Strony

wtorek, 31 sierpnia 2021

623. I deszcz.

Rzęsiste opady deszczu obudziły mnie w nocy, do wyjazdu z Miasteczka już nie było lepiej. Po śniadaniu (zdarzyła mi się krótka pogadanka o walorach regionu z niejakim Bartkiem) Fred sam pojechał do domu kultury na umówione spotkanie. Jego nieobecność trwała krótko, mąż pchnął swoje sprawy we właściwym kierunku, spakowaliśmy się i przed wyjazdem z Pałacu Książęcego pojechaliśmy jeszcze pożegnać się do cioci. Trochę nam zeszło nad herbatą i pysznymi resztkami szarlotki.

Po południu wyruszyliśmy w drogę powrotną ... zakosami. Postanowiliśmy jeszcze raz podjechać do wieży rycerskiej w Siedlęcinie. To była bardzo dobra decyzja, rozmawialiśmy z miłym panem (Jakubem Przędzielewskim, zawodowym rekonstruktorem średniowiecznych napierdalanek) u którego kupiliśmy monografię o tym miejscu pod redakcją Przymysława Nocunia. 

Po Siedlęcinie drugim przystankiem był Bolesławiec. Zjedliśmy obiad w Season Bistro ze znajomą Freda zapoznaną w Irlandii. Menu badzo intrygujące, sandacz na główne, strudel jabłkowy na deser. Potem już naprawdę do domu, pod Wro złapało nas oberwanie chmury, ale i tak chwilę po siódmej wieczorem byliśmy na miejsu. Pranie jutro rano, na razie po prostu odpoczywamy.

poniedziałek, 30 sierpnia 2021

621-622. Cały pałac nasz.

W niedzielę wróciliśmy do naszego pokoju przed dwunastą w nocy. Bo było tak, że rano, po śniadaniu tatko już się spakował i przed odjazdem wyszliśmy na Miasteczko obchodząc jego najważniejsze punkty (wpadliśmy także na Politajewa). Następnie wyskoczyliśmy do Lubomierza (tatko nie wziął swojego ekwipunku sądząc, że jeszcze wrócimy do hotelu), i zrobiliśmy nawet krótką inspekcję w kościele (po drodze jeden pan wychylił się z samochodu i pochwalił moją kamizelkę; bardzo nietypowe, bardzo miłe). Potem już droga na Świeradów Zdrój — zarezerwowany stolik na sześć osób w restauracji przy hotelu, gdzie kuchnią dowodzi dobry znajomy Freda. Przyjechaliśmy godzinę wcześniej, a ponieważ hotel był trochę daleko od centrum, poczekaliśmy na gości przy kawie. Pora obiadowa upłynęła w miłej atmosferze — pięciu dorosłych i nastolatka czytająca Zafóna. 

Podwożenie taty do domu trochę trwało, był krótki postój na Zakręcie Śmierci i korek w Jeżowie pod Bolkowem, który spowodował, że do S8 przebijaliśmy się przez jakowyś Pogwizdów i Kwietniki. W domu byliśmy po ósmej, zjedliśmy parę kanapek, zwinęłam zapomniane kosmetyki, i ziuuu w drogę powrotną. Nic nadzwyczajnego, oprócz tego, że już niedaleko naszego celu spotkaliśmy na środku drogi dwa zagadane jenoty.

Dzisiaj plan był luźny, ale się zagęścił. Rano jako jedyni zjedliśmy śniadanie, prawie jak jaśniepaństwo (obsługiwani przez pana Krzysia, dorodnego i kudłatego). Potem podjechaliśmy do centrum Miasteczka, Fred umówił się w domu kultury na spotkanie na jutro (w sali Michała była akurat wystawa zdjęć Piotra Dziełakowskiego Żuraw w lesie, poza tym na parterze wśród zdjęć pamiątkowych były fotki Fredowego wujka) i poszliśmy na spacer w poszukiwaniu idealnego domu. W rynku natknęliśmy się na ciocię eR wracającą z zakupów, a z ciocinej kawy i ciastka szybciej niż sądziłam zrobiła się dwunasta po południu. 

