Strony

sobota, 31 lipca 2021

592. Ostatni dzień lipca.

Po śniadaniu dokończyłam czytanie Teethmarks on My Tongue (Head of Zeus, 2018). Konie i pies mnie wzruszały, tylko dlatego podążałam śladami autystycznej głównej bohaterki. Zastanawiam się ile w tej książce doświadczeń samej autorki. Lekturze towarzyszyły Koncert Brandenburskie randomo kliknięte na youtubie. Porannego spaceru więc nie było, a potem nie czułam smaku na wędrówki. Wolałam lenić się przed komputerem i wziąć prysznic w środku dnia. Fred od wczesnego rana w Dublinie, odzywał się w swoich przerwach i wrócił do mnie pod wieczór.

Obejrzałam The Green Man (2003) z siódmego sezonu MM. W temacie czytników książek zgłębiam wybór pomiędzy Kindle/PocketBook/Onyx Boox. Jeśli jutro będzie nam się chciało wcześnie wstać, kto wie ... może Glendalough. 

piątek, 30 lipca 2021

591. Irlandzka pogoda.

Zdecydowanie Ryszard Pączek zmienia zwyczaje na jesienne. Z rana kot gmyrał się w łóżku i czekał, kiedy wstanę, dostał saszetkę, wylizał miskę do czysta, poprawił swoim ulubionym pasztecikiem Melting Hearts, i zaległ w wolnym łóżu na rozciągłość kota oraz całe przedpołudnie.

Dzięki przelotnym opadom nad morze powróciła normalność:

Migające światełka bojlera nie podobały mi się już wczoraj. Znowu coś. Nie ma ciepłej wody, co nie jest taką dramą jak brak wody w ogóle (temperatura w domu obleci i ogrzewanie nie jest konieczne, poza tym w prysznicu jest podgrzewacz), ale jednak trzeba to naprawić. Fred już nie mógł patrzeć na swoje cherubinowe loki, więc zrobiłam mu golono-strzyżono, i po prysznicu Kochany wcześniej wyjechał w kierunku pracy, żeby po drodze zaklepać naprawiacza. Chwilę po tym jak wyjechał, miałam krótki czat z dwiema paniami, które fotografowały ogrody na naszej ulicy (coroczny konkurs ogrodniczo-wizerunkowy). A jeśli chodzi o bojler, biuro i tak było zamknięte, więc sprawę musiałam zgłosić telefonicznie.

Wróciłam do książki Eileen, tam gdzie rozstałyśmy się kilka tygodni temu, na stronie dwusetnej. Jestem zdeterminowana, żeby zakończyć ją w lipcu. Wieczorem ostatni odcinek szóstego sezonu Midsomer Murders, i kolejne morderstwo w Midsomer Magna. 

Rozglądam się za czytnikiem książek.

czwartek, 29 lipca 2021

590. Oberek Wolanda.

Kolejną noc Ryszard Pączek przespał w naszym łóżku. Ojojoj, aura się zmienia.

Wolne miałam wcześniej niż sądziłam, a po mojej pracy pojechaliśmy z Fredem na zakupy. W TK Maxxie kupiłam dla siebie koszulę z błękitnej, prążkowanej bawełny (drawcord shirt, Lee) i koszulę dla Kochanego, z grubej, granatowej bawełny w białe wzorki (Ted Baker). Potem były zakupy spożywcze i powrót do domu, mąż zrobił dla nas obiad (klopsy w sosie pomidorowym), na deser po ciachu z polskiego sklepu, obejrzałam pierwszy odcinek Blackaddera III (1987) i... poszłam spać. Śniłam, że Fred śpiewa. Słusznie, jak sie okazało. Obudziłam się kilka minut temu (dziesiąta wieczorem!), jeszcze w śpiączce wzięłam prysznic, przyszłam do kuchni, a mąż zaintonował mi napisaną przez siebie przyśpiewkę:

Hej, a gdybym ja ci cnoty gruntowała,
hej to bym ci nigdy chłopa nie zaznała.
Hej, bo ten co go mnie matula wskazała,
kcioł, bym jego gacie śmierdzące wyprała.
Niech se som je pierze z proboszczem do spółki,
ja tam wolę chłopców z mej tanecznej szkółki.
A jak jemu proboszcz cnotę ugruntuje,
niech go Czarnek głaszcząc do snu przyszykuje.
A gdy mu się zrobi z tyłu niewygodnie,
niech wylezie z łóżka i założy spodnie,
Hej!

środa, 28 lipca 2021

589. Kolejny środek tygodnia.

Obudził mnie deszcz, gruby i głośny. Kot siedział na parapecie przy otwartym oknie, zniesmaczony tym mokrym spektaklem. 

Pracowałam krótko i nie musiałam się spieszyć, zaszłam nawet do księgarni Waterstones, jednak postanowiłam niczego nowego nie kupować, dopóki nie skończę rozgrzebanych książek. Saren podwiozła mnie z Centrum do pracy i z pracy do domu, to było bardzo miłe z jej strony, nawet biorąc pod uwagę fakt, że mieszka w Termon. Naokoło południa zaczęły mnie boleć zatoki, na szczęście sprawa tym razem nie ciągnęła się przez cały dzień.

Po powrocie weszłam do domu i zaraz wyszłam — z Kochanym pojechaliśmy do portu po rybkę na obiad. Obejrzałam Piwo i Łańcuchy, dwa ostatnie odcinki Czarnej Żmiii II, rozrywki bardziej intelektualne były raczej nie na to popołudnie. Zrobiłam sobie kawę (drugą dzisiaj, bo piłam flat white z Insomnii) i zatopiłam się we vlogi, które zwyczajowo oglądam. A w głowie piosenka taka (melodyjką zaraziłam Freda):

The sound of hoof beats 'cross the glade,
Good folk, lock up your son and daughter.
Beware the deadly flashing blade,
unless you want to end up shorter.
Black Adder, Black Adder!
He rides a pitch black steed.
Black Adder, Black Adder!
He's very bad indeed.
Black: his gloves of finest mole.
Black: his codpiece made of metal.
His horse is blacker than a vole;
his pot is blacker than his kettle.
Black Adder, Black Adder, with many an cunning plan.
Black Adder, Black Adder, you horrid little man.

wtorek, 27 lipca 2021

588. Koty za płoty.

Cały dzień szary i ciepły, od czasu do czasu ciapnie jakiś deszczyk. Drugą część pracy spędziłam na siłowni (bardzo jestem zadowolona), więc gdy skończyłam, miałam blisko do Costy. Posiedziałam chwilę na zewnątrz przy kawie i millionaire's shortbread (faktycznie od wczoraj, jeśli mamy ochotę na konsumpcję w środku, jest obowiązek posiadania dowodu szczepienia na covid-19). Po chwili, przy stoliku po drugiej stronie drzwi usiadł pan Large Americano i zapalił papieroska.

W czasie rozmowy z mamą pokazałam jej całą drogę z miasta do naszej wsi. W domu pustki, kot godzinami siedzi na zewnętrznym parapecie kuchennym, bo krzaczory na dole już za mokre, żeby się wylegiwać. Fred od popołudnia w Ballinie, pokazał mi w kamerze swoje diabelskie kudełki. 

Odpoczywam sobie psychicznie przy odmóżdżaczu MM, A Tale of Two Hamlets (2003), choć przecież nie tyle się denerwowałam, co od kilku dni miałam stale lekko podwyższone napięcie. Jak już wyraziłam, bardzo jestem zadowolona, tak zwyczajnie. Fajnie jest robić to, do czego się człowiek nadaje.

poniedziałek, 26 lipca 2021

587. Zmiana.

Poniedziałek zaczął się pechowo — po pół godzinie czekania stwierdziłam, że autobus nie przyjedzie, i mąż, zupełnie nieprzytomny po długiej nocce, odwiózł mnie do miasta. Potem było już gładko, poradziłam sobie z czym trzeba, na chwilę do Centrum zajrzała Saren, więc wyposażyła mnie w firmowy komputer, co bardzo ułatwi mi życie. 

Wracając przez miasto napotkałam (podobnie jak wczoraj) Erica, który sprzedał mi njusa, że już nie pracuje "pod Aurą". Rozwinął się chłopak, zrobił sobie trójkąta na siłowni oraz ... znalazł tam pracę. Gadu, gadu, akurat staliśmy pod Caffè Nero, skąd przyglądał się nam starszy pan, u którego, jakby co, miałabym kawę za darmo. Kawę już piłam (w przerwie byłam u Izoldy w B+B), więc odmówiłam najuprzejniej.  

Pogoda zostałaby w Polsce obwołana burzową. Jest chłodniej, wypasione trzmiele brzęczą w łączce nisko i nostalgicznie.

niedziela, 25 lipca 2021

586. Jutro przydałaby się jeszcze jedna niedziela.

Fred od rana chodził w samych gatkach, taki gorąc. Ręczniki schły w try miga. 

Dom był wypełniony muzyką Sex Pistols i Zespołu Reprezentacyjnego z albumu Pornograf (1993).

Po południu Kochany musiał się zebrać do pracy. Godzinę później zapowiedzianie wpadła Aś. Herbata na zewnątrz, potem podróż do Il Forno na obiad, zręczny pomysł, miasto jest o tej porze ciche, potok ludzki popłynął w kierunku plaż, zostawiając dla nas wolne stoliki tuż przy wejściu. Po obiedzie ciastko karmelowe na wynos, pogadanka w domu, przy herbatce i podziwianie kota, który tuptał za nową ciocią krok w krok. 

Jestem znużona myślą o tym, że trzeba zacząć tydzień wcześnie i kolejnych ruchów nie da się przewidzieć. Chcę się relaksować, a już łypię okiem na plan pracy.

sobota, 24 lipca 2021

585. Kręcę.

Się. To właśnie robię przez cały dzień. Poza projektem "pierwsze pranie" (ostrożnie uprałam wszystkie letnie bluzki, które nosiłam po raz pierwszy i których twórcy nalegają na pralnię chemiczną), nie działo się nic ciekawego. Fred pojechał do pracy wcześnie rano i wrócił pod wieczór z zakupami. Obejrzałam Painted in Blood (2003), czy to tylko moje subiektywne wrażenie, czy szósty sezon MM nie był najlepszy? Może wrażenie. Snuję się; w środku, bo poza spacerem do ogródka praktycznie nie wychodzę z domu. Kasuję wiadomość tekstową z nieznanego numeru (ciągle tu ostrzegają przed nowymi przekrętami na rzekomy telefon z departamentu opieki społecznej), a potem się okazuje, że to Luiza. Kostka, która dokuczała jej od ponad tygodnia, na rentgenie wyszła jako złamana. To komplikuje kwestie pracownicze, trochę, ale nie chce mi się o tym dzisiaj myśleć. Przekładam wszystko na ávrio, kiedy hormony, które spadły mi na pysk, podskoczą w górę. A męża to mam jak złoto, kupił mi podpaski, moje ulubione czipsy kukurydziane i pepsi do obiadu, wszystko czego trzeba kobiecie w kryzysie. Nadludzkim wysiłkiem muszę zwlec się z krzesła, i albo zrobić następną herbatę, albo umyć zęby. Jeśli teraz zrobię herbatę, to i tak trzeba będzie umyć zęby, więc ... dam spokój herbacie i umyję zęby. Reszta ávrio.

piątek, 23 lipca 2021

584. Rolety, cz. 1.

Z rana inaczej, nieco zachmurzenia i wilgoci. Potem to samo, co ostatnio, żar z nieba, T-shirt w szkielety klei się do pleców.

Po śniadaniu pojechaliśmy do Newry, żeby w ich B&Q kupić dwie rolety. Najpierw była Costa i pierwszy raz od dawna kawa wypita W ŚRODKU kawiarni (zaledwie kilka km od granicy zmieniają się covidowe zasady gry). Z roletami zajechaliśmy do Aś, która akurat była w pracy (pokazała Fredowi, jak je podciąć, gdyby rozmiar nie pasował), potem do rzeźnika rodzinnego w Carlingford, po soczyste steki na obiad. Jeszcze tylko piłka do metalu w Dundalk, i w domu byliśmy po piątej, ale po obiedzie nie mieliśmy siły i ochoty na montaż (mnie coś strzeliło i z wyczerpania musiałam pójść na drzemkę regeneracyjną). 

Przed domem zbiera się koci gang, do Ryszarda dołączył Bán i Amber, z dala przygląda się im któryś z kotów Anne i jeszcze jeden kot z Kirka. Kocie bingo? Nawet zagadnęliśmy na ten temat z Anną, która wróciła po zmierzchu z takiej imprezki. Dzisiaj nic, ale w zeszłym miesiącu wygrała na bingo tysiąc ewrów! Ile to by było myszy w kociej walucie?

czwartek, 22 lipca 2021

583. Nadal gorąco.

Coś niby 28°C. Źle mi się spało, duchota i słabość. Odzwyczaiłam się od natrętnie gorącej pogody. Za to jest woda w kranie, być może nawet na stałe ;)

Kochany zrobił dla nas na śniadanie kalafiora w beszamelu i odwiózł mnie do pracy. Zadzwonił też w kociej sprawie do Marksistki. Gdy wróciłam z pracy, mieliśmy potwierdzenie: Marksistka i jej chomik przyjadą do nas w sierpniu w charakterze Rysiowych opiekunów. Jesteśmy oczywiście bardzo zadowoleni. Rezerwacji hoteliku jeszcze nie zwalniam, poza tym cieszę się rozsądnie, nauczona kilkoma lockdownami (w marcu zeszłego rok Ma&De były już zaklepane na opiekunki, i jak wiadomo, było z tego jajco).

W pracy krótko, jeszcze krócej. Wróciłam autobusem, zjadłam obiad i poszliśmy z Fredem na spacer z lodami. Po piątej słońce nadal opalało parząc ramiona. Potem Kochany zaczął się przygotowywać do wyjazdu na Dublin.

Jestem zafascynowana kwiatami łąkowymi w naszym ogródku przed domem. Choć nie są od kilku dni podlewane, nad ranem skrapla się na nich rosa. Skład kwitnącego towarzystwa jest na bogato: ciemnoróżowe malwy, nagietki, chabry, kosmaty ogórecznik, kąkol i kilka innych maleństw, których nie potrafię nazwać.

Fred wyjechał do pracy, gdy drzemałam po spacerze. Tak pięknie jest wieczorem na zewnątrz, wiatr ucichł prawie zupełnie, lato dojrzało. Przy kolacji Death and Dreams (2003), kolejny odcinek z panem Pokrzywą (soł, soł, za dużo zaburzeń). A u męża zmiana też raczej krótka, jedzie już do domu.

środa, 21 lipca 2021

582. Lepko.

Ostrzeżenia przed pogodą zawrotnie tropikalną (czyli z 25°C) są do piątku, podobnie jak ogłoszenie dotyczące niskiego ciśnienia wody w naszej wsi. Przez kilka dni mydlono nam oczy uszkodzeniem rurociągu w mieście, ale wymówka się skończyła, więc teraz przyjęto optykę "nie ma wody, gdyż ze względu na sytuację ogólną". Z rana ciśnienie wody się podnosiło, ruszyło podgrzewanie i byłam w stanie zredukować stos brudnych naczyń do znośnej ilości. Dobrze, że przyszło mi to do głowy (nie żebym tak nogami przebierała do mycia naczyń, po prostu chaos w zlewie psuł mi apetyt).

W pracy trzy przyjemne godziny. Przedtem zaszłam do Stockwell Artisan Foods po sałatkę z falafelem i do Caffè Nero po kawę. Zjadłam drugie śniadanie siedząc na kamiennej ławce na rogu West i Peter St (tam, gdzie z rana zbierają się żuliki) jakbym robiła to od zawsze. Ledwie doczołgałam się do siłowni w tym irlandzkim skwarze.

Kochany pojechał przed południem na dzienną zmianę (po nocnej!), na szczęście krótką, więc czekał na mnie pod budynkiem, gdy kończyłam pracę. Po drodze chciał mi coś pokazać w TK Maxxie i ... kupiłam sobie wełnianą sukienkę w czerwono-czarną kratę (Hobbs) oraz dostałam prezent od męża, czarną ramoneskę (Diesel). Gdy wróciliśmy do domu, na zewnątrz, wśród pustych butelek po wodzie leżał pakunek podrzucony przez kuriera, inny prezent, martensy w białe kwiatki. Fred wyczerpał tym pakiet prezentowy do grudnia (tak uważam ja). I cóż, w kranie niskie ciśnienie, w związku z czym plan: 1) zjeść na mieście, żeby kto inny umył naczynia, 2) wziąć prysznic u Ka. Tak się też potoczyły wypadki popołudniowe. Po makaronach w Il Forno śmignęliśmy autostradą do Ka&Jot, wypiliśmy kawę/herbatę, wzięliśmy prysznic i czyściutcy oraz wyposażeni w całkiem spory zapas butelek z wodą wybyliśmy do domu (Ka też był padnięty, cały dzień z chłopakami). Fred już zanurkował w łóżku, ja jeszcze myrdam spuchniętymi stopami. Jest dobