Strony

poniedziałek, 2 czerwca 2025

1994. Lá saoire bainc.

Gdzieś w środku nocy, na granicy snu, doszłam do wniosku, że te wybory są dla Trzaska przegrane (nie ślęczałam, czytałam książkę, potem długo kręciłam się pod kołdrą). Szkoda, był potencjał czegoś eleganckiego, jest kolejny miś na miarę naszych możliwości. Złość wymieszana ze smutkiem, co ciekawe smutek był związany bardziej z rodzicami niż ze mną; bardzo chcieli mieć pozytywny wpływ, oni, którym komuna strawiła najlepsze lata życia. No i teraz będą mieli reprezentanta alfonsa, wszyscy będziemy mieli. Ech. Trzeba się od tego jakoś oddzielić; chyba nie będzie aż tak trudno.

Kochany do pracy, przytuliliśmy się przed jego wyjazdem. Po śniadaniu wyszłam na krótki spacer nad morze:


Bardzo daleki odpływ, trochę ludzi, ale ogólnie nie tak dużo, jak w typowe bank holiday; na wieczór zapowiedziano sztorm, może dlatego.

Czytałam White Teeth Zadie Smith, wypożyczyłam ją już kawałek czasu temu, przedłużyłam wypożyczenie i znowu zbliża mi się termin oddania, więc spinam poślady. Jak na ironię, mnóstwo w niej imigrantów i to jeszcze w latach 70. Przetrawiam pewne rozmowy i widzę, jak znowu zaczyna się u mnie proces separacji bazujący na wkurwie. Cóż, witamy i żegnamy. Obejrzałam Gosię ze Szkocji oraz mietczynskiego pierwszy deserowy czerwiec ;D

Kochany wrócił o typowej porze, postawiłam mu obiad jak się patrzy. Sprawami finansowymi zajmę się jutro, a tymczasem kusi mnie znowu genealogia. Kiedy byłam w Polsce, konto na MyHeritage zwinęło się mi do podstawowego, gdyż jak zwykle, chcieli za następny rok za dużo pieniążków. Poczekają :) 
___
edit 20:30 Ach, z filmu wieczornego nic nie wyszło, już za późno, Kochany jutro wcześnie wstaje; Ciemno, prawie noc nie mogłam nigdzie znaleźć (a bogowie widzieli, że zapłacić kartą chciałam). Zadzwoniłam do mamy z zapytaniem, czy już się zdeklarowała w sprawie pracy. Złożyła wypowiedzenie, ale wygląda na to, że jeszcze trochę zostanie :). Poza tym, razem z mężem empatyzujemy z Tuskiem Donaldem :D

niedziela, 1 czerwca 2025

1993. Bążur 2.

Za oknem deszcz. Czy powinnam się dziwić? W końcu jestem w domu :D Wróciliśmy trochę po północy, podwiezieni przez miłego, starszego taksówkarza, który już jutro wybiera się na Ibizę i, aczkolwiek miły, policzył nam za trasę €35. Kochany przed chwilą wsiadł do samochodu i wyjechał do pracy. Procedura niedzielna będzie więc podobna do tej sprzed dwóch tygodni, trzaskać będziem późniejszym popołudniem. Bążur i atrebjęto.
___
edit 11:00 pierwsze pranie się dopiera. Zadzwoniłam do tatki, odebrała mama, oni już po głosowaniu; życzyłam jej wszystkiego dobrego z okazji Dnia Dziecka, trochę opowiedziałam o locie i pogodzie, ale krótko. Jeszcze wczoraj Anne nam zakomunikowała, że nie musiała podlewać świerku, bo codziennie padało. Widać to po ogrodzie, zupełnie się zazielenił, lucyfer wystrzelił do góry, na trawniku mnóstwo stokrotek wychyla łebki; chodniki mokre, ciepło.
___
edit 16:15 we wsi wiatr prawie sztormowy, słońce grzeje, ale podmuchy urywają łeb. Nasz ogród stał się przedszkolem dla młodych szpaków, z dala od wiatru pasą się jak krówki, a potem wspinają się na Rysiową górkę i wygrzewają skrzydła. Kochany słusznie przypomniał mi, że trzeba wziąć paszport, bo mogłabym zapomnieć. Jestem już w mieście, siedzę w kawiarni dojadając croissanta (trochę bryndza, liczyłam na coś innego, ale w Czarnej kryzys, pojedyncza obsada, kawa w papierowym kubku i zapowiedź wcześniejszego zamknięcia).
___
edit 22:10 mieliśmy podróż do urny z przeszkodami. Kochany zabrał mnie spod Tesco w środku miasta i ziuuuuu do stolicy, ale łatwo nie było: Okonel znajduje się obok stadionu Croke Park, gdzie odbywają się rozgrywki sportów gaelickich. Akurat dzisiaj Dublin grał z Armagh, na ulicach tłumy wyjeżdżające po zakończonym meczu. Trzeba było zaparkować trochę dalej niż ostatnio i przejść się kawałek. Na miejscu głosowanie raz-dwa i wracamy, wcale nie raz-dwa. Korek rozluźniał się powoli, posuwaliśmy się w nim słuchając co lepszych kawałków, najpierw alternatywy z lat 90., potem wcześniejszych. Wyniki exit poll złapały nas gdzieś przed Drołdą, gdzie zatrzymaliśmy się, żeby zrobić zakupy. Jeszcze po jaja z jajomatu, turlu, turlu i dom. Na kolację zjedliśmy robale, w milczeniu, bo głodni jak wilcy; na drugie jogurt z granolą. Pewnie jeszcze trochę posiedzę zastanawiając się nad losami świata; wyniki exit poll niepokojące, late poll jeszcze bardziej.
___
edit 22:20 ależ oczywiście, wczoraj był jeszcze maj. Majowe fotki dobrane bezładnie takie:

1992. Przedłużona wędrówka / koniec wakacji.

Pobudka w sobotni poranek raczej późna (było dobrze po ósmej), oczywiście herbata, bo ja bez herbaty nie umiem, potem siedzę w ogródku z mamą, rozmawiamy o pierdołach, pokazuję jej jedno ćwiczenie z callaneticsu (chyba zajumiłam jej podręcznik z lat 90., muszę sprawdzić w domu).

Wylot mieliśmy zaplanowany dopiero na siódmą trzydzieści wieczorem; postanowiliśmy spakować się, wyjechać wcześniej na miasto i spędzić z rodzicami trochę więcej czasu. Najpierw zjedliśmy we czworo obiad w Českej besedzie; bardzo dobre miejsce, które chyba poddaliśmy rodzicom pod rozwagę, jako jeden z potencjalnych punktów leniwych wycieczek kulinarnych. Potem przeszliśmy się do Kota (rodzice podjechali), gdzie wypiliśmy trunki (gdy już siedzieliśmy, do lokalu wparowała Lusia ze swoją grupą, tylko się uścisnęłyśmy, były obietnice, że się zdzwonimy). Następnie tatko zaparkował w zdroju i zrobiliśmy małe kółko spacerowe.

Mimo wszystko byliśmy na lotnisku ze sporym zapasem, Fred jeszcze czekał, żeby nadać duży bagaż, znowu zasiedliśmy do stołu, mamie smakował krłasanty ;) (te lotniskowe naprawdę są dobre, ciekawe, gdzie zamawiają).

Upierdliwością podróży było przegrzanie: najpierw granatowa strzała rodziców (ta sama, która wiozła nas w podróż poślubną na wschód) miała zepsute chłodzenie. W samolocie za to klimatyzacja niby chodziła. Niby. Niech ich szlag. Lot — szlag ponowny. Na wstępie, w kolejce do gate'u sprawdzano rozmiary każdej walizki, Ryanair zaczął więc przechodzić samego siebie (nie, żeby mnie to dotyczyło, bo zawsze mamy pakunki w normie, moja walizka Wittchena na 10 kg ma dokładnie tyle cm, ile ma mieć, bez ściemy, ale jednak procedura podnosi ciśnienie). Potem wpadliśmy w burzowy wir powietrza nad Dolnym Śląskiem. Najprawdopodobniej, ponieważ walka pilota z nieistniejącym wiatrem w trakcie lądowania nasunęła Fredowi myśl, że ktoś tu się dopiero uczy, bo nie umi. Stres był, co tu kryć. W międzyczasie sytuacji stresowych dokończyłam czytanie e-booka Tak szybko się nie umiera Jacka Paśnika (W.A.B., 2024).

Plus trzyminutowego spóźnienia na autobus do Drołdy jest w zasadzie jeden: wracamy do sali przylotów i wrzucamy na ruszt ham & cheese popite sokiem jabłkowym (wiem, że w domu lodówka świeci pustkami). Odnoszę wrażenie, że wraz z przycięciem grzywki, zmieniła mi się osobowość na (jeszcze) mniej poważną; bagietki sprzedawała nam Hinduska, ucinam sobie pogawędkę; mimo zmęczenia chce mi się śmiać; po jedenastej wieczorem niebo nad Irlandią nadal jaśnieje.

piątek, 30 maja 2025

1991. Ikoniczny look odzyskany.

Jeszcze wczoraj zaczęłam czytać Paśnika Tak szybko się nie umiera.

Zosia potrzebowała całego tygodnia, żeby jako tako oswoić się z naszą obecnością. Widziała mnie już przecież przy kilku ostatnich wizytach, ale dopiero dzisiaj pierwszy raz był głask bez salwowania się ucieczką, koteczka tylko mruknęła i czujnie obserwowała, czy dla Rozalki też będzie głaskanie. Sprawiedliwa procedura nieco ją uspokoiła :)

Poranek szary i wilgotny. Kochany pospał nieco dłużej, w tym czasie używałam jego laptopa do szurania po znajomych miejscach (sama przyjechałam z mniejszą walizką i zostawiłam cięższy sprzęt elektroniczny w domu). Powoli następuje podsumowanie wizyty, wracamy przecież jutro.

Książka, drzemka, za oknem wiosenny deszcz. Wyjeżdżamy do miasta przed pierwszą, bo fryzjer. Najpierw Kot. Zostawiłam Kochanego nad kawą i poszłam na chwilę na suche cięcie: tylko podcięcie końcówek na prosto i bardzo krótka grzywka (zupełnie niechcący odtworzyłam swój ikoniczny look z końca lat 80. :D Może to jest właśnie to?). I jeszcze lody w Bezie (małżonek mnie obfotografowuje, bo jestem ładna).

Wróciliśmy do domu tuż za rodzicami. Obiad był w dwóch turach (frajer nie mieścił tyle różności za jednym zamachem). Po obiedzie poszliśmy z Kochanym na cmentarz, bo wieczór był piękny, nareszcie trochę słońca i ciepła.

Przy kolacji politykujemy, potem zerkamy na Kości w tv. Czytam.

czwartek, 29 maja 2025

1990. Druga część tygodnia.

Wstaliśmy dość wcześnie. Umyłam włosy i doczytałam ostatnie strony A House in Norway Vigdis Hjorth (Norvik Press, 2017). Po śniadaniu suszę włosie, głaskam koty, patrzę na most w Latchford w prowincji Ontario (bo przecież nie na newsy polityczne; wystarczy mi, że koleżanka z LO, która nie zdała matury, codziennie na FB lobbuje za alfonsem). Dzień jest chłodniejszy, aura nieprzewidywalna, dużo chmur wpadających w ponury nastrój. Pomysł na czwartek: wizyta w Kocie oraz wyjazd do Empiku (bardzo dobry plan).

W mieście, w drodze do kawiarni, zaszłam do fryzjerki zapytać się czy jutro będzie miała dla mnie czas (będzie), i natrafiliśmy na scenkę rodzajową, rodzinną, wzruszającą (czy to wnuk właścicielki powiedział mi pa pa?). Po kawie w Kocie udaliśmy się z Tcy do Empiku wg zaleceń GPS. Obeszło się bez wjeżdżania do centrum, bo księgarnia (niezbyt zasobna, jak się okazało) była w galerii Pogodno na obrzeżach miasta. Znalazłam parę ciekawych książek, ale nic z tego, na co liczyłam (zrobiłam zdjęcia na później, może dodam je do listy życzeń ebookowych, na razie wszystko dość drogie). Nie zważając na cenę kupiłam za to drugie wydanie podręcznika psychoterapeutycznego Popiel/Pragłowskiej z czego jestem bardzo zadowolona. Po poszukiwaniach książkowych wróciliśmy do Tcy i zasiedliśmy w Markizie (na przeczekanie, trochę byłam już głodna i potrzebowałam wsparcia).

Wróciliśmy na wieś chwilę przed rodzicami; zjedliśmy dobry obiad (gulasz z kaszą gryczaną); poza tym nicnierobienie. Rodzice chyba coraz bardziej sfrustrowani są medialną kaszaną, bo podczas kolacji powracał temat wyborów (czy to ogólny trend, że starsi martwią się bardziej?). Udaje się nam go wyprzeć wspomnieniami z ostatnich dni, szczególnie opowieściami o Marksistce; pokazujemy zdjęcia, przytaczamy anegdoty, niebo się rozpogadza. 

środa, 28 maja 2025

1989. Więcej ekscesów i powrót.

Obudziliśmy się na strychu, w XIX-wiecznym łóżku (pierwszy raz w życiu spałam pod kołdrą obciążeniową, dobre to), w mieszkanku, gdzie za blat kuchenny służy granit ze Strzegomia kupiony jako kamień nagrobny dziecięcy. Marksista zrobiła nam płyny poranne, po czym zaczęła tworzyć z Fredem hymn szczurzy na bazie hej kto Polak na bagnety. Po śniadaniu twórczym (dla mnie płatki kukurydziane na mleku, dla Freda pierogi z Biedry), wyszliśmy z Kochanym w kierunku Kiełkownicy (która dla reszty mieszkańców jest wieżą widokową).

Jako że Marksistka poleciła grzyby gatunku golden teacher i kościół pokoju w Świdnicy, poczuliśmy się wystarczająco zachęceni do tego drugiego: po czułych pożegnaniach (cesarz W jeszcze raz wsparł swoją cesarską łapkę na prowincji zamorskiej) wyjechaliśmy ok. południa, w deszczu i w deszczu poszliśmy zwiedzać. Piękny obiekt i jak reszta wydarzeń z dwóch dni, skłania do pewnych refleksji. Wychodząc za 15 zeta kupiłam płytę-składankę z muzyką organową (trochę Bacha, ale też Widor czy Händel).

Coś w mojej głowie nie stykało, bo zdawało mi się, że do Tcy jest strasznie daleko, tymczasem to trochę ponad godzinny rajd, częściowo autostradą. Tuż przed trzecią zapukałam do maminego biura i zaprosiłam ją na obiad. Podjechaliśmy z Kochanym do chińczyka, poczekaliśmy na rodziców, zrobiliśmy zamówienie. Po obiedzie rodzice pojechali na zakupy, a my z buta poszliśmy do Kota (samochód został pod kinem). W Kocie tą razą chemex z Indonezją, całkiem przyjemny.

Przed szóstą na powrót w domku pod lasem. Głównie relaks, nadrabianie pisaniny; aura uspokoiła się nieco, ale gdy z mamą i Maksiem wyszłyśmy na późny spacer, wróciłyśmy w podskokach uciekając przed burzową chmurą. Późna kolacja, trochę próbujemy przekazać myśli i przeżycia. 

Przez dwie ostatnie noce nasze łóżko było zajęte; znowu przyjdzie się nam rozpychać.

wtorek, 27 maja 2025

1988. Z prawa na lewo.

Pobudka o siódmej. Ciocia Ce już na nogach, już się zastanawia czym nas rozpieścić. Zjedliśmy bardzo dobrą jajecznicę, jeszcze trochę rozmawialiśmy, ale do Waldenburga kawałek, a przecież planowaliśmy dłuższy spacer, trzeba nam było dać kopa. Nie omijajcie nas, powiedziała ciocia Ce. Powiedziała też inne rzeczy; ciężko jej, zmiany nie widać na horyzoncie.

Przed nami 200 km, zatrzymaliśmy się tylko na chwilę; w międzyczasie telefon do tatki, bo przecież urodziny. 

Tuż po południu zaparkowaliśmy w ciekawym i bardzo wąskim zakątku i zaczęliśmy wchodzić. A cóż to było za wchodzenie! Na końcu tego wchodzenia, gdy Kochany mi obwieścił, że tu to już na pewno nikt nie mieszka, otwarły się drzwi, a zza nich dobył się znajomy głos. To tu, to tu! Dobrze było zobaczyć Marksistkę po czterech latach; nic się nie zmieniła, ten sam sweter, ta sama Marksistka, tylko inne okoliczności mieszkaniowe. Poznaliśmy chłopaków: W, O & E. 

Wspaniałe stado; w późniejszym czasie cesarz W zaanektował mnie jako prowincję zamorską. Przyjaciółka nakarmiła nas kurzyną z frajera przed dalszą podróżą, zostawiliśmy zbędne toboły i w drogę.

GPS powiódł nas częściowo przez Czechy (Meziměstí, Jetřichov, Martínkovice, Božanov), ale kierunek nie był bardzo genialny, zajechaliśmy aż do norki o nazwie Studená Voda i zaraz wróciliśmy, bo najważniejsze to umieć przyznać się do błędu. Ale w końcu jesteśmy tam, gdzie chcieliśmy być: przez Czechy wróciliśmy do Polski i dojechaliśmy do parkingu w Karłowie pod Szczelińcem Wielkim.

Wchodzenie rozpoczęte po trzeciej to nasz szczęśliwy traf. Właśnie wracały ostatnie szkolne wycieczki, na punkcie widokowym pojawiło się mrowie młodocianych Hunów wydających z siebie straszne dźwięki, ale oczywiste było, że zaraz zejdą i nie zobaczymy się nigdy więcej. Gdy tam w końcu doszliśmy, błogosławiona cisza. 



Po drodze natknęliśmy się na dwie pary i kilka mniej zapamiętywalnych osób. Kruki kraczą, sokoły robią sokole rzeczy, my idziemy, nikt nie drze mordy; magia.

W Waldenburg byliśmy z powrotem po siódmej. Po rozważeniu różnych atrakcyjnych możliwości wyszliśmy na miasto wiedzeni przez Marksistkę-przewodniczkę, która zakreślając ręką mniejsze i większe kółka, przedstawiła nam rys historyczno-architektoniczny aktualnego centrum jej świata. Na kolację kebab w cienkim cieście na Gdańskiej 1 ^..^. Powrót do skryty Drakuli na strychu, rekreacja z chłopakami, szukanie kołder i ręczników, ablucje przy oknie bez firanek i w końcu sen na ponad stuletnim łóżku, które na co dzień służy szczurom za plac zabaw.

poniedziałek, 26 maja 2025

1987. Poniedziałek zygzakiem.

W nocy padał deszcz, powietrze o poranku było wilgotne. Wykaraskaliśmy się z łóżka już po tym, gdy tatko zawiózł mamę do pracy. Mieliśmy plan na dzisiaj i jutro, walizki spakowane, więc tylko trzeba było nam wskoczyć do starego opla i pojechać najpierw w kierunku Wro, bo byliśmy na jedenastą umówieni z Ewelką w Magnolii. Oczywiście wysłałam mamie na FB życzenia z okazji dnia matki. 

Ewelka zaskoczyła mnie w Empiku (po tym jak zaskoczyła mnie pani sprzedająca, która trzy razy wyraziła zachwyt nad moimi włosami); we troje usiedliśmy w cukierni Sowa przy kawach, potem przeszliśmy się na spacer w celu znalezienia prezentu dla wujostwa (zestaw herbat i żeliwny czajnik z Five o’clock).

Na drugą miałam wizytę u dentysty; przeszłam się tam na piechotę, bo to w sumie rzut beretem. Byłam kwadrans wcześniej i wszystko odbyło się raz dwa. Wynik: korzeń do usunięcia, ale nie mogłam tego zrobić teraz. W najbliższym czasie korona (tak postanawiam), a na razie piaskowanie. Z siekaczami olśniewającymi bielą udałam się po dalsze przygody.

Wróciłam do Kochanego, jeszcze raz uścisnęłam Ewelkę (na pasach dla pieszych, bo tak się złożyło, że razem z Fredem zmierzała w moim kierunku) i w drogę, do wujostwa, zobaczyć co tam u nich. Pojawiliśmy się w opolskim o piątej, wujostwo w proszku, bo oczekiwali nas godzinę później. Podziwiałam zaopiekowane koty oraz kilka odmian hortensji w pełnym rozkwicie; wszystko pięknie, obejście na tip top.

Ciocia zaserwowała pyszny obiad przepraszając kilkakrotnie, że nie jest dość ekskluzywny. Drzemka, kochany z wujem i psem spacerują. Ciocia Ce serwuje wspaniałą kolację przepraszając, że nie jest wystarczająco wspaniała. Siedzimy do jedenastej wieczór przy stole. Staramy się robić jak najmniej zamieszania, ale pomóc nie możemy.

niedziela, 25 maja 2025

1986. Niedziela na wsi i w mieście.

W nocy w jednym łóżku przebywały cztery osoby: dwie ludzkie oraz dwie osoby kocie, Niunia i Wojtuś.

Bardzo ładny dzień. Po śniadaniu poszłam na dwa spacery, najpierw z mamą wyspacerowałyśmy Maksia, małą pokrakę. Wracając zaobserwowałyśmy ptaki kołujące nad wsią, jednego wielkiego i dwa mniejsze usiłujące go przegonić. Sokoły i jastrząb? Ciekawe wydarzenie. Przegrupowanie; poszłam na cmentarz z mamą i Fredem, z sukcesem testowaliśmy wkładomat. 

Po powrocie było na tyle ciepło, że na chwilę wskoczyłam w sukienkę i w ogródku zaległam w fotelu z książką. Reszta zwierzyny równie obficie korzystała z promieni słonecznych: Gosiunia wylegiwała się na podwórku, koty polegiwały w fotelach lub asystowały przy posiłkach. Od czasu do czasu nad lasem kołował kruk, oznajmiając swoje przybycie, bądź przemieszczając się bezszelestnie.

Po obiedzie, który zjedliśmy pod parasolem na rodos, wyjechaliśmy z Kochanym do Tcy, na kawę w Kocie (piłam Kenię z kality, zjadłam kawałek baskijskiego sernika) i spacer przy tężni. Tego drugiego nie przerwał nam dzisiaj żaden lokalny pijaczek; przez jakiś czas grzaliśmy się na ławeczce przed tężniami. 

Ostatnie promienie słońca łapaliśmy ponownie w przydomowym ogródku.

Jeszcze raz wyszłam na spacer z mamą i Maksiem po kolacji (las nadal śpiewał, w oddali odezwały się żurawie). Przy szumie telewizorni (nie oglądamy programów informacyjnych, tylko kryminałki lecą w tle) Kochany rozmówił się z Marksistką, a to znaczy, że mamy zaklepany kolejny nocleg. Fajne takie życie.

sobota, 24 maja 2025

1985. Dzień pierwszy.

Zielono, zieleni się w oczach. Wszystko kwitnie, także kosaćce cioci Stachy (to chyba kosaćce poniemieckie, mama pamięta je od zawsze). Obudziłam się o ósmej czasu lokalnego, zmęczona, ale z imperatywem niemarnowania wakacji. Na śniadanie ogórki małosolne z Czajkowa (nie tego Czajkowa, ale też z Wielkiej Polski). 

Kawa dla Kochanego, następnie jajecznica z czterech jaj dla Kochanego, tatko wraca z zakupów, więc jest cytryna. Herbata z cytryną, dosypuję cukier. Jeszcze pamięta babcię, mówi mama (w sensie: torebka cukru leży otwarta już trzeci rok). Poszliśmy z Kochanym na cmentarz, po drodze kupiłam cztery wkłady do zniczy. Na cmentarzu zaskoczenie: przy wejściu zamontowano wkładomat, całkiem niedawno, na monety 5 i 2 zł (wychodzi taniej niż w sklepie). Europa ;) Ciekawe jak w dłuższej perspektywie zareagują tubylcy na ten przejaw rozwoju w kierunku materialistycznej Unii ;) 

Pogoda w ciągu dnia zmienna, czasami nawet ciepło i przyjemnie. Łapała mnie senność, do wyboru była drzemka, lub podróż, więc po obiedzie wyjechaliśmy do miasta. Najpierw Kot, bardzo miła obsługa w osobie Zuzi (dwie różne kawy, Honduras i Brazylia). Potem lody w drugim miejscu.


Spacer naokoło stawów, krótki postój pod tężniami w którym przeszkodził nam lokalny pijaczek wyprowadzany na spacer przez partnerkę. Wędrując po mieście mogłam zauważyć bitwy na plakaty wyborcze, nie zdjęto jeszcze tych, które tydzień temu okazały się marnowaniem czasu i pieniędzy.

(lubię widoczek powyżej, przy każdej możliwej okazji robię zdjęcie tego budynku odbijającego się w stawie) Po powrocie na wieś było trochę zalegiwania przed telewizorem i wczesna kolacja (kanapeczki; politykujemy umiarkowanie, obgadujemy innych drugie umiarkowanie). Kochany rozmawiał z ciocią Ce, czyli mamy plany na poniedziałek!

piątek, 23 maja 2025

1984. Znowu w drodze.

Obudził mnie skurcz nogi. Pakowanko ostatnie i wypad (pork pie, skóra, szwedy w których mankiety fastrygowałam przed północą). W pracy do południa, potem Szef wyjechał, a ja bez bagażu przemieściłam się do włoskiej restauracji. Zjadłam byle co, wyciągnęłam trochę kasy, wróciłam do biura po walizkę. Grzebałam się jak mogłam, ale po dojściu do dworca okazało się, że jeden autobus też się grzebał i spotkaliśmy się w tym samym miejscu i czasie. Na lotnisku byłam więc wcześnie, zjadłam coś konkretniejszego i zeszłam na kawę do Cloud Pickers. Akurat witano irlandzkich żołnierzy z 125 batalionu piechoty wracających z misji pokojowej w Libanie. Kupiłam rodzicom prezenty w Clinique. A teraz czekanie …
___
edit 19:00 jako że system wykasował mi z czytnika książkę, której wypożyczenie przedłużyłam, zaczęłam czytać coś innego: A House in Norway Vigdis Hjorth. Dobre to jest.
___
Zniknęła mi jedna godzina. Jest za kwadrans druga czasu lokalnego. O samym locie napiszę później; tatko otworzył nam leśną bramę ubrany w szlafrok; zwierzaki pochrapują, telefon mam już w kłakach. Mama wróciła do snu. Od Kochanego dostałam t-shirt Milińskiego i skarpetki w koty. Zjedliśmy po pączku, pora na sen.
___
edit 30/05, czyli następny piątek rano ;) dopiero teraz przypomniałam sobie, żeby napisać coś o podróży do Polski; nie było tego dużo, poczucie ulgi i późniejsze przemieszczania spowodowały, że dopiero teraz zebrałam myśli. Wyruszaliśmy z podogonia dublińskiego lotniska, ale nawet mi to odpowiadało (chłód piwnicy po przegrzanych poczekalniach na górze był prawdziwym rarytasem). W samolocie siedziała za mną dziwna para z malutkim dzieckiem. On wysoki, z rzadkimi włosami uciągniętymi w kitkę, ona nalana, trochę podobna do Marksistki 50 kg temu. Para wyglądała na neuroatypową, kobieta (mocno otłuszczona, gdy przechodziła, śmierdziało od niej starym potem) ciągle miała o coś pretensje i wyrażała je do partnera bardzo elaboracyjnymi zdaniami złożonymi. To było bardzo ciekawe, bo wydawało się, że oni bezustannie w czymś się nie zgadzają, ale wyrażali to spokojnie, długimi zdaniami. Dziecko wrzeszczało przez większość podróży, co akurat mi nie przeszkadzało, bo umiem się wyłączyć (czytałam książkę), ale część pasażerów nie była tak zdolna, rozglądali się, posyłali gromy, cmokali. Pierwszy chyba raz na lotnisku we Wro po pasażerów podjechał autobus, w każdym razie dla mnie to pierwsze takie doświadczenie. Kochany już na mnie czekał; nocna podróż do domu bez zakłóceń.

czwartek, 22 maja 2025

1983. Nanana.

Bezustanne wahania temperatury dość mnie rozsypują. Wczoraj było ciepło, ubrałam się na ciepło, ale dzisiaj było so-so. Trudno. Pork pie już się nosi, w głowie kilka spraw organizacyjnych (w drodze powrotnej, w autobusie, Eugene, Gej Lokalny, stanął nade mną i zauważył najuprzejmiej, przepuszczając mnie przy tym do wyjścia, że on też miał taki bardzo dobry kapelusz).

Fred był na kawce u cioci Re, dostałam zaoczne pochwały, miło bardzo. Za drugim razem przywitałam się z ciocią wirtualnie i pokazałam jej kota-trupka na koszulce w której byłam w pracy. Sprawy biurowe zakończyłam szybciej, miałam więcej czasu na obiad i różne rozkminki {Czyli jaka będzie pogoda w końcu? Co mam wziąć? Arghghgh. Po co mi czysta podłoga w łazience, skoro mnie tu nie będzie nie wiem, ale umyłam. Wcale nie jest taka czysta, po co się od razu szokować. Kfiaty ogrodowe podlane. Pakuję te spodnie, bo może będzie chodzenie. A może nie. Dawno się już odprawiłam. Włos umyty, pachnący, filmowy. Pranie mieli się w pralce. Co by tu jeszcze? Panika}

środa, 21 maja 2025

1982. Atawizm.

Dziwna sprawa. Gdy śpię sama, jestem czujniejsza, budzi mnie najdrobniejsza niewygoda, dziwne położenie ciała. Przypomniał mi się Ryszard, jego absolutna czujność, która zanikała, gdy spał z nami w domu i nie przeszkadzał mu nawet punk rock. Pobudka dwa razy, zrobić kółko po domu, żeby ciało się wyciszyło.

Wychodzi na to, że mam ciekawy wkład w lokalne zmiany językowe. Spora grupa znanych mi osób zna teraz słowo "żółwik".

Pogodowo lato. W pracy miło i relaksacyjnie (pomimo śródrocznej inspekcji w osobach dwóch pań, które przybyły do nas na piechotę i w sandałkach). Po powrocie do domu odgrzałam drugą część wczorajszego obiadu, podlałam parę roślinek (tu utknęłam na chwilę z Katlin, która chciała pogadać i przez to nieomal rozgotowałam kalafiora).

Kochany tymczasem wędruje w okolicach Miasteczka: był dzisiaj w Pławnej i kupił nam koszulki od Milińskiego, rozmawiał ze Zbyniem i być może z kuzynem u którego dzieje się źle (owo złe dzianie się było przedmiotem naszej porannej rozmowy).

Nie ma to tamto, zaczęłam się pakować. Rodzice przez messengera mówią mi, że jest ładnie; pakuję więc koszulki na ładnie, począwszy od "ładnie, zwiewnie, z dziurami", a skończywszy na "ładnie, jak się ma T-shirta dobrej grubości i z logiem Siekiery".

wtorek, 20 maja 2025

1981. Pojedynczo.

Dwa razy spotkałam dzisiaj Ivę (sąsiadka jeździ do miasta i wraca z niego z pełnymi torbichami, podobno zrobiła dwie rundki), więc i było rozmawianie. Ot, taki tam small talk, nic pewnego, więc słucham, kiwam głową (ale, że jej siostrzeniec zginął w wypadku spowodowanym przez ojca-kokainistę, to faktycznie przykre). 

W biurze siedziałam sama, obeszło się bez wydarzeń, jeśli nie wspomnieć, że skończyłam czytać Wyspę daltonistów i wyspę sagowców Sacksa (Zysk i s-ka, 2011). W ciągu dnia kilkakrotnie kontaktowałam się z Kochanym, który mi zdawał relacje, a to ze stanu fryzury, a to z miejsca zakwaterowania i podróży. 

Pogoda dziwna, w ciągu dnia przyplątała się burza, niemocna, ledwo kapiąca, która lekko zwilżyła miasto i zostawiła je śmierdzącym. Miałam na sobie kurtkę przeciwdeszczową i w tym niedeszczu chodziłam po sklepach z kamieniem z góry Brandona w kieszeni (oraz z kolczykiem tylko w prawym uchu, bo drugi nie chciał się rano założyć).

Na razie jeszcze się nie pakuję, sprawdzam prognozy i napawam się pojedynczością. Obejrzałam starotkę, Czy Lucyna to dziewczyna (1934). Obrońców 33 wygląda w nim, jakby budynek stał na pustyni (chętnie przejdę się tą ulicą, gdy następnym razem będę w Wawie). Pędź, pędź, mój sokole, ja tu poczekam na dole, rzekła Ćwiklińska (aktorzy musieli mieć niezły ubaw, kiedy to nagrywali).

poniedziałek, 19 maja 2025

1980. Poniedziałunio.

Moje Kochanie kilka minut temu przywitało się z rodzicami na lotnisku we Wro; pilotowałam tę sprawę z obydwu stron, bo najpierw na messengerze dywagowałam z rodzicami czy kto wychodzi i co tak długo, a potem odebrałam wideo od Freda. Wszystko pod kontrolą ;)

Czyli siedzę w domu sama po późnej kolacji złożonej z dwóch jaj na miękko podanych w podstawkach w kształcie świńskich ryjków. Rano Kochany postanowił mnie podwieźć do pracy, a dopiero potem dokończyć pakowanie; po południu już się nie zobaczyliśmy, małżonek przemieścił się do stolicy zanim skończyłam pracę. 

Aura nie najlepsza, słońce oszukuje, wiatr zimny. Po powrocie do domu kilkakrotnie rozmawiałam wirtualnie a to z Kochanym, a to z mamą-solenizantką (która myślała, że tatko zapomniał, ale nie zapomniał, i tort śmietanowy wjechał na stół). Nastawiam budzik i wskakuję pod kołdrę z mocnym postanowieniem doczytania Sacksa na tyle, żeby jutro lekturę definitywnie skończyć i poważnie zająć się czymś innym.