Wizytę w Jeleniej Górze zaczęliśmy od parkingu w piwnicach Nowego Miasta. Udało mi się kupić (na szczęście) tylko jedną książkę, Czarną owcę medycyny Liebermana. Spacer deptakiem został zwieńczony w Gitarą i Piórem posiłkiem tak zacnym, że nie było już miejsca na kawę (zresztą wydaje się, że Wojtek nie rozstał się w przyjaźni z obecnymi właścicielami kawiarni, którą mąż miał na oku). Więc tak trochę się plączemy, bo do godziny piątej po południu i zaklepanego spotkania z Anią zostało trochę czasu. Fred zabrał mnie na Górę Szybowcową, popatrzyliśmy sobie na świat z wysoka. A Ania, cóż, kolejny raz zrobiła Fredowi psikusa i wysłała mu oświadczenie w formie zapytania, że przekłada spotkanie, bo musi pomóc córce. Aa-aa.

Chleb kupiony, kabanosy w bagażniku, tymczasem proszona herbatka u cioci zamieniła się w regularną kolację z kiełbasą na gorąco i sałatką grecką. Dołączył do nas Mrzygłód z córką, których wczoraj gościliśmy na obiedzie. Z powodu ciągłego ruchu w interesie zapomniałam zadzwonić z pytaniem jak tata się ma po podróży. Teraz się relaksuję zachwycona odpływem pod prysznicem, który został udrożniony przez pana Krzysia w czasie naszej nieobecności. Plan na noc: doczytać do końca Emigrantów Mrożka (Noir sur Blanc, 2003) nawet chociaż mi się nie chce.

sobota, 28 sierpnia 2021

620. Zimna sobota.

Zapamiętaj sen z pierwszej nocy na nowym miejscu, mówią. A mnie się śnił długi serial kryminalny kontynuowany po każdej pobudce.

Śniadania były zamówione na dziewiątą rano. Już o siódmej rozbudził mnie świt przełażący przez rolety.

Trasa: po śniadaniu wizyta u cioci Freda-Zamek Wleń z przewodniczką-pierogi ruskie w Pałacu Lenno-krzyż pokutny na zboczach Wietrznika-przez Pilchowice do Maciejowca-w Maciejowcu chwila przy pałacu i dworze-zapora Pilchowice-most kolejowy, który ocalał przed Tomem Cruisem-wieża rycerska w Siedlęcinie-zapora Bobrowice I-żurek w Perle Zachodu-powrót przez Siedlęcin i krótki postój na nieczynnej stacji Pilchowice Nielestno.

Słońce lub deszcz. W Perle Zachodu mieliśmy niefart trafić na wesele, umc umc umc.

Pałac jest zimny. Nie dziwię się, że duch Dorothei nas nie nawiedza.

piątek, 27 sierpnia 2021

619. Dolina Bobru i in.

Pierwsza część dnia minęła na inspekcji rodowego majątku, pakowaniu walizki na weekend, sadzeniu rojników, spacerze z mamą i Maksiem, głaskaniu psów i kotów. Mama kupiła mi zwijaną klawiaturę, więc uczę się jej używać (od czasu, gdy zalałam laptopa, piszę na klawiaturze dotykowej). Zrobiliśmy z Fredem rundkę po wsi, napełniliśmy brzuchy obiadem i przed godziną trzecią po południu razem z tatkiem wyruszyliśmy w kierunku Doliny Bobru.

Zameldowaliśmy się w pałacu po piątej. Tata ma pokój nr 30 (na drugim piętrze), my urzędujemy pod jedynką. Miejsce jest spokojne, niemalże wymarłe. Oczywiście zapomniałam torby z kosmetykami, poza tym w Dino kupiliśmy także prowiant na pałacowe wieczory (śniadania mamy w cenie). Fredowa ciocia eR była dzisiaj poza domem, więc tylko spacer na cmentarz, żeby Kochany mógł zapalić wujkowi znicz. Wieczorem zjedliśmy kolację w sali kominkowej.

czwartek, 26 sierpnia 2021

618. Wakacje trochę zajęte.

Dzień pełen przemieszczeń. Po dziesiątej pojechaliśmy do Wro samochodem mamy. Podpisałam umowę z uczelnią, potem zaszliśmy do Magnolii i do dentysty — postanawiam, że usuwanie kamienia i piaskowanie będę robiła standardowo, bo to świetna sprawa. Aparat korekcyjny jeszcze nie teraz, ale pomysł jest to wcale nie taki durny, najpierw jednak trzeba zacząć zarabiać. W Magnolii (a raczej w Empiku) zakupy następujące:

Przywieźliśmy do domu deszcz, zjedliśmy obiad i od tej pory byczymy się i gadamy. 

Zapomniałam książeczki z hasłami, ale na (nie)szczęście mam pocztę otwartą na telefonie, i w taki sposób dowiedziałam się, że ktoś z Teaching Council już przetwarza moje papiery wysłane ledwie dwa dni temu (irlandzka snail mail nagle jak błyskawica). Odpowiem na wiadomość jutro, zanim wyruszymy w kolejną, tym razem dalszą podróż. A tymczasem rodzice z Fredem rozwiązują przy kanapkach problemy świata. Zwierzęta śpią.

środa, 25 sierpnia 2021

Postscriptum #617.

(bluzy z maryjką nie będzie z powodu braku kabelka)

Obudziłam się o 3:26, śnił mi się chomik. Taksówka pojawiła się o przyzwoitej porze (wyjazd z domu został poprzedzony ostentacyjnym obrażeniem się na nas kociości). Cała podróż była wzorcowa, odlot o czasie, przylot również co do minuty, pogoda piękna, zagęszczenie w samolocie na poziomie 1/3 normalnej liczby pasażerów. Dla mnie może tak być zawsze.

Tatko wydaje się jakiś taki ... niższy, mama jak zwykle, babcia wietrzy swoją śmierć. Wszystkie koty grubsze, psy poruszają się wolniej (Malinka zapuściła wąsy jak Piłsudski i szczecinę dzika na karku). Dom i ogród przeszły w ciągu ostatniego roku sporą metamorfozę (nowy tynk, zabytkowy kredens, zakątek z huśtawką zrobiony w miejsce starego bukszpanu). I tylko my ci sami. Po obiedzie poleźliśmy oczywiście na spacer, trochę na cmentarz do dziadka Bronka i cioci Stachy, trochę ogólnie napatoczyć się na oczy temu i owemu. Wyszło to z przytupem, bo przy cmentarzu spotkaliśmy kółko różańcowe przygotowujące bele siana (jakże to kreatywne) na gminne dożynki.

Wiemy od Marksistki, że pozer harmonijnie ułożył sobie z nią resztę dnia (rozmawialiśmy wieczorem), a chomik bezpiecznie biskupuje w swojej kurii. Fred już pochrapuje na nowym łóżku, odsypia dwie krótkie noce.

617. Hops.

 



wtorek, 24 sierpnia 2021

616. Reisefieber.

Fred już około szóstej wyjechał w kierunku Ennis, ja wstałam godzinę później i jeszcze zrobiłam ostatnie sprzątanie w kuchni przed godziną zero. Kochany zadzwonił, gdy był kawałek za Dublinem, sączył kawkę z Insomnii i świecił błękitnym niebem. Pogoda była udana przez cały dzień, mało wietrzna i ciepła (przed pracą wysłałam w końcu list do Kildare, a przy okazji, kupując kopertę a4, natknęłam się na Martaszkę).

Już w pracy, na parkingu przed siłownią poznałam w końcu Marksistkę, która kiedyś napisała pracę dyplomową o dżdżownicach, a obecnie od dwóch tygodni jest irish artist certyfikowany. Ponieważ Fred obwoził naszego gościa po Drołdzie i naszej wsi, postanowiłam wrócić autobusem. Tak się złożyło, że do przystanku odprowadzili mnie Kejti i Alex. Dobre dzieciaki. A może złe. Dla mnie są miłe.

Marksistka zjechała z kurią, czyli ogromnym pałacem chomiczym:

A w nim japoński kolowrotek cichobieżny i w ogóle, wypas, przestrzeń i sztuka użytkowa. Marksistka zainspirowala mnie pożądaniem posiadania klawiatury logitech K380 w kolorze magenta. Oraz zburzyła chomiczą norkę, żeby sprawdzić, czy biskup dobrze zniósł podróż :

Bluzę naszej gościówy (z maryjką) wstawię później, gdyż fotka nie chce się teraz załadować, a laptop trzeba by już zapakować do walizki. 

