Strony

wtorek, 15 czerwca 2021

546. Ciepło jak gorąco.

22 stopnie, mówi telefon. Czyli upał. Na niebie gigantyczne, długie i płaskie chmury, jak niewyrośnięte bochenki. Bochenek i błękit nieba, bochenek i błękit nieba, jeden za drugim.

Ponieważ nie mogę się powstrzymać od zagadywania ludzi, po pracy zagadałam litewską Izoldę. Pani pracuje w B+B, gdzie smakują mi muffinki.

A tak w ogóle to w jedną i drugą stronę jechałam autobusem (Fred wrócił o jakiejś masakrycznej porze, a dzisiaj kolejna zmiana w Dublinie). Więc kot odprowadził mnie na przystanek, specjalnie otarł mi się o nogi w czarnych spodniach z kantem, żebyś matka tak głupio nie wyglądała bez sierści.

Po powrocie do domu nie czułam potrzeby robienia niczego pożytecznego. Kończę dzień odcinkiem Midsomer zatytułowanym Written in Blood (1998), z wątkiem genderowym i kotem rosyjskim niebieskim w tle. Ból ramienia znikł już prawie zupełnie.

poniedziałek, 14 czerwca 2021

545. Happy vaccination day!

Wczoraj zerwałam się na równe nogi chwilę po szóstej, dzisiaj do trzech razy sztuka, za trzecim budzik mnie zaskoczył, za drugim w kuchni słyszałam koncertującego Rory'ego — Fred już nie spał. Szczepienie miałam w DIFE o 8.50, dziesięć po dziewiątej było po wszystkim. Jestem pod wrażeniem organizacji — 3 stanowisk recepcji, 6 stanowisk szczepiących, 36 miejsc siedzących dla osób po szczepieniu. Żadnego sapania na karku, ludzie zdyscyplinowani, pilnujący odległości, przerób jak na dworcu.

Gdy siedziałam na sali już "po", odczytałam wiadomość od Anne, jak w tytule notki.

Fred na mnie czekał, podwiózł mnie do centrum miasta i pofrunął do Dublina. W nagrodę za zajęcie pierwszego miejsca kupiłam sobie w Bootsie trzy kredki do oczu (Rimmel 061, Maybelline 100, Revlon 865) i zachwycona faktem, że za wszystko zapłaciłam punktami z karty lojalnościowej ruszyłam w kierunku Scotch Hall. Po drodze zauważyłam, że z krajobrazu centrum miasta zniknęło Relish Cafe przy galerii Highlanes, gdzie bardzo smakowała mi super sałatka. Na ich miejsce jest już nowe Five Good Things Cafe. W dawnym Hotchpotch, który zwinął się na początku pandemii, jest z kolei ciastkarnia prowadzona przez Portugalczyków. 

Zakupy w Waterstones:

Lalala, bikoz aj kan. Do dwóch biografii Rory'ego dorzuciłam klasycznego Joyce'a i przepięknie wydane przez brytyjczyków W Dolinie Muminków. I jeszcze przy wyjściu kupiłam łagodne flat white na wynos w Insomnii (łagodne, bo mają też mocne, a wiem, bo zapytałam zdumiona, że jest coś takiego jak łagodne flat white). Powiewając papierową torbą z książkami i siorbiąc kawę ruszyłam przed siebie. Wróciłam do domu autobusem, na klamce od drzwi czekało na mnie zawiniątko ze sconesami od Katlin, a po drugiej stronie ulicy kot, który, gdy mnie rozpoznał, podbiegł radośnie kicając jakby był psem. Nastawiłam pranie, podgrzałam sconesy, zrobiłam sobie na oku kreskę kredką Revlonu o nazwie powerful plum, zjadłam sconesy z masełkiem. Ok, to teraz czekamy, co będzie.
___
edit 13:30 Ręka zaczyna mnie boleć, a Fred przesłał mi właśnie fotkę zrobioną na O'Connell St, pod pomnikiem Johna Graya:

___
edit 23:27 Wróciłam do książki Eileen, ale ruszyłam z trzydzieści stron i porzuciłam ją na rzecz pilota Midsomer Murders z panem Pokrzywą. The Killings at Badger's Drifts (1998), co za tytuł, co za twarze. Jeśli zaś chodzi o covid ręka boli ociupinę, nudy, myć ząbki i spać.

niedziela, 13 czerwca 2021

544. Kot grzeczny, pies stary, biblioteka online.

Kolejny szary i ciepły dzień, z rodzaju tych, które w Polsce mogą znamionować kiszącą się w zanadrzu burzę. Nie działo się nic spektakularnego, były trzy rozmowy telefoniczno-messengerowe, więc wiemy m.in., że Stu zawiózł teścia do szpitala. 

Po południu wyjechaliśmy na krótko do miasta — kupiliśmy uprząż dla Ryszarda, na szczęście regulowaną, więc pulpet jakoś się zmieścił. Jak często będzie w użyciu trudno powiedzieć, ale testujemy możliwości. Po powrocie do domu trochę kręciliśmy się po ogródku, więc była okazja zagadania z panią, która spaceruje obok naszego domu ze swoim psem. Pies ma na imię Larry, ma 14 lat i artretyzm, jest na pięciu tabletkach dziennie. Jego mama powiedziała, że zna Ryszarda z fb. Kot przysłuchiwał się naszej rozmowie bardzo zadowolony.

Wieczorem spadł w końcu ciepły deszcz. Zapisałam się do biblioteki, na razie online i mam tymczasowy kod oraz na oku kilka audiobooków.

sobota, 12 czerwca 2021

543. W domu.

Przed południem zadzwonił ktoś z sąsiedniej dzielni, że kot siedzi pod ich drzwiami. Fred pojechał, wrócił z małym żebrakiem, podrapany po twarzy. 

Rudemu nosowi dałam szlaban na wychodzenie, który zaraz został zerwany — Fred pracował w ogródku, ja z godzinę rozmawiałam po sąsiedzku z Katlin i Anną Emerytką, Ryszard najpierw słuchał, bo to o nim, potem przeniósł się do naszego ogródka i drzemał w lawendach, następnie w kuchni. U nas też domowe nudy, po południu był prysznic i łóżeczko (w łóżeczku m.in. rozmowa telefoniczna z Usz i wiadomość, że teść pilnie musi iść do szpitala). Gdy wieczorem wyjechaliśmy na chwilę po pizzę i bezę na deser, kot czekał przed domem, ekstremalnie grzeczny. Myślę, że przeraziła go pani, która do nas zadzwoniła. Niech ta nauczka będzie na dłużej niż jeden dzień.

Facebook odkopał mi wspomnienia sprzed 4 lat i jednego dnia:

piątek, 11 czerwca 2021

542. Lubię z Tobą chodzić.

W pracy tak sobie, jest chaotycznie i zmienia się pomysł na kolejny tydzień, ale whatever. To niezłe miejsce, tylko, że ja chciałabym już lepiej i bardziej, bo z natury jestem zachłanna. Fred w tym czasie przyszywał guziki do szelek u swoich spodni (i siarczyście to komentował; nawet mu trochę pomogłam, z przyszywaniem i z komentarzami) oraz odgrzał dla nas żurek. 

Gdy skończyłam żurek, zmianę i przyszywanie guzików, małżonek stwierdził, że pora na lans w najbardziej kraciastych spodniach, skoro już da się do nich doczepić walące po oczach szelki. Najpierw sprawdziliśmy czy w porcie dają rybę z frytkami — była, ale wiało tak, że marzłam na otwartej przestrzeni. Szkoda, bo za lichym płotkiem pasło się brązowe bydło, rodzice i dwoje młodych (lubię patrzeć na krowy). Wróciliśmy z rybą do domu, dzięki czemu nasi skrzydlaci sąsiedzi od razu mieli ucztę z resztek.

W mieście do Lidla, Woodiesa, Costy, w tym ostatnim miejscu zaskoczenie — pierwszy raz od miesięcy wypiliśmy kawę w ogródku, w normalnych filiżankach. Potem zaszliśmy do Sports Direct, dokupiłam cztery pary kolorowych skarpetek Levisa dla siebie, w kratkę, paski i kwiatki, a Fredowi t-shirt Diesela w kolorze kiwi. Wszystko powoli, bo przecież miałam w żołądku rybę z frytkami. Pomyślałam sobie, że możemy jeszcze sprawdzić, czy w Tesco jest już autobiografia Sinéad. I jechaliśmy do tego Tesco tak naokoło, że wcześniej stanęliśmy pod zamkniętą już bramą parku w Oldbridge, żeby zrobić sobie wieczorny spacer od bramy do starego mostu:


Cielaki wyszły na spacer.


Łaziliśmy tak nad rzeką ponad godzinę. A w Tesco zamiast autobiografii Sinéad była biografia Rory'ego, ale miała brzydko zagiętą okładkę, więc dałam sobie spokój. I tak wkrótce gdzieś znajdę obydwie pozycje. W domu jesteśmy przed dziesiątą, Fred jeszcze zdąża podlać kwiaty w ogródku.

Kot zjadł z rana podwójne śniadanie, sygnał, że idzie daleko i nie wie, kiedy wróci. Nadal na niego czekam.

541. Dobre wieści.

Już miałam nerwa, ale nareszcie! Przy porannej kawce dostałam wiadomość tekstową, abym się stawiła w poniedziałek rano na zaczipowanie zaszczepienie Pfizerem.

Zaćmienia słońca było widać tyle, co kot napłakał. Akurat dzisiaj było pochmurno, i zwodnicze 20 stopni. Poszliśmy nad morze, ja w swoim barbourku nowym, i wróciłam spocona jak mysz. Po drodze Fred kupił u rzeźnika najlepszy filet wołowy, na obiad był  więc stek-palce-lizać (taki, jak u Aś).

Z innych nowin dobrych a pięknych, jest taka, że Wu się odezwał z własnej i nieprzymuszonej woli, zatekstował, że dostał pracę, daleko od domu, ale płacą bardzo bardzo, co jest dobrą sprawą, bo jednak lepiej chorować na bogato.

Czwartek kończę dopiero teraz, wróciliśmy po seansie u Ka&Jot. Po raz kolejny obejrzeliśmy Dawno temu w ... Tarantino. Za drugim razem odczucia są nadal pozytywne. Wstaję za kilka godzin, na wszelki wypadek nastawiam budzik.

środa, 9 czerwca 2021

540. Dzień przyjaciela.

Gdy byłam w pracy, Aś potwierdziła, że pod koniec czerwca ma urlop i na weekend jedzie do domku letniskowego w Donegalu. Zapytała czy chcielibyśmy z Fredem jej towarzyszyć i już się tym jaram troszeczkę :)

Małżonek przyjechał po mnie pod Centrum, wspomniał o urodzinach Kaczora Donalda, o dniu przyjaciela i jutrzejszym światowym dniu jazdy nago na rowerze. Różne dziwne święta. W końcu wyciągnął torbę z prezentami — kupił mi w czasie ostatnich wyjazdów pikowaną, wiosenną kurtkę Barbour ze sztruksowym kołnierzem, grubą, czarną koszulę Replay i jedwabną chustkę Missoni, w biało-czarne maziaje, wszystko szykowne i pasujące. Mam mu mówić, że nie oszczedza na niewiadomo-co? Już mówiłam. Bardziej go pewnie przekonuje, że nie mam tego gdzie upchnąć. Miejsca na ubrania, buty i książki konieczne nam są.

Tak poza tym to w tym tygodniu angielskie lawendy odpalają konkretne kwitnienie, będzie w przeddomowym ogródku lawendowe rozpasanie. 

Stópki w kostkach nieco balonowate, pisząc to trzymam je wysoko na krześle.
___
edit 23:16 Dzień się jednakowoż jeszcze nie skończył. Kot nasz kochany znowu pojawił się na lokalnej stronie fb z adnotacją, że jest na innej ulicy i zjadł kolację. Anne mi w związku z tym śpiewa piosenkę I’m a rover and I’m bound to sail away, I’m a rover but you love me anyway.

wtorek, 8 czerwca 2021

539. 159/21.

Dzień szary i duszny, powietrze ciężkie, choć z nieba spadło ledwie kilka kropli deszczu. Nawet zdjęłam obrączkę, bo czułam jak puchną mi palce. W pracy dwa razy latałam po sklepach, a nasza zbuntowana młodzież przygotowała niezły lunch. 

Już w autobusie zachciało mi się sałatki z tuńczykiem à la moi. Pożyczyłam od Katlin otwieracz do konserw, zabytek, identyczny miała moja babcia. Chwilę pogadałyśmy, bo sąsiadka czuje się samotna (Majk nadal jest w trasie). Mój Kochany zadzwonił do mnie z Belfastu, wróci późno, ale za to jutro ma wolne. Po gigantycznej sałatce nie trzeba mi żadnych dokładek, zbijam bąki, nastawiam budzik na rano, kot właśnie wrócił z przechadzki, więc mówię mu dobranoc, kocie.

poniedziałek, 7 czerwca 2021

538. Przyjemny poniedziałek.

Sałatka została zrobiona rano. Rysia nie widzieliśmy od wczorajszego przedpołudnia (nawet około północy przeszliśmy się kilkoma dróżkami), więc przed wyjazdem zaszłam do Anny, żeby jej powiedzieć, że jakby kot się pojawił, to ... no nie wiem, żeby miała na niego oko. Potem jeszcze zrobiliśmy samochodem rundkę po osiedlu i Fred w sprawie kota zaczepił Moirę. A potem już tylko droga do Północnej z Arethą Franklin. Nie dręczyliśmy Ka, pewnie był zmęczony niedzielną pracą, za to Aś stawiła się na czas, spotkaliśmy się za Dromad i ruszyliśmy w dwa samochody w kierunku granicy i do niebieskiej foczki na której byliśmy ostatnio w czerwcu dwa lata temu.

Slieve Gullion.

Było wspaniale, nie za zimno i nie za gorąco, łatwe podejście i w czasie, gdy się tam zjawiliśmy niezbyt dużo ludzi. Tym razem obfociłam wejście do grobowca korytarzowego i doszłam do północnego kopca.






Zapamiętani przechodnie: starszy pan ze spanielem, szli za nami, potem przeszli całą górę i spotkaliśmy ich znowu na parkingu jak medytowali sobie patrząc na krajobraz (kolejny raz, gdy zjeżdżaliśmy jednokierunkową — starszy pan i jego spaniel zatrzymali się na innym punkcie widokowym i podziwiali horyzont); para syn i ojciec, ten drugi poślizgnął się, gdy byliśmy tuż przy zejściu — Fred chciał mu dać swoje kijki, ale pan postanowił wejść bez nich, ciekawe, czy sobie poradził, bo nie wyglądał najlepiej po zaledwie stu metrach marszu pod górę.

Jadąc jednokierunkową serpentyną w końcu rozdzieliliśmy się z Aś machając jej na pożegnanie. Zatrzymaliśmy się w Dundalk, na kawę z Costy przy Woodisie i zakupy, bo jutro oboje potrzebujemy czegoś na kanapki. Taka piękna pogoda, w głośnikach G.B.H. The Punk Singles 1981-1984 (2002). Jeszcze będąc na górze dostaliśmy wiadomość od Anny, że kot jest w domu, potem tekst od Anne, że najprawdopodobniej zatrząsnął się na noc w jej szopce. Wystarczy, że zajeżdżamy przed naszą chatkę z piernika, a zaraz Katlin, potem Anna, podchodzą i potwierdzają wieści z kociego frontu. Był, zjadł obiad, spał w rabatce przed domem, znudził się czekaniem i gdzieś poszedł. Wiatr wieje na wsi bardziej niż na Gullionie, Fred idzie spać, ja dłubię w komputerze, Ryszard pojawia się około ósmej i w nagrodę dostaje swój (ostatnio) ulubiony mus wołowy z Puriny.

niedziela, 6 czerwca 2021

537. Sobota Niedziela na spacerze w Deerpark.

Wykokosiłam się z łóżka bardzo wcześnie jak na porę pójścia spać (pierwsza w nocy), śniadanie, kawa, pogaduchy, gdzieś pomiędzy tymi czynnościami sprawdziłam pogodę na dzisiaj i jutro. Wyniknął z tego telefon do Ka (który dzisiaj pracuje) z oświadczeniem, że jutro chcemy gdzieś jechać i czy on też nie miałby ochoty. Po telefonie poczuliśmy oboje niedosyt, że jutro jest jutro i Fred zaczął szukać parku nadającego się na spacer dzisiaj. Deerpark Forest Walk w hrabstwie Cavan znalazł się o dziesiątej, 3 minuty później już miałam wydrukowaną mapę i małżonek dzwonił do Aś z pytaniem czy teraz z godziny na godzinę się do nas przyłączy. Odpowiedź była twierdząca. Chwilę potem przygotowujemy wałówkę, ogórki małosolne pokrojone lądują w pojemniczku, jabłka umyte, a Fred śpiewa pod nosem głosem radosnym nie będę przyszywał guzików, będę marnował czas!





Super zielony, kilkukilometrowy spacer w lesie z prześwitującym od czasu do czasu Lough Ramor.

Żeby po marszu zjeść wałówkę w spokoju, pojechaliśmy paręnaście km dalej na zachód, nad Lough Sheelin.

Jezioro równie ładne, podobno są w nim pstrągi brązowe, mnie zaczarował strumyczek przy którym siedzieliśmy. Małe rybki jadły akurat lunch i od czasu do czasu jakaś wyskakiwała nad wodę, żeby złapać robaczka.

Zmęczona. Aś dała nam swojskie jajka, może jutro rano uda się zrobić sałatkę.

sobota, 5 czerwca 2021

536. Regeneracja.

Nad morzem szliśmy w chmurze mgły. Szaro, trochę wietrznie, ale ciepło. Za winklem napotkaliśmy Majkela w towarzystwie Alkoholowego Paddy'ego, co nie jest dobrym znakiem, choć panowie byli mili, bo taki tu zwyczaj.

W ciągu dnia zaliczyłam poobiednią drzemkę regeneracyjną, Fred twierdzi, że krótką. Wieczorem obejrzeliśmy Pełnię (1979) Kondratiuka. W międzyczasie upiekłam wedgesy z rozmarynem, zachciało mi się tego smaku w towarzystwie małosolnego ogórka. Były całkiem zjadliwe, film też ciekawy, chociaż niektórzy aktorzy jakby chłopów na oczy nie widzieli.

piątek, 4 czerwca 2021

535. Osoba łatwouszczęśliwialna.

Obiad był szybki — podgrzałam chili con carne od Jot, żeby mięsko nie ożyło za dni parę. Fred zjadł je robiąc przerwy na złapanie oddechu, ja porzuciłam mój palący talerz, zamiast tego skonsumowałam kanapki z pomidorami.

Ponieważ wczoraj zepsuły się na zawsze moje tescowe japonki (posłużyły mi rok), w Drołdzie weszliśmy do TK Maxxa po klapki, pod prysznic i po domu. Nie planowałam zakupu luźnych spodni Diesela, z lyocellu, w czarno-biały deseń Divine Comedy, ale mam, już nawet pokazałam mamie. Codzienne klapki h-bar Lola Gonzales też bardzo mi się podobają. Od razu przy kolacji zalałam je sokiem z truskawki. Nie szkodzi, klapię sobie w nich teraz bardzo zadowolona, bo łatwo mnie uszczęśliwić.

czwartek, 3 czerwca 2021

534. Dzień jak co dzień.

Kochany wrócił z Korku gdzieś o piątej nad ranem, otworzył okno, zapytał kota jak tam, i poszedł spać. Nasz wspólny dzień zaczął się po południu, szemramy, klikamy, robimy jedzenie.

Wietrznie było bardzo, wychynęłam z domu tylko po to, żeby napełnić ptasi karmnik. Dokarmiamy niezłą bandę, dzisiaj pięć kawek pokłóciło się na trawniku o kocie żarcie, resztek ziaren też próżno o tej porze szukać, wszystko schodzi na pniu. Poza kawkowymi wrzaskami na dzielni spokój, w Polsce wolne, u nas dzień jak co dzień.

środa, 2 czerwca 2021

532-533. Dwa ciepłe dni.

Wtorek był bardzo ciepły, po wcześniej skończonej zmianie czekając na Freda kupiłam sobie kawę w Bakers + Baristas i muffinkę raspberry & apple crumble. Miłe takie czekanie na zewnątrz, na głowę nic nie padało, wcinałam muffinkę i rozglądałam się po świecie.

Środa w pracy zaczęła się od rozmów o szczepionkach — obsada Centrum jest mniej więcej w przedziale wiekowym do którego szczęśliwie dobrnęły szczepienia antycovidowe, więc o poranku w ramach small talku następuje tematyczna wymiana doświadczeń.

Wracałam do domu autobusem, bo Kochany po podwiezieniu mnie pojechał do Cork (wolę powiedzieć, że do Korku). Fred był wczoraj tak wyczerpany, że poszedł spać po dziewiątej, a dzisiaj zerwał się przede mną, żeby spakować sobie wałówkę i nadprogramowo wcześnie (pracę zaczynał po szóstej wieczorem) ruszyć na południe Wyspy. Wyczerpany był myśleniem o Wu, ten mój czarny baran rodziny, więc dzisiaj zrobił sobie podróż sentymentalną.

Deszcz spadł dopiero, gdy wróciłam do domu (Rysiu czekał na mnie drzemiąc w rabatkach). Poszukując czegoś do obejrzenia znalazłam ramotę z 1964 roku, pt. Beata. Dorośli ludzie grający nastolatków, studenci mówiący do siebie per "dziecino" i inne takie dyrdymały, że miodzio. 

Kochany mi zadzwonił z informacją, że może wrócić później niż sądził. Na pewno przywita go świt.

poniedziałek, 31 maja 2021

531. Pora zacząć tydzień.

Herbata, śniadanie, spacer nad morzem, rozmowa z tatą i babcią, powrót do domu, talerz fasolki po bretońsku. W sprawach zawodowych oddzwoniła do mnie Ela, kuzynka Freda. Przy okazji ją poznaję i przechodzimy do pogadanki nieomal rodzinnej. Mąż w tym czasie wyjechał do mechanika zapytać go o jakąś niedziałającą poprawnie pierdółkę.

Fred wrócił około trzeciej, z zapasem guzików do szelek i prowiantu od Jot, do której po drodze wstąpił na kawę. Zrobił nam pyszny obiadek, gdy spałam. Wieczorem The Highwaymen (2019), twórcom prawie udało się uniknąć patosu. Dawno już nie oglądałam niezłego filmu z Costnerem. Teraz pora posłać łóżko, świeżo uprana pościel pachnie wiatrem.