Strony

czwartek, 14 września 2023

1368. Niechciej.

Wczoraj tak utknęliśmy na szukaniu świeżych poszewek na poduszki, że Kochany postanowił użyć jeszcze jednej poszwy na kołdrę, tej, którą dostaliśmy od Krakusów z okazji ślubu (ze sprośnymi rysunkami Mleczki). A że jedna (za mała) poszwa była już zainstalowana na swoim miejscu (i nie chciało się nam jej ściągać, bo byliśmy pokonani przez środę), każde z nas ma swoją kołdrę. Pełen luksus.

W pracy start powolny, nowa grupa zacznie od poniedziałku, więc mam czas się pognieździć. Waży się los mojej pracy dodatkowej, a konkretnie płacy za nią. Tak czy śmak, niedługo na pół gwizdka wracam do uczenia.

Po powrocie do domu poszliśmy z Kochanym na spacer dookoła komina w poszukiwaniu kota. Z sukcesem. Ryszard dołączył do nas na sąsiedniej ulicy, razem zrobiliśmy kółeczko.

Na obiad pieczony łosoś, marchewka ze słonecznikiem, różowa lemoniada. Ciekawie te nasze dwa życia się przeplatają; nie przestanę się dziwić, że jednego wieczora jesteśmy tam, a kolejnego tu.

Na ósmą umówiona na konsultacje statystyczne. Nie chce się mi.

środa, 13 września 2023

1367. Przemieszczenie.

Pobudka o trzeciej (w zasadzie kwadrans przed). Fred sobie uświadomił, że musimy przecież nadać duży bagaż, więc nie mieliśmy czasu na śniadanie, w zupełnej ciemności ruszyliśmy z kopyta (słowo daję, nuciłam Don't stop me now Queenu). Na lotnisku szybki uścisk z rodzicami i patataj do szeregu. We Wro mgła na zmianę, z każdym kilometrem lotu robiło się jaśniej i bardziej chmurzasto. W samolocie odsypiałam noc, półgodzinna drzemka pomogła mi odzyskać jako taką równowagę (przynajmniej w pierwszej połowie dnia). 

A to już mielizny podczas odpływu w okolicach Howth, przy podchodzeniu do lądowania:


Józef przywitał nas pachnąc Calvinem Kleinem :D, dom zastaliśmy czystszym niż go zostawiliśmy. Był czas do jego wyjazdu, więc najpierw pojechaliśmy na śniadanie do Forge Field ...


... potem rajd po okolicy (Annagassan, Monasterboice, widok na grobowiec), żeby rzutem na taśmę pokazać zakątki gościowi, który nie skorzystał z możliwości używania samochodu w czasie naszej nieobecności:



Wszystko to raczej szybko, bo Józef naprawdę musiał już zmykać w przeciwną stronę. Kochany zabrał go na lotnisko i wrócił dopiero po dziewiątej wieczorem (w międzyczasie odhaczył jeszcze jedną przysługę: do Irlandii przyleciał Wojtek i Fred odstawił go do miejsca przeznaczenia). Za oknem deszcz, kota długo nie było w domu (nie zastaliśmy go po powrocie, ale wiemy, że zawsze wracał na noc i spał z opiekunem w łóżku; Ryśku wrócił po siódmej, wytarłam go ręcznikiem, dałam mu jeść i głaskałam, gdy zapadał w sen). Poza tym robiłam pierwsze pranie i trochę pisałam. Poza tym gardło mnie boli (mam nadzieję, że nie będę chora, bo nie mam na to czasu). 

wtorek, 12 września 2023

1366. Ostatni dzień.

Kochany obudził się i sam pojechał do miast (dentysta, rejestracja i ubezpieczenie auta, fryzjer), wrócił dopiero w porze obiadowej. Większość dnia ćmił mnie łeb (pewnie z powodu diety bezkofeinowej), kręciłam się po domu pod okiem asystentów kuchennych:

Mój bilans pobytu w Polsce jest na plus. Poza niekończącym się serialem poprawek do pracy (nadal jest mętna) same bonusy. Nie sądziłam, że załapiemy się na taką pogodę, bardziej spodziewałam się świeżych bułeczek kupowanych przez tatę codziennie o poranku (i słusznie, będzie mi tego brakowało). Fredowe boje z polskimi urzędami to inna opowieść, niestety element ludzkourzędowy często tu zawodzi (mimo wszystko samochód zarejestrowany, ubezpieczenie zapłacone). Pocieszają dobre kawiarnie, choć męczy mnie unikanie wzroku innych ludzi.

Jestem odprawiona i prawie spakowana. Sen będzie trwał chwilę, bo wylot jest ekstremalnie wcześnie. Na pożegnanie siedziałam z mamą w ogródku na bujanej ławce. Po kolacji oglądanie Columbo, 3.6. 

poniedziałek, 11 września 2023

1365. Snuj.

Trudne budzenie, bo spać, spać, spać ... gnieździłam się obok Freda jeszcze z dwie godziny po tym, jak pierwszy raz postanowiłam, że zaraz wstaję. 

Klikałam wygładzając tekst, snułam się, traciłam czas. Postanowiliśmy oddać irygator, który nie działał jak trzeba, ale to jutro (sklep już się zamykał), dzisiaj po południu skaling z piaskowaniem, fluorowanie i zagwozdka pt. rehabilitacja stawu skroniowo-żuchwowego. Pierwsze słyszę, a powinnam. Fred ma do odhaczenia jeszcze jedną wizytę u stomatolog. Irygator w międzyczasie sam się naprawił.

Po powrocie z Wrocławia kupiliśmy trzy wkłady do zniczy i od razu poszliśmy na spacer do dziadków i cioci. Pogodowo jeszcze cieplej niż wczoraj. Snuja część dalsza. I znowu chce mi się spać.

niedziela, 10 września 2023

1364. Wsiowo.

Po śniadaniu poszłyśmy z mamą na cmentarz rozmawiając przy okazji o różnych rzeczach (pani Bzowa w czasach peerelu załatwiła babci Mani dywan, który teraz sezonuje się w stodole; w lipcu rodzice byli w Miasteczku i nic nam nie powiedzieli, albo nie pamiętam - w każdym razie mamie się nie podobało, szczególnie niedawno zabetonowany rynek spotkał się z jej dezaprobatą). Niebo zupełnie bezchmurne przez cały dzień. 

Na podwórku tuż przy ścieżce takie coś:


Coraz cieplej, wszyscy zalegamy, u kotów nie inaczej. Tutaj Wojtuś Przytulaczek, który całymi godzinami wyleguje gruby brzuszek na tapczanie:

Snuję się. Nad dyskusją usiłuję "pracować" dopiero po obiedzie, bez większych sukcesów. 

Trafiłam w telewizorni na końcówkę Polowania na much Wajdy - warto kiedyś obejrzeć całość tego dziwactwa. 

Fred zadzwonił z Jeleniej, że się nudzi bez żony i zaraz wraca; zapadłam w sen z którego obudziłam się, gdy do pokoju wszedł Kochany, było to jednak dziwne obudzenie (ciało funkcjonowało lepiej niż umysł). Poszliśmy z mężem na spacer, ale kółko było szybkie (po czwartej nadal za gorąco, do tego sklep zamknięty, więc nie można było kupić zniczy). Ogólnie jestem zmęczona albo senna, może po prostu upał mi doskwiera. Kochany mówi, że już go dopada stres z powodu zbliżającej się podróży. 

sobota, 9 września 2023

1363. Życie rodzinne.

Kochany wyjechał na południe wcześnie rano, jeszcze zdążył dostać buzi na pożegnanie. Po śniadaniu poszłyśmy z mamą na króciutką przechadzkę z Maksiem. Mamie nie chciało się gotować (i słusznie), więc na obiad pojechaliśmy w trójkę do Korony na gyros w Greco, po czym natychmiast, bez odwiedzania sklepów, zjechaliśmy do Tcy na kawoherbatę w Kocie. Włala:

Akurat ŚD była na dyżurze, chwilę pogadałyśmy o kawie, jej planach i takich tam (tata jak zwykle ucinał bajerę). Poza tym rano i po południu nanoszenie poprawek przesłanych w nocy przez dochtórkę i martwienie się, że trzeba z nią wieczorem rozmawiać. 

Kochany dwa razy zadzwonił, żeby mi pokazać szlaki w okolicach Szrenicy. Znowu słonecznie i bardzo ciepło (późniejszym popołudniem temperatura pod tarasem nadal przekraczała 25°C), w górach podobnie, na dodatek tłoczno, więc Fred zrezygnował z części planów. 

Spotkanie nie było takie złe. Tzn. na razie wygląda na to, że wszystko jest w porządku. Jestem krytyczna, mózg produkuje mi jakieś dodatkowe kwestie, będzie tak jeszcze przez jakiś czas i trzeba to przyjąć jako chwilową normę.

piątek, 8 września 2023

1362. Nastroje minorowe.

Zanim po północy poszłam spać, jeszcze raz zerknęłam na emilki i znalazłam informację od dochtórki z propozycją spotkania online. To raczej źle mi wróży, w związku z czym potaknęłam i ... poszłam spać, tak byłam nieżywa po podróży. Miałam nadzieję, że w sobotę pojadę z Kochanym w góry, ale przy takim obrocie spraw Fred jedzie sam (dopisane rano: jak to oczekiwania wpływają na odbiór realiów ... bo przecież jest pięknie, ciepło, za mną pluska prawie-fontanna w ogrodzie rodziców, powiewa lekki, przyjemny wiatr; siedzę pod wielkim parasolem i rozkminiam różne wersje tego "co dalej", jeśli aktualne plany się mi wykrzaczą). Kochany zabukował nocleg u pana Krzysia i będzie mi zdawał relację z pięknoty tego świata.

Są też milsze wieści: odezwała się Jot z nowiną, że znalazła mieszkanie w sensownej cenie i w mieście o które się rozchodziło. Miejsce było poszukiwane dla Wojtka, przyszłego studenta (czyli syna Tomka; obu poznałam w ostatni wtorek).

Po obiedzie Kochany zabrał mnie do miasta i ponieważ Kot się już zamykał, poszliśmy na kawę do Markizy, po czym obeszliśmy naokoło klasztor w którym się urodziłam. Włala:

czwartek, 7 września 2023

1361. Do Rzeszowa!

Pobudka wczesna (happy anniversary, my Love), wyjście do Sarzyńskiego dopiero ok. ósmej (młodzież licznie zbierała się na przystanku). Fred zauważył był, że lubię tak chodzić z fioletową torbą świekry na zakupy do piekarni. Fakticznie: miejskie życie ze sklepem osiedlowym oddalonym o kilka kroków chwilowo bardzo mnie konweniowało. (Widziałam ciekawie ubraną seniorkę, perły miała na szyi, a drugi sznur fantazyjnie upięty we włosach. I git) Lista zakupów: 6 puławianek, 1 cebularz, 2 drożdżówki z serem i rodzynkami. Fred dorobił wczoraj klucze do bloku i mieszkania, więc z zamykaniem po raz ostatni przybytku nie było dodatkowych mecyi i zawracania głowy sąsiadom. Jeszcze chwila suspensu, gdy klucz do samochodu po locie z balkonu trzeciego piętra rozpadł się na pół; wyrzucanie śmieci (z dokarmieniem dwóch osiedlowych kawek); w ostatniej chwili wrzucenie do kieszeni skarpetek suszących się w łazience; no i oczywiście szukanie na mieście taśmy dwustronnej do zabezpieczenia w połowie rozgrzebanej tablicy rejestracyjnej.

Gdy w czasie podróży poślubnej późnym latem zmierzaliśmy na Wschód, nie pamiętam nawet, czy widzieliśmy cień tego miasta na horyzoncie. Tym razem pojechaliśmy do Rzeszowa mając na myśli konkretny plan spreparowany z fantazją wczoraj: kobieta w błękitnej sukience z rybą u szyi weszła do restauracji Chilita po drugiej po południu. Zjedliśmy razem obiad i wymieniliśmy się kilkoma faktami (dobrze jest zobaczyć żywego człowieka za blogowym pisaniem; oczywiście Frau Be już wcześniej znała nas z fejsbunia, więc od razu wiedziała, że jestem siwa, bez żartów). Wszystko to za krótko; zanim zdążyliśmy się rozgadać, trzeba nam było jechać. Droga wiodła pod słońce; był przystanek gdzieś przy A4, bo Kochany musiał się wesprzeć jeszcze jedną kawą. Po dziewiątej wieczorem rodzice przywitali nas po staropolsku: pierogami i pychotkami z bitą śmietaną. Zmęczona jestem bardzo. Ale też szczęściara ze mnie jest :)

środa, 6 września 2023

1360. Stacjonarnie.

Pobudka po szóstej, trochę zwlekania, dopiłam herbatę i poszłam do osiedlowego, tym razem po dwie puławianki (nadal mamy chleb) i coś słodkiego. Główny powód: chciałam przejść się rano po osiedlu. Poza Sarzyńskim zaszłam jeszcze do płaza, po masło i sery. Ludzie zdążali do pracy, odprowadzali maliznę do przedszkola, spacerowali psy, jechali rowerami. Miasto budzi się na dobre ok. ósmej, gdzieś coś wiercą, gdzieś kopią. Śniadanie mnie rozleniwiło, tymczasem praca rozpościera się przede mną.
___
edit 20:30 Fred wrócił z urzędu po południu zdenerwowany na maksa - nic nie załatwił, ponieważ (uwaga!), żeby zarejestrować samochód trzeba przynieść ze sobą tablicę rejestracyjną. Fizyczną tablicę trzeba odkręcić od samochodu :D Kiedy szliśmy na obiad, jeszcze trochę się z tego nabijaliśmy, bo co innego można było zrobić w tej sytuacji. Gustlik napisał nam, że się nie wyrwie, więc obiad w Antyku zjedliśmy tylko we dwoje, a potem ruszyliśmy na miasto: do Herbaciarni na lody, zobaczyć pawie (dzisiaj były małe pawiątka!!), zejść do łachy wiślanej (kaczki jedzą ciamkając) i parkiem deptać w kierunku mariny. Kiedy już tam byliśmy okazało się, że Freda otarł sandał, więc zostawiłam Kochanego na ławeczce i poszłam do najbliższej obczajonej apteki, która ... akurat wyjątkowo dzisiaj była zamknięta (przepraszali za niedogodność). Z Piłsudskiego skręciłam w Piaskową, zrobiłam zakupy, potem wracałam na marinę Pustą i 6 sierpnia. Czyli wróciłam po pół godzinie, podziwiając po drodze miejską architekturę (było bardzo ciepło, czerwony t-shirt z Siekierą przepociłam jak się należy). Kiedy już oboje z Kochanym się oplastrowaliśmy, poszliśmy zrobić kilka zdjęć Wisły i kaczek z wieży widokowej (znowu jedzą) i zaczęliśmy spacer powrotny: przez kościół "na górce", wschodnią część parku, aleję Królewską, Cichockiego, Zieloną, Fieldorfa, Grabskiego i prosto, bo wiadomo, tam gdzie lubię. W taki sposób między drugą a siódmą zrobiliśmy kilka km po mieście. Trochę zapomniałam o strupie na głowie (nie wiem, czy się wyrobię, czy się do następnego piątku nie rozsypię, intelektualnie i motywacyjnie). Dzień przynajmniej częściowo był piękny. A jutro, jak nic nie stanie na przeszkodzie, Frau Be!
___
edit 21:15 parę fotek w związku z tym:






wtorek, 5 września 2023

1359. Miejscowa.

Miecz Damoklesa buja się nade mną, ale dzisiaj jest dzisiaj, odrzucam niepokoje. Ponieważ znowu obudziłam się wcześnie, postanowiłam to wykorzystać w dobrym celu. Odziałam rybaczki, T-shirt w paski, przeczesałam siwy włos, pokryłam twarz sunblockerem i o pięknym a ciepłym świcie, bujając biustem uwolnionym ze stanika, poszłam do osiedlowego sklepu. Zakupy: 5 puławianek (przed siódmą, więc jeszcze były), 1 cebularz, 1 chleb kołodziej. Nikt się do mnie nie od-uśmiechnął, poza panią sprzedającą. Ale ta z kolei zaczęła sprzedawać następnej osobie zanim wzięłam swoje zakupy z lady.

Mieszkanie jest nawet dobrze wytłumione, mikrokuchnia zawalona przyprawami w których się nie orientuję, lodówka wypchana jedzeniem (przy porannej kawoherbacie zastanawiamy się z Fredem, po co ludzie to sobie robią). Kochany właśnie preparuje śniadanie (już pochłonęłam dwie puławianki z szynką i pomidorem). Mamy plany, ale zanim dojdzie do ich realizacji, będzie spacer w kierunku pałacu (jest 9:00 czasu lokalnego).
___
edit 19:25





Wtorek był zaiste mocno chodzony. Po domowym śniadaniu udaliśmy się w kierunku pałacu, oczywiście po drodze zatrzymując się w herbaciarni (stąd kawa i lody bakaliowe). Po kawie przez pałac i park Marynki doszliśmy aż do Włostowic, w słusznej sprawie, bo Fred chciał porozmawiać z kolegą Tomkiem (przy okazji poznaliśmy syna kolegi). O tej porze dzień już zapowiedział się na upalny i dotrzymał słowa. Tomek zawiózł nas autem pod zamek w Janowcu i oprowadził po obiekcie. Pobieżnie obejrzeliśmy też dwór z Moniak oraz sąsiadujący spichlerz, po czym poszliśmy gęsiego za przewodnikiem do przybytku o nazwie Manes. Zjedliśmy tam chłodnik i patrzyliśmy na dwie owce, które robiły co chciały. Do Kazimierza dostaliśmy się dzięki przeprawie promowej (błyskawicznej, nie czekaliśmy ani minuty) po drodze zwiedząjąc jeszcze chwilę wąwóz Ciasny i ruiny willi Stanisława Szukalskiego oraz obfocając panoramę Wisły z Albrechtówki (nasz przewodnik w tym czasie jednocześnie mówił i szukał w piaskowcu amonitów). Był przystanek w aptece (kontakt rodzinny), następnie klasztor OFM (jak na zakon żebrzący, pan, który łypał na nas, gdy wracaliśmy z zapuszczonego wirydarza, miał brzuch imponujący). Jeszcze chwila na rynku, omówienie kamienicy Przybyłów i powrót do miasta. Byliśmy już trochę głodni i wyszło tak, że wylądowaliśmy w Kameralnej (pod restauracją pożegnaliśmy się z naszym przewodnikiem). Traf chciał, że w ogródku siedział drugi kumpel Freda z czasów wczesnej a burzliwej młodości, więc mogłam go poznać. Obiadek i powrót z buta do mieszkania. Padam, nic się mi nie chce (w trakcie przerwy w łażeniu skontaktowałam się z Frau Be, więc na tę chwilę na czwartek też jest mały plan).

poniedziałek, 4 września 2023

1358. Chata wolna.

Znowu spałam raczej słabo, tym razem z napięcia, okno było uchylone i do środka wpadał przyjemny, nocny chłód. Wstałam o szóstej, więc mogłam pożegnać się z mamą, która wybywała do pracy, zjadłam pomidorówkę jeszcze zanim Kochany wygrzebał się z wyrka. Mycie włosów, jajecznica na śniadanie, picie kawy ze szklanki z różą (to babci Mani), pakowanie się pobieżne (w końcu nie wyjeżdżamy na księżyc, jakieś rzeczy do wzięcia na później zostają).

Wyjechaliśmy przed zaplanowanym czasem, ale dzień jakoś się rozlazł. Już o 10 śmigaliśmy S8, a przed dwunastą podjechaliśmy pod dom cioci Ce. Jak można było się spodziewać, ciocia przygotowała wszystko na tip top; ciasto najlepsze z możliwych, obiad dwudaniowy (mieliśmy wpaść tylko na herbatę). Zasiedzieliśmy się do po trzeciej, wujek zabawiał nas rozmową o Polsce suwerena (głośno się zastanawiał, czy nie warto byłoby zwiać do Czech i dziwił się swoim dzieciom, że same gdzieś nie zwiały), ciocia była mocno zniknięta w swojej skrytce kuchennej. Dopiero, gdy wychodziliśmy, pojawił się temat wiadomy. Trudno o tym rozmawiać, chyba jeszcze się nie da. Zapakowałam dwa kawałki jabłecznika, które zjedliśmy przy kawce na mopie w Wiśniowej Górze.

Do NA dojechaliśmy o zmierzchu. Gdy sapiąc wdrapaliśmy się po schodach, żeby odebrać klucz od sąsiadki z góry, słońce właśnie zaszło na dobre. Kochany wziął mnie jeszcze na spacer po nocnym mieście; zrobiliśmy trasę do Okrąglaka i z powrotem; gdy wracaliśmy nad blokiem świecił Wielki Wóz. Świekra przez telefon podała nam hasło do wifi. Nigdy wcześniej nie mieszkaliśmy tu razem zupełnie sami.

niedziela, 3 września 2023

Postscriptum #1355-1357.

Piątek



Sobota


Niedziela




1357. Urlopu ciąg dalszy.

Umówione spotkanie z dochtórką jak zwykle warzy dzień, może trochę mniej niż zwykle, bo urlop nieco mnie znieczula na wszelkie próby nacisku i stresy związane z walką o przyszłość. Siedzimy w domu, jemy śniadania, pijemy kawy w ogrodzie, siorbiemy rosołek, gadamy do kotów, dyskusje prowadzimy zbyt głośne na temat sensu seriali, Fred po obiedzie wyjada resztkę surówki łyżką prosto z michy (jak u nas w domu), oraz zajadamy podwieczorek złożony z kanapek z serem, aż nam się uszy trzęsą. Planujemy też jutrzejszą podróż mniej więcej na Wschód. Kochany w związku z tym zadzwonił rano do cioci Ce i nie od razu dostał wiadomość zwrotną, ale w końcu zdecydowaliśmy, że jedziemy przez stolicę, tylko wcześniej na dwie godziny zjeżdżamy z trasy do opolskiego. Spotkanie się odbyło. Napięcie nie za bardzo zeszło, na razie robię dobrą minę. I kanapeczki zjadłam (znowu). I słucham arii z Damy pikowej Czajkowskiego.

sobota, 2 września 2023

1356. Sennie.

Znowu źle spałam, Fred mówi, że to przez temperaturę (zauważył zamknięte okno dopiero nad ranem). Poza wspólnymi posiłkami ruchy wolne. Poszłyśmy z mamą na cmentarz usunąć chabazie porastające wąskie ścieżki pomiędzy grobami. Akurat zrobiło się ciepło i mama mnie wystraszyła, bo nagle zrobiło się jej trochę słabo (doszłyśmy powoli do domu). Po obiedzie odpłynęłam w sen. Tymczasem Fred umówił się we Wro z Perlistym. Kiedy się obudziłam, napiłam się kawy, zagryzłam to ciastkiem, trochę pisałam, poszłam z Maksiem i tatą na krótki spacer. Kochany wrócił z wyprawy do miasta w zupełnej ciemności (na talerzu została ostatnia kanapeczka). W telewizorni pierwszy Harry Potter (niektóre dzieci grają raczej sztucznie, Emma Watson np.). 

piątek, 1 września 2023

1355. Dobrze.

Kolejny jasny poranek na wsi.

Mieliśmy na przedpołudnie zarezerwowane wizyty u dentysty, był więc wyjazd do Wro. Przy tej okazji kupiliśmy irygator dentystyczny, i jeszcze mamy jedną wizytę zabukowaną w późniejszym czasie (piaskowanie). Po dentyście i wizycie w sklepie stomatologicznym (ładne osiedle na Bajana), wróciliśmy do miasteczka, poszliśmy na kawę do Kota, następnie był spacer po parku zdrojowym i chwila w lesie bukowym, czyli to, co zamierzaliśmy uskutecznić wczoraj.

Kiedy mama skończyła pracę, spotkaliśmy się w Lidlu z rodzicami, a po zakupach poszliśmy na obiad do chińczyka. Reszta czasu spędzona w domu. Miło tak. Tylko nie mogę wrócić do pisania i to nie jest dobrze.