poniedziałek, 23 sierpnia 2021

615. Zen prostych czynności.

Ze stresu łeb w nocy boli, ale o ironio, dzień przywitał mnie pięknym wschodem słońca smyrającym po nosie. Poprzedził go sen o Fredzie (w szerokoskrzydłym kapeluszu), który zmierzał w kierunku wschodu nad morzem. Jeszcze było trochę gotowania głowy przed południem. Potem zdecydowałam, że zrobię, ile mogę i wyszłam na pogaduchy z Katlin (więc wiem, że wczoraj Bán upolował u Judżina wielkiego szczura). Pojechaliśmy z Kochanym na obiad do Termon (mąż wcześniej zrobił deep cleaning łazienki i żadnemu z nas nie chciało się gotować), a wracając do domu zahaczyliśmy o port:

A tam zwykły dzień pracy, zapach ryby z frytkami dochodził aż do parkingu na górce, kutry zwoziły swoje łupy i ostrożnie przeciskały się do cumowania, irenki czekając na smakołyki robiły w wodzie fikołki. Już podjeżdżając do portu widziałam, że góry zniknęły, nie tak jak w chmurze, gdy wiadomo, że gdzieś tam są, ale tak jakby ich nigdy nie było. Schodząc z mola po spacerze zauważyliśmy, że mgła morska z północy sturlała się w tym czasie po wybrzeżu i jest tuż obok:

Jeszcze chwila i staliśmy w jej zimnym objęciach.

Mgła dotarła do naszej chatki dobre pół godziny później, gdy już wybrałam do podróży kilka szczepek rojników i malusi odrost pilei (to będzie jedna z pierwszych akcji po powrocie "do lasu", sadzenie) oraz zrobiłam test nowego odkurzacza. Potem zaczęłam myć blaty kuchenne i dawno mi to tak dobrze nie zrobiło. Myślę, że z okapu usunęłam historyczny kurz, który zbierał się tu od czasu zamontowania go przez Krisa nieboszczyka. Wynosząc na kompost zeschłe róże odkryłam szczurze tajemne przejście z ogródka Judżina i fakt kiełkowania cyklamenów (dwóch z trzech, jeden nadal siedzi w bulwie przetrwalnikowej). 

Wystawiłam ich doniczkę przy wejściu i schowałam cebulki narcyzów. Jesień.

Mgła została do nocy. Ciemno już. Ryszard, który delektował się dzisiaj rekonwalescencyjnymi spacerami jeszcze nie chce do domu i od godziny siedzi pod hortensją przyglądając się nielicznym przychodniom. Kolejny dzień gra nam któraś z płyt Bowiego z lat 70-tych. Wydrukowałam i wypełniłam wszystkie papiery podróżne, Fred jeszcze nurkuje w swoich szafach z ubraniami i zwleka ze sprzątaniem biurka. 

niedziela, 22 sierpnia 2021

614. Nie lubię pracować.

Teoretycznie dzień można nazwać owocnym. Od rana pranie (szaro jest i ciepło), lodówka prawie czysta i ubrania w szafie sensownie uporządkowane. Niemalże dokończyłam pisać sprawdzian dla mojej grupy i niemalże skreśliłam parę słów do Teaching Council. Ale stres i tak jest, z różnych powodów, zależnych i niezależnych. Kochany kupił nowy odkurzacz. Kot wyprosił wyjście na dwór. Jeszcze dwa dni paniki przedpodróżnej.

sobota, 21 sierpnia 2021

613.Podróż w przeszłość.

(kropelki dla Ryszarda okazały się naprawdę bezwonne i lekarstwo został przez kota bezproblemowo pożarte)

