Umarł mi lewy japonek. Akurat była 15:33, stałam przy garach mieszając tzatziki, myśląc o pokoju na świecie, kiedy plastik między palcami zrobił prask, i po japonku. Czarny, przywiozłam go z Polski. Ale nie rozpaczam. Gdy po późnym obiedzie leżałam sobie w łóżeczku obok Freda, przy oknie jak zwykle otwartym, przez które umykają nasze oddechy, myślałam jak mi dobrze. Dobrze mi.
Skończyłam ponad godzinę wideonawijki z Luś o uczelni i życiu. Na vod.pl jest Kingsajz (1988), i my go właśnie obejrzymy. Z biegiem lat przed oglądaniem coraz bardziej zaczęłam się radować, że zaraz obejrzę Stuhra.
No tak, bo jest Fred. U mnie ostatnio umarły kapcie, oba (niestety nie zapisałem godziny, ani nawet daty zgonu) ale zabrakło Freda pod bokiem, więc może obeszło się bez rozpaczy, ale myślenia "jak mi dobrze" też nie było :D
OdpowiedzUsuńI dlatego własnego Fred Ci życzę :)
UsuńChcesz się podzielić? Tylko co na to Fred? :D
UsuńDariuszu, czyżbym zauważyła błysk w Twoim oku? :D Faktycznie trzeba by było zapytać Freda, nie śmiałabym tak ot, handlować Fredem, to wolny człowiek jest ...
UsuńZapytałam, Fred akurat mruczał jak niedźwiedź, bo obejrzał film Sekielskich. I powiedział mi, że mu bardzo miło, ale, że on klasyczny. Ja na to, że bardzo dobrze, bo ja z kolei zazdrosna. I w związku z tym własnego, ale innego Freda Ci życzę ;) Jakiegoś bardziej z ... Barcji?
Usuń