Przez część soboty nie miałam dostępu do sieci z mojego komputera, dopiero magia konfiguracji pozwoliła programowi na nowo objawić swoje własne IP, a stało się to przed północą, gdyż postanowiłam pójść spać wcześnie. Poza tym niemiłym przypadkiem, sobota była pięknym, letnim dniem, takim jakie czasami zdarzają się w Irlandii — z delikatnym jeno powiewem wiatru i falami jak na pojezierzu. Byliśmy więc nad morzem dwa razy, po śniadaniu i pod wieczór. Było się czym delektować. Fred wyskoczył tylko na godzinę po ziemię ogrodowa, potem wkopał resztę kwiatków i pod lawendą spoczął mój prezent od Rysia.
Dziś już szarość poranna i mroczne powiewy. Jechalibyśmy na wybory, lecz one są, ale ich nie ma. W Polsce właśnie odbywa się hucpa polityczna i mały człowieczek z poważnymi, być może nieleczonymi zaburzeniami psychicznymi, dyryguje jak ma być. Plusy poranka: kot tym razem nie przyniósł mamie prezentu.
Aaa... kwiatki... Dobrze, że mi przypomniałaś. Po obiedzie będę musiał iść na cmentarz sprawdzić, jak się trzymają pelargonie.
OdpowiedzUsuńTymi wyborami nie wiem dlaczego ludzie tak się przejmują, skoro Duda - co by nie robić - i tak zostanie na następne pięć lat.
Prosz bardzo :D.
UsuńA jednak ... czy tak właśnie będzie? Każde przesunięcie w czasie pomaga przeciwnikom Budynia.