mi z tego tortille na obiad. Ponieważ wieczorem przestał działać facebook (podobno to jakaś gigantyczna awaria), zadzwoniłam do rodziców telefonem, jak to ludziska dawniej robili, i podziękowałam za poranne życzenia, a po obiedzie czas spędziłam na przygotowywaniu się do jutrzejszej pracy. Zadowolona jestem. Nie z rzeczy, które wymieniłam, ale po prostu dlatego, że wiem jaka ze mnie szczęściara. Bardzo dużo mam, choć niewiele zrobiłam, żeby sobie na to zasłużyć.  To może ... kryminał? Dead Letters, dobry tytuł ;)

niedziela, 3 października 2021

656. Wigilia urodzin.

Przejrzysty chłód tego dnia sprawił, że pierwszy odcinek 9 sezonu Midsomer został obejrzany jeszcze przed obiadem (gdzie zapodział się DS Scott, gdy już do niego przywykłam?). Spaceru nie było, bo mi się nie chciało. 

Kochany wrócił około czwartej po południu, przywiózł mi jesienny bukiet i prezent urodzinowy, śliwkowe dolczegabany, które kiedyś mierzyłam w Północnej. Nic nie robimy, nic. Tylko przedostatni odcinek Blackaddera III sobie razem oglądamy na laptopie. Widzę, że już wsiąkłam w nowy grafik, bo z niechęcią myślę o poniedziałku i planuję środę.

sobota, 2 października 2021

655. People people.

Obudziłam się po wyjeździe Freda do Północnej i z dwie godziny zajęło mi ponowne zaśnięcie. Po śniadaniu (w czasie którego trochę pogadałam z Kamą i dowiedziałam się, że wygrała proces, ale niestety kasy za wózek raczej nie odzyska) uskuteczniłam swój plan wspierania lokalnej kawiarni:

Siedząc przed plażą zadzwoniłam do mamy i tu spotkała mnie niespodzianka: trafiłam na wizytę Magdy, która właśnie żegnała się z moimi rodzicami. Nie pamiętam, kiedy była u nas po raz ostatni w czasie, gdy tam mieszkałam. Zadziwiające wydarzenie.  

Jeszcze stojąc w kolejce po flat white zaczepiłam small talkiem jedną kobietę bez maseczki, i od słowa do słowa poznałam Niamh. Jest drugą osobą, która w tym tygodniu mi oświadczyła, że wyglądam na Francuzkę (nie wiem, co to znaczy, wątpię, że Irlandczycy znają dużo Francuzów). Trochę się przeszłyśmy i pożegnałyśmy się przy domkach, nowa znajoma mieszka w kierunku Termon i często robi rundki po plaży, więc pewnie jeszcze ją spotkam (inna sprawa, czy poznam, z moim upośledzeniem rozpoznawania twarzy).

Po spacerze szybka lektura Chryzostoma Bulwiecia podróży do Ciemnogrodu (Warstwy, 2019). Mamy ten tekst także w antologii, ale bez tak uroczych ilustracji. Fred wrócił do domu po czternastej. Siedzimy i gadamy. Po obiedzie zapukała do nas Anna, nie została na herbacie, ale posiedziała chwilę, żeby nam opowiedzieć, że zmarł jeden z jej braci (ten, z którym od dwóch tygodni było krucho, bo miał już wszędzie przerzuty). To miłe, że pamiętała o mojej propozycji wpadania do nas, kiedy jej smutno. 

Kochany znowu wcześnie poszedł spać w związku z jutrzejszym, bardzo porannym zleceniem, a ja trochę podczytałam Erystykę Schopenhauera i przerzuciłam się na odcinek Midsomer Murders (zamykający ósmy sezon). Jeszcze ślęczę przed ekranem, w zasadzie bez celu, Fred śpi, słyszę jego oddech.

piątek, 1 października 2021

654. Wielogłos.

W pracy spokój, bo cały czas spędziłam ze Sziwan, która jest zakręcona jak słoik na zimę, co mi charakterologicznie bardzo odpowiada (jak się coraz bardziej okazuje).

Przed osiemnastą dojechał do nas polski kurier z paczką nadaną w zeszłym tygodniu, a w niej opatulone jak mumia 29 płyt, oraz 15 sztuk książek i tyle samo filmów na dvd. Żeby zrobić sobie miejsce w głowie, nadrobiłam 150 stron Angoli Winnickiej (Czarne, 2014). Gdyby nie podejrzanie uporządkowany język wielogłosu, byłaby to lepsza książka.

Fred już zeszłej nocy niespokojnie kręcił się w łóżku, a po ostatnim nocnym powrocie z pracy było jeszcze gorzej. Prawa noga boli go na leżąco i siedząco, ból przechodzi na stojąco-chodząco (takie dziwo). Jako laicy wieszczymy, że to nerw, lekarz-Hindus nie wywieszczył nic, Kochany dostał lek przeciwbólowy na ibupromie i uparł się przy nieodwoływaniu sobotniego zlecenia. Później w ciągu dnia jakby lepiej, painkiller chyba działa, przenikliwie zimna pogoda nie pomaga, mąż upichcił gulasz i po długiej rozmowie z Jackiem wcześnie położył się spać.