Strony

piątek, 17 kwietnia 2026

2313. Odłączenie.

Nie pamiętam, o czym miałam napisać. Na pewno byłam w pracy (i tatko zadzwonił wcześnie rano, zanim wyruszyliśmy do miasta, chciał coś powiedzieć o wujku Freda). Rządziłam i dzieliłam. Potem udałam się do Dunnesa w Szkocie, ponieważ musiałam porozmawiać z kobietą o imieniu Tracy (nie wiedziałam, że to Tracy, miałam wrażenie, że chodzi o Shane'a). Porozmawiałam, sprawa została załatwiona, po drodze napotkałam wśród regałów Anitę; się wyjaśniło, czemu jej ostatnio nie widujemy jak płynie przez osiedle ze swoimi psami: jeszcze w zeszłym roku operowali jej kręgosłup. Anita przelewając się przez wózek z zakupami opowiedziała mi swoją część i zapytała o moją (jak się koty, mianowicie, nazywają). 

Po powrocie do domu rytualny spacer z kotami (Mańka biegała jak szalona i nawoływała chłopaków), rozmowa z Anne, która właśnie wróciła ze spaceru, słuchanie kryminału, który się przyjemnie rozkręcił i ... światło mi zgasło. Nagle poczułam, że muszę się położyć, a gdy wstałam (dokładniej, gdy mąż mnie zbudził), było przed dziewiątą, za późno na obiad, czy wyjście do sklepu, żeby dokupić makaron. Mimo wszystko, mąż zaczął pichcić, z makaronu zrobiły się kartofle, powoli wydobywam się z mgły mózgowej (Kochany wcześniej nie mógł mnie obudzić, bo godzinami siedział pod kotem — Mania przestaje żałośnie miauczeć tylko wtedy, gdy nosi się ją na rękach, czyli w domu mamy cyrk; panna Bronisława albo coś demoluje, albo siedzi pod samym sufitem i obserwuje sytuację, co mnie wcale nie dziwi). Chyba jestem chora, nie wiem na razie na co. Zaraz będzie obiad.

czwartek, 16 kwietnia 2026

2311-2312. Z otchłani nieróbstwa.

W środę niechciej totalny, do tego stopnia, że rano zamiast cisnąć do pracy od razu, zaprosiłam Kochanego na kawę i zwlokłam się do biura dopiero o dziewiątej. 

Nic nie szkodzi, nikt nie zauważył, choć szefowa zaskoczyła mnie nawiedzając Jamę dwie godziny później. 

Łeb mi wysiada. Skąd wiem? W końcu przejrzałam finanse za przeszły rok i nie potwierdziłam błędów o których byłam przekonana, że tam są. Tylko grudzień się mi wykrzaczył, ale to już wszyscy wiemy. Czyli dobra nasza, jest pozytyw, mogę dalej wypoczywać :E

Czytam dwie książki, ale na dobitkę postanowiłam czegoś słuchać, wybrałam pierwszą część cosy crime Richarda Osmana, no i jak na złość na razie jakieś to nudne (a miało być łatwe i porywające). Wieczorem za oknem plumka deszcz.

Poranna odmiana czwartkowa: słońce świeci, ptaszęta śpiewają, oboje mamy ochotę rozpędzić się i jechać aż do Donegalu; w drodze do miasta ukazuje się nam dziki królik gnający środkiem asfaltu. A może to był zając? W każdym razie zwolniliśmy, stworzenie zrobiło to samo, następnie skręciło w prześwit między żywopłotami i tyle je widzieliśmy. Kupiłam Kochanemu kawę i maślany rogalik z pistacjami, całus, mąż do roboty; zasiadłam przy kawie i ... niespodziewanie skończyłam czytać wypożyczoną z biblioteki książkę Cusk. Sądziłam, że mam przed sobą jeszcze z trzydzieści stron, ale nie :) Chyba znalazłam nową, ciekawą pisarkę.

W pracy kolejny dzień sążnistego obiboctwa, Benedykt wpadł wypełnić referencje, chwilę później przyszła szefowa, głównie, żeby się z nim spotkać, we troje udaliśmy się na kawę do Pe (to był druga poranna kawa dla mnie, więc wzięłam na wynos). Poza tym audiobook, parę maili, burrito na lunch i najbardziej zmotywowana dziewczyna, która po czwartej znalazła czas, żeby wpaść i pokazać mi zdjęcia.

Krótko cieszyłam się z odmiany pogody. Gdy wracałam z mężem przez prowincję, sprawy miały się identycznie jak wczoraj: deszcz, góry na horyzoncie po raz kolejny zostały odwołane. Fred zrobił obiad (kurczak curry z ryżem), słucham kryminału, Mańka sika i zawodzi pieśni godowe.

wtorek, 14 kwietnia 2026

2310. Kolejna strata.

No i cóż, gdy z nudów o dziesiątej zadzwoniłam do tatki, tata był akurat u weterynarza z bożej łaski, musiał uśpić kota. Nie mogliśmy rozmawiać, więc chwilę spędziłam w niepewności o którego chodzi. Dopiero gdy tatko wrócił do domu i wyprowadzał Maksia, oddzwonił. Frania Biały Wąsik nie żyje. Malutka była, za mała na swój wiek, a kilka dni temu rozwinęły się u niej objawy jak u Bronisia: przestała jeść, oddychała z trudem. Ostatnia noc już bardzo zła, tata słusznie nie chciał tego przedłużać i sam podjął decyzję. Z czarnej bandy została tylko dzika Józefa :( 

Tata spacerując w obejściu pokazywał mi krzewy, ten jałowiec z gminy Skrzynki, tamten z Rozprzy ... musi wszystko zapisać, zbiera się w sobie.

W pracy znowu miałam zastój, sam własnymi ręcami uczyniony. Nie zrobiłam żadnych papierów, ledwie potwierdziłam kilka rzeczy, wysłałam rachunek, poza tym siedziałam w niedogrzanym biurze w mitenkach i czytałam ebooka. Kochany przyjechał punkt czwarta, zamiast do domu podjechaliśmy do Tesco i Costy. Trzeba się nam było trochę zrelaksować, poobserwować ludzi, zamieszać w filiżankach.

Wieczór to głównie gotowanie, jedzenie, potem długa rozmową z mamą. Zadzwoniłam, żeby rozproszyć złe myśli, ratownica. Może i dobrze, chyba wzajemnie poprawiłyśmy sobie nastrój. Za oknem mrok, a mnie się już marzą jasne czerwcowe noce.

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

2309. Nowy tydzień za płoty.

Ładnie zaczął się ten poniedziałek, przynajmniej pogodowo, bo rano miałam pobranie krwi i musiałam się z tego powodu przemieszczać wieś-miasto-wieś-miasto (rano za oknem autobusu piękne krajobrazy, Miszel w słuchawkach i odblaskowej kurtce już wraca do domu, na przystankach sporo ludzi, bo właśnie zastartowały szkoły). Kochany był najlepszym mężem, zawiózł mnie, przywiózł z powrotem, poczekał, gdy siedziałam w samochodzie z nogami w górze, bo trochę mnie siekło (Fiona rozgrzebała mi obydwie ręce).

Czyli achievement dnia odhaczone, nic innego nie szło. Wracając z B&B natknęłam się na Saren wędrującą po domu handlowym z kuleżanką, zostałam przesłuchana na poczet tego, jak sobie radzę. Radzę sobie średnio, ale wersja oficjalna brzmi, że świetnie i tego się trzymajmy. Nic nie robiłam, bez cienia przesady (tylko wyczyściłam głowicę drukarki z czego jestem bardzo dumna, bo zapowiadało się, że sprzęt pójdzie na śmietnik, jeśli dysze się nie odblokują). Cisza. Ludzie są gdzieś indziej. To mi uświadamia jak bardzo niektórzy działają mi na nerwy. Szczególnie cwaniacy jak strupy na głowie, pozorujący pracę, kombinujący jakby tu utrzymać się na socjalu do końca swoich dni.

Po powrocie do domu poszliśmy z koteczkami do ogródka, i jak zwykle: Mańka wydawała z siebie okrzyki triumfalne, wskakiwała na płoty (oraz usiłowała przez nie przełazić), gnana instynktem przygody biegła do wszystkiego, co się rusza, zaś Bronka spacerowała z rezerwą, wąchała metodycznie i prowadziła badania naukowe.

Wieczorem Orlando (1992) Sally Potter.

niedziela, 12 kwietnia 2026

2308. Na prowincji.

Mieliśmy plany na wczesne popołudnie; przed wyjazdem w kierunku północnym dzień turlał się bez spiny. Dobry sen, pogodna pobudka, śniadanie. Zrobiłam kawę i zasiadłam do oglądania Pani Dalloway (1997) z Vanessą Redgrave. Po filmie rozmowa z mamą (nie było niczego nowego do przekazania, po prostu chcę trzymać kontakt jak często się da).

Przed wyjazdem do El Paso rozmawiałam chwilę z Anne, która w dość ponurym nastroju wyszła na zewnątrz. Widać, że konsumpcja dużej ilości mediów nie wpływa na nią dobrze, wszystko bierze sobie za bardzo do serca. Kochany zatrzymał się na pierwszej stacji benzynowej przy prowincjonalnej drodze, zatankowaliśmy, wysłałam Anne rachunek, żeby pokazać cenę i adres (nie wnikałam, czy sąsiadka skorzystała z tego miejsca i poczuła się lepiej, nie ma co jątrzyć). Od kilku dni trwają protesty spowodowane ceną paliw, które wg mediów powodują, że w 2/3 stacji w kraju nie ma benzyny. Niczego podobnego nie zaobserwowaliśmy po drodze w naszym regionie (najprawdopodobniej temat bardziej dotyczy zachodu)

W Atami byliśmy na miejscu chwilę przed czasem, spotkaliśmy Ka&Jot z dzieckami na przejściu dla pieszych przed restauracją. Dobre jedzenie, trochę wiadomości z kraju i ze świata (zamiast o benzynie rozmawialiśmy o rodzajach pogrzebów i księżach błogosławiących wszystkich jak leci), chłopcy siedzieli naprzeciwko mnie: Seamus wziął jakiś bardzo ostry ramen, którego nie dokończył jeść, Domhnaic zachęcony przez Jot zabawiał nas scenką o tym, jak w restauracji zachowują się bogacze (ma chłopak talent aktorski). Mieliśmy z Kochanym pomysł, żeby po obiedzie w rewanżu zaprosić przyjaciół do kawiarni, ale koniec końców wylądowaliśmy u nich w domu, bo Ka miał jeszcze prezent dla Freda. Herbata, ciasto, Pieseł biegający między domownikami.

Po powrocie do domu oklapłam, za to mąż pełen energii zabrał się za prace domowe: umył podłogę, naprawił szufladę ze skarpetkami, zawiesił w ogródku bee house. Zerkałam chwilę na teleturniej The Money List. Dobry dzień. 

sobota, 11 kwietnia 2026

2307. Wiatr ...

... wrócił nad ranem. Zjedliśmy śniadanie na bogato, Kochany wypił jeszcze jedną kawę, i wyjechaliśmy do El Paso na kolejną (dla mnie pierwszą).


Po kawiarni, zwyczajowo, spacer do księgarni. Akurat gdy byliśmy w środku, do Freda oddzwoniła Krakuska (mąż wcześniej próbował się z nią skontaktować na okoliczność jej urodzin). Ucięliśmy sobie pogawędkę, pod księgarnią, na spacerze wzdłuż Clanbrassil St, w samochodzie zmierzającym z jednego parkingu do drugiego — przemieszczanie się jak widać nam nie przeszkadzało, trajlowania było z 40 minut.

Ka wrócił już z Polski, odespał przygody, i odezwał się, żeby zaprosić nas na obiad niedzielny do restauranta. Po raz drugi zadzwonił, żeby porozmawiać o ostatnich protestach właścicieli firm transportowych i farmerów, którzy chcą gwiazdki z nieba. Jechaliśmy dzisiaj opłotkami, więc blokad na autostradach nie zauważyliśmy.

Reszta dnia przebimbana dokumentnie, obiad, audiobook, Kochany rozłożył się z pastowaniem butów. Dosłuchałam do końca Panią Dalloway Woolf (Błysk, 2024). Na tapet wjeżdżają Myśliwski w papierze i ebook Cusk z biblioteki.

piątek, 10 kwietnia 2026

2306. Jak to się ...

 ... człowiek do dobrego przyzwyczaja. W sklepie lokalnym w Termon, do którego zachodzimy w celu rozmówienia się z rzeźnikiem rodzinnym, nie było tartaletek z owocami, psia kość. A już się z nimi witałam, wizualizowałam sobie, że zapakuję dwie, jedną dla mnie, jedną dla Kochanego.

W południe pogoda zaczęła się robić mało wspierająca; dopiero po powrocie do domu, gdy już zobaczyłam fale przy porcie chyboczące się jak w za małej szklance (i tam nas zaniosło, labraks na obiad został nabyty), zerknęłam na informacje: sztorm Eddie. Czyli znowu siedzimy w domu, nosa nie wychylamy.

Wieczorem zadzwoniłam do tatki (mama drzemała), rozmawialiśmy o Myśliwskim, snach i dziwności świata.

Ach, dzisiaj operacja: zrzucanie futra. Przez zimę porosłam włosiem, zarośnięte pachy w młodym pokoleniu modne, więc wbijałam się w trend zdecydowanie. Ale pora na zmiany. Kupiłam w Bootsie nową maszynkę ;)

Właśnie skończyłam Piaskową Górę Bator (Znak, 2022). Tak jak mąż wywróżył, za oknem cisza, jesteśmy w oku sztormu, koty w końcu zasnęły.

czwartek, 9 kwietnia 2026

2305. Zmienność.

Zaprosiłam na kawę byłego Szefa, który skoro jest szefem byłym, niech się nazywa Benedykt. W tym tygodniu Benedykt wcześnie rano odwołał kawkę wtorkową, pomyślałam wówczas, że to grubsza sprawa. Rzeczywiście. Matka mu zmarła, więc jest w procesie zmian (a że chyba ją lubił, przykro). Starsza pani umarła nagle, jeszcze dzień wcześniej była na chodzie; Benedykt opowiedział mi jak to wyglądało, poza tym wspomniał o nietypowym pożegnaniu, bo jego matka zażyczyła sobie, aby po śmierci oddano jej szczątki do uniwerku, żeby się na niej studenci uczyli. Ciekawa opcja, procedura niezbyt skomplikowana, poza tym bardzo inne to niż typowy irlandzki pogrzeb.

Maniusi spuchła dolna warga, zgrubienie widać już na zdjęciu z wczoraj, nie wiem, od czego tak się jej stało (egc?), trzeba obserwować. Ale i tak byliśmy z kotkami na krótkim spacerze. Podobnie jak wczoraj, napatoczyła się Anne i Maniuśka podbiegła się przywitać (Bronia była ostrożniejsza, czaiła się w krzakach). 

Tym razem obeszło się bez naszego z mężem spaceru nad morze — pogoda była dzisiaj bardzo zmienna, raz na jakiś czas niebo się zasnuwało, wzmagał się chłodny wiatr, i po ptokach. Czytam więc.

środa, 8 kwietnia 2026

2304. Obudziłam się ...

 ... a tu niespodzianka, świat nadal istnieje. Wczorajsze groźby zdemenciałego Włatcy zakończyły się jego "wielkim sukcesem", co idiota obwieścił na Twitterze oczywiście (spałam spokojnie, o dziwo).

Praca jak u wojewody, rano łażę po mieście (zarezerwowałam sterylizację dla Broni, nie chcemy tego stresu rozdrabniać na tygodnie; wzięłam kawę na wynos w Czarnej), po południu też łażę po mieście (zajrzałam do charity shopu, na książki, oczywiście). Zamieniam audio Pani Dalloway na Piaskową Górę w papierze, i z powrotem. Trochę też pracuję, ale minimalnie, odsuwam papierologię wymagającą nieprzyjemnego zaangażowania na mgliste αύριο.

Po powrocie do domu najpierw spacer z kotami:

Obiad ekspresowy (krokiety z gotowca), i spacer nad morze, tym razem z mężem (po drodze spotkaliśmy mamę Larry'ego, czyli obecnie mamę Humphreya, rozmawialiśmy chwilę o tym, że pies jest piękny i nasze koteczki też):


Na plaży jeszcze spokój, choć wokół widać wyraźne przygotowania do sezonu. Wszystko śpiewa, kwiecie pachnie. Przyjemnie jestem zmęczona.

wtorek, 7 kwietnia 2026

2303. Wbrew oczekiwaniom ...

... całkiem udany dzień. Wyszłam z Jamy tu i tam, sprawdzić jak tam pierwszy dzień praktyk, poza tym zapisałam Maniutkę na sterylizację; u weta mieli odległy termin, ale koniec kwietnia i tak nadejdzie. A tu mi jeszcze mama dzwoni: wzięłaś książkę z callaneticsem? (wiem, że wzięłam, ale też mgliście się mi roi, że oddałam) oraz doktorat rób! Zresztą rozmawiałyśmy po raz drugi, gdy wróciłam do domu i nie przebrawszy się wyszłam na spacer nad morze. Mama postanawia ćwiczyć, gdyż gruba jestem. Poza tym Filemonowi ktoś dokuczył, kot ma spuchnięte plecy, źle się porusza, cóż, znowu trzeba rzucić na kogoś klątwę. 

Zanim wyszłam nad morze, dopadła nas Katlin, żeby opowiedzieć jak to nieomal straciła życie przed świętami, a mianowicie we własnym domu pokonała w przyspieszonym tempie dwanaście stopni schodów.

Na plaży kilka osób, na horyzoncie kilka statków, wieczór umiarkowanie wietrzny, szary, energiczny spacer jest przyjemnością. Obiad późny; zajadam makaron zerkając na archiwalny odcinek The Great British Bake Off w którym odpadła Maisan; okna zaparowane, myszy nas obsiadły, jem kruche ciasteczko i jestem szczęśliwa.

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

2302. Mruczymy ...

... sobie do uszu jak dwa stare niedźwiedzie. To ile masz latek teraz? pokaż na palcach. Mąż liczy na jednej dłoni, ale rezygnuje. Wstać trzeba, myszy w Kuchniosalonie już niespokojne, jeść, kupa, kochać. Gdy Kochany obrządza koty, dzwonię do rodziców, którzy są już po śniadaniu. Składają Fredwi życzenia, potwierdzają, że wieje.

Po śniadaniu (żur á la Fred) jedziemy do Kildare, najpierw do centrum miasta w nadziei zainstalowania się w dobrej kawiarni. Niestety w Square pocałowaliśmy klamkę. Trudno, poszliśmy do The Ball Alley, na kawę i ciastko (ciastko było na pewno z mlekiem, teraz pozostaje mi wyczekiwać efektów; w tle Nina Simone, tylko patrzeć jak mi vloga zablokują):

Następnie pojechaliśmy do Village, gdzie Kochany szukał prezentu dla siebie. I znalazł! W Gant dwie pary rękawiczek wyściełanych kaszmirem, u Armaniego koszulę w ulubionych kolorach. Na deser hot dogi (zjadłam połowę, dla mnie zbyt hot) i jadziem do domu. Niby takie hop siup, nic się nie działo, a tymczasem jest już dobrze po piątej.

Z życzeniami dzwoni najpierw Usz, potem Wu. Jemy białą kiełbasę, ja tylko trochę, bo znowu za dużo przypraw (nie wiem, co ludzie mają z tymi przyprawami), więc wieczorem w erfrajerze robię frytki (Kochany już idzie spać, dobranoc, pchły na noc).

niedziela, 5 kwietnia 2026

2301. Moje święta ...

... są kulturowe, obchodzę je w określony sposób, gdy są obok ludzie z którymi obchodziłam je wcześniej w ten sposób. Poza taką sytuacją nie doskwiera mi brak tradycyjnej celebracji. Oczywiście, miło byłoby zjeść śniadanie z rodzicami, albo z Kochanym zrobić sobie świąteczny talerz pseudoświęconki. Ale mąż od rana w pracy. Do rodziców zadzwoniłam zaraz po przebudzeniu, zastałam ich przy konsumpcji jaj; rozmowa z mamą natchnęła mnie chęcią dalszego zgłębiania genealogii (wczoraj mama specjalnie zajrzała na cmentarz w Tcy i przesłała mi fotkę). W czasie śniadania dokańczam oglądać The Other Bennet Sister (2026). Dwa razy padał grad.

Po powrocie męża do domu dwie dłuższe rozmowy, ze świekrą i ze Stu, który po wizycie u mamy przeznacza resztę dłuegiego weekendu na odpoczynek. 

Wieczorem Kochany z poważną mina bierze się za gotowanie żuru. Mania wkłada ogon do gorącej herbaty.

sobota, 4 kwietnia 2026

2300. Zasmarkana ...

... deszczem pogoda ma swoją nazwę: sztorm Dave, czwarty w tym sezonie. Gdy chcę sprawdzić prognozy na windfinderze, zamiast naszego regionu najpierw wyświetla mi się mapa Wyspy Man.

Podjadanie, rozmawianie z kotami, oraz ... siedem pierwszych odcinków The Other Bennet Sister (2026) złożyło się na sporą część soboty (na swoją obronę mogę powiedzieć, że odcinki były krótkie, półgodzinne). Po południu sztorm rozbujał się na dobre. Kochany wrócił z pracy po piątej. Obiad, rozmowa z Perlistym, w końcu po siódmej jedziemy w kierunku El Paso. 

Pieseł dostał jeść, czekając aż załatwi swoje sprawy zainteresowaliśmy się na chwilę dokumentem o kotach. Po jakiejś godzinie droga powrotna; wiatr się nasilił, kilka km od naszej wsi zastaliśmy drogę zablokowaną przez jakieś służby, w tym ESB. Kochany wycofał karocę, zjechaliśmy do celu po traktach na jednego osła. Widocznie blokada nie była bardzo poważna, bo we wsi jest prąd. 

Lotnisko działa, w ciągu dnia było jednak sporo kołowań, podobno też kilka odlotów na Manchester (Ka&Jot wracają około północy, trzymam kciuki).

piątek, 3 kwietnia 2026

2298-2299. Czasem słońce, czasem deszcz?

Na to wychodzi. Czwartkowy poranek chłodny i jasny, wieczór deszczowy, więc gdy zajechaliśmy do Pieseła, obyło się bez spaceru. Śpisz? zatekstowałam do mamy o naszej dziewiątej wieczorem, gdy akurat chodziłam po Tesco w El Paso. Nie śpię. I tak to z mamą sobie porozmawiałyśmy, a to o tym, że w pewnej publikacji tytuł naukowy się pojawił przed moim nazwiskiem, i że w takim razie nobles oblige, że afera jest w powiecie, gdyż po Ojca Narodu przyjechali o szóstej rano, oraz że, imaginuj sobie, jesteśmy z nim prawie jak rodzina, przez ciocię Stachę, która była przecie kuzynką babki szwagra od starszej siostry. Niby wiedziałam, ale proszę mamę o rozpisanie tego ostatniego na diagramie. Pokazałam też mamie dom, i Pieseła, który postanowił nam towarzyszyć w salonie razem ze swoją gumową żabą.

Sen aż za dobry, przez dłuższy czas o piątkowym poranku nie rozpoznawałam dźwięku budzika w moim własnym telefonie. W końcu nie dało się tego wypierać, mąż jeszcze wciągnął kawę, ja majtki na tyłek (już w majtkach, a nawet chyba czapce na głowie, zdołałam zrobić kilka lekcji Duolingo i zapaść w mikrosen czekając na Kochanego) i wracamy (deszcz). Na chwilę skoczyliśmy do Tesco, tuż po jego otwarciu, a potem już do domu, gdyż myszy nas wypatrywały, mocno zaniepokojone i głodne.

W domu, zachęcona wczorajszą rozmową zajęłam się genealogią, aktywnością bardzo satysfakcjonującą, bo w końcu znalazłam w aktach tę ciociną kuzynkę, która w innych czasach mieszkała w odległości 150 m, więc może nawet ją znałam, choć kontury wydarzeń bardzo zatarły się w mojej pamięci. Kochany wrócił od GP, zjedliśmy późne śniadanie (m.in. guacamole) i wyjechaliśmy do Drołdy. Polski sklep, Czarna, spacer do Szkota. W tym ostatnim odkryłam, że najnowsze tłumaczenie na angielski Hjorth jest już w księgarniach (kochany kupił dwie płyty Queen). Deszcz, słońce, deszcz. W drodze do samochodu kupiłam mężowi skarpetki Barbour, w bażanty :)

Ach, to obrazek z życia rodzinnego, gdy nurkuję w genealogii okolic Dębicza (jedne zagadki są bliskie rozwiązania, więc oczywiście pojawiły się inne), na gazie pyrka rosół, w głośnikach płyta Innuendo Królowej, a Mańka Sikawka relaksuje się przy włochatej nodze Kochanego:

Rosół w końcu dopyrkał, zjedliśmy i Kochany musiał jechać z powrotem do Pieseła, po drodze robiąc "niewielkie" zakupy dla przyjaciół, którzy niedługo wracają z zagranicznych wojaży. Zostałyśmy z dziewczynami same, cisza zaległa, zrobił się nastrój na książkę (wprawdzie słonecznie, ale mam niechcieja związanego z samotnymi spacerami, wolę towarzystwo męża).

Doczytałam przed chwilą autobiografię Keaton, wcześniej, przy myciu garów zaczęłam słuchać Panią Dalloway. Ciężkie lektury sobie ostatnio wybieram, nie wiem czy to potrzeba, czy zbieg okoliczności. 

Rosół przeniesiony tuż pod drzwi, niech przeciąg do czegoś się przyda ...

środa, 1 kwietnia 2026

2297. Wygładzenie.

Primadonna Żurawieckiego (Agora, audiobook z 2024) została dosłuchana do końca, w domu, gdy Kochany tymczasem był już w El Paso i zbierał się do wyprowadzania Pieseła (wczoraj na LC odchudziłam listę książek, które chciałabym przeczytać, kropla w morzu, ale przeglądanie i sprzątanie wprowadziło mnie w miły nastrój).

Rozmawiałam z mamą (u niej wolne od jutra), tatko obok, drzemiący, pomiędzy nimi gruby Wojtuś. Przygotowania rodziców do świąt oszczędne, pewnie będzie trochę galaretki z kurzyną i bigos. U nas jeszcze oszczędniej, w piątek rosół, potem mąż wykorzysta część do żurku. 

Pogoda się nam wygładziła; kolejny w tym tygodniu ładny wieczór, zachęcający do spaceru, który się nie odbył.

Dzień w pracy był raczej pozytywny, zadziała się miła odmiana po kilku dniach wątpliwości i napięcia. Tak sobie myślę, że największy wpływ na odmianę ma zawsze głowa, bo ludzie pozostają mniej więcej tacy sami, sytuacje też nie zmieniają się jakoś spektakularnie. Czyli głowa; poza tym dolegliwości jelitowe jakby ustały, być może rzeczywiście ograniczenie nabiału pomogło (nie wiadomo jak i w czym, ale nie zamierzam wybrzydzać). Oraz śpię fenomenalnie, zanurzanie się w pościeli sprawia mi ogromną przyjemność.