Rzęsiste opady deszczu obudziły mnie w nocy, do wyjazdu z Miasteczka już nie było lepiej. Po śniadaniu (zdarzyła mi się krótka pogadanka o walorach regionu z niejakim Bartkiem) Fred sam pojechał do domu kultury na umówione spotkanie. Jego nieobecność trwała krótko, mąż pchnął swoje sprawy we właściwym kierunku, spakowaliśmy się i przed wyjazdem z Pałacu Książęcego pojechaliśmy jeszcze pożegnać się do cioci. Trochę nam zeszło nad herbatą i pysznymi resztkami szarlotki.
Po południu wyruszyliśmy w drogę powrotną ... zakosami. Postanowiliśmy jeszcze raz podjechać do wieży rycerskiej w Siedlęcinie. To była bardzo dobra decyzja, rozmawialiśmy z miłym panem (Jakubem Przędzielewskim, zawodowym rekonstruktorem średniowiecznych napierdalanek) u którego kupiliśmy monografię o tym miejscu pod redakcją Przymysława Nocunia.
Po Siedlęcinie drugim przystankiem był Bolesławiec. Zjedliśmy obiad w Season Bistro ze znajomą Freda zapoznaną w Irlandii. Menu badzo intrygujące, sandacz na główne, strudel jabłkowy na deser. Potem już naprawdę do domu, pod Wro złapało nas oberwanie chmury, ale i tak chwilę po siódmej wieczorem byliśmy na miejsu. Pranie jutro rano, na razie po prostu odpoczywamy.