O jakież cierpienia! Postanowiłam, że dzień sobie maksymalnie umilę i zacznę od dobrego śniadania, z podsmażonymi pieczarkami i jajkiem z chrzanem. Nie dało się jednak ze sprzątaniem zwlekać, kiedyś trzeba było je zacząć. Przeglądanie jednej tylko szafki zaowocowało znalezieniem prawdziwych skarbów pośród których olej z wątroby rekina tasmańskiego to był tylko początek, aperitif, można rzec. Fred zatrzymał na razie pojemnik pełen zużytych igieł jednorazowego użytku (trzeba je zutylizować w szpitalu) oraz wyrzucił setki tabletek i tableteczek (część z nich to były jakieś magiczne mikstury od rodziny, których Kochany nigdy nie zamierzał brać do ust). Znalazłam sterylne, nigdy nie otwarte nożyczki do usuwania szwów (nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje) i sterty wspomagaczy przy chemioterapii. Na dnie szafki, której używam do archiwizowania dokumentów i trzymania leków, spokojnie spał PocketBook Pro 902 (rok 2010!), prezent od Wu. Fred kompletnie o nim zapomniał, gdy rozmawialiśmy o czytnikach, nigdy zresztą tego egzemplarza nie używał z powodu problemów z ładowaniem. Wystarczyła podmiana kabelka do ładowania i czytnik ożył! Na bogato :D Na tę chwilę wydaje się, że jest problem z wyraźnym wyświetlaniem tekstu. Możliwe, że zaszkodziło mu przechowywanie.

Wśród chaosu i cudów dnia (po południu wisiała nad wsią prawdziwa burza, która na chwilę pozbawiła nas połączenia internetowego) kupiłam w moim banku ubezpieczenia turystyczne dla mnie i Freda (na cały rok od razu), przeczytałam Czekoladki dla prezesa Mrożka (Noir sur Blanc, 2018), odprawiłam nas i wypełniłam formularz KLP. Pewnie jeszcze coś będzie, ale przynajmniej paszporty się odnalazły.

piątek, 20 sierpnia 2021

612. Deszczowy piątek.

Budzik nastawiony na siódmą, dopiero po kilku minutach przypominam sobie po co. Wizyta u weta na rano. Diagnoza: ugryzienie. Antybiotyk i przeciwbólowy w zastrzyku. Kropelki przeciwzapalne na kilka następnych dni.

Dzień był nieco deszczowy (im bliżej wieczoru, tym bardziej), ale i tak wybraliśmy się do Drołdy. Fred chciał sobie kupić skrzynkę na narzędzia, a tak prawdę powiedziawszy to pojechaliśmy się poszwendać po mieście. Po zakupie chleba, kociego kocyka, zasłony prysznicowej i skrzynki, zostawiliśmy samochód na miejskim parkingu i pod parasolem łaziliśmy po centrum miasta, bo lubimy. Zaszliśmy na kawę do Epik, miejsca powstałego po Canale zamkniętym przez covid. Ocena na minus, kawa gorsza, jedzenie bardzo podstawowe, więcej tam nie zajrzę. Gdy szliśmy ulicą portową wydawało mi się, że widzę przed sobą Majkela, i słusznie, bo zobaczyliśmy go ponownie siedząc w Epiku. Szedł z Alkoholowym Paddym, pewnie przyjeżdża do miasta, żeby się ubzdryngolić w jednej z licznych w Drołdzie borsuczych nor marki pub, z dala od wzroku sąsiadów. Smutne to.

A wieczorkiem rozmawiam sobie z Majkelową żoną przez messengera o nowych roletach, podróży do Polski i przede wszystkim o Ryszardzie Kocie, królu dramy. Pomiędzy obiadem (pieczona kaczka) i późną kolacją (chleb z truskawkami) przeczytałam trzy eseje Amosa Oza zebrane w Jak uleczyć fanatyka (Prószyński i S-ka, 2010). Niby mądre i praktyczne, ale ludzie tacy nie są. W każdym razie niezbyt często.

czwartek, 19 sierpnia 2021

610-611. Home.

Wczoraj Fred ostatni raz przed naszymi wakacjami zawitał do pracy, o szóstej rano, i po południu był już wolny. U mnie standardowo, tylko, że rano wyjazd autobusem, kawka w Simonie, a po pracy, w oczekiwaniu na męża, lunch na mieście. 

Ze środowych wieści domowych najciekawsza jest taka, że w kuchni mieszka duży pająk kątnik. Wiem, bo na własne oczy widziałam jak wieczorem szybkim krokiem udawał się spod Fredowego biurka pod szafę z książkami. Spory okaz, nie napatoczył mi się taki na oczy przynajmniej przez dwa ostatnie lata.

Gdy pytają mnie, czy się cieszę, że lecę do domu, mówię, że tutaj też jest dom.

Dzisiaj byłoby pięknie, gdyby nie .... Bo w pracy spokój, po powrocie za progiem przywitała mnie karta EHIC o której już wczoraj dumałam czym ją zastąpić, jeśli nie pojawi się do wtorku, na dworze ciepło i wogle, a dodatkowo przed wylotem do Polski już nie muszę leźć do Centrum, biuro od wczoraj zamknięte na dwa tygodnie i cztery spusty. Same plusy. Jednakowoż, o poranku Ryszard wrócił trochę późno, bo była dziesiąta rano. Miał jakieś krople krwi na futrze, pomyśleliśmy, że to z myszy albo ptaka, ale zauważyłam też, że lekko kuleje na przednią, prawą łapę. No nic, kot po spóźnionym śniadaniu rozsiadł się w sypialni i takim go zastaliśmy po południu, tylko ruchy miał już wolniejsze i fukał, gdy próbowałam obejrzeć łapę. Więc wet zamówiony na jutro rano, my skonsternowani, kot nabzdyczony siedzi na parapecie i wygrzewa kontuzję.
___
edit 21:50 Wyprzedaże na koniec lata. Kochany kupił mi w czasie rejsu po sklepach dwie zielone, lniane bluzeczki Majestic Filatures (top w kocie łapki i luźna koszulka w tygrysy i palmy).

Jeszcze przed obiadem skończyłam czytać Solaris. Styl taki sobie, "patrzała" i "zasobniki" nie pozwalają zanurzyć się w tekście do końca, dialogi, szczególnie damsko-męskie takie, jakby autor siedział większość życia w szafie, ale patent na myślący ocean ciekawy, nawet dzisiaj. 

Kontuzja nie wpłynęła na Rysiowy apetyt, liczę na to, że cała reszta bardzo się nie pogorszy, cokolwiek to jest. Na zakończenie dnia próbowaliśmy obejrzeć z Fredem Cóż za piękny dzień (2019), ale film z Hanksem był zbyt infantylny, żeby go wytrzymać w całości. 

Pająk kuchenny jest faktycznie duży.

wtorek, 17 sierpnia 2021

609. Konstans.

Dzień podobny do poprzedniego, tylko w pracy musiałam się bardziej napiąć, bo tutoring, i tym razem to ja robię obiad (małżonek obudzony przeze mnie o dziesiątej, pięć godzin po tym, jak poszedł spać, zupełnie słusznie słaniał się na nogach). Po powrocie do domu zastajemy pod wycieraczką kolejną paczkę ze sklepu EMP — z trzech bluzek z kocimi motywami zostawiam sobie dwa T-shirty (Gothicana i Alchemy England), zaiste pielgrzymkowe (Fred wie w jakim kierunku zmierza moja stylówa).

Pod wieczór rozmawiam z tatką, który opowiada mi jak próbował ratować sarenkę z połamanymi nogami (zmarła w niedzielę). Proszę go, żeby przejrzał buty Freda pozostawione w domu, bo byliśmy tam tak dawno temu, że nasza amnezja wydaje się ciutkę usprawiedliwiona. Chyba oboje powoli w głowach kompletujemy bagaże.

Zatoki nadal dokuczają, z rana nie chce mi się wystawiać łba spod poduszki, dzisiaj stara metoda — inhalacje herbaciane. Fred poszedł spać jeszcze przed ósmą wieczorem (jutro wstaje dwie godziny przed świtem). Tymczasem zmierzch, książka lub film.

poniedziałek, 16 sierpnia 2021

608. Pogaduchy i praca.

Gdy się pracuje, nie chce mi się ma inny wymiar. Zaskoczyła mnie dzisiaj Martaszka, z którą chwilę rano pogadałam i postanowiłam ten kontakt kontynuować po południu (ponad godzinę ględzenia o różnościach!). Kochany miał dzisiaj pracę, ale później, więc wpadł po mnie, kupił steka i wyjechał w trasę dopiero po tym, jak zjedliśmy zrobiony przez niego obiad.

The Straw Woman, kolejny odcinek Midsomer Murders z siódmego sezonu, ładnie wypełnił mi czas prasowania. Zwyczajnie pozytywny dzień. Trochę pada i kot prosi o wytarcie papierowym ręcznikiem. Wieczorem produkuję pracowniczą papierologię i podczytuję Solaris (Biblioteka Gazety Wyborczej, 2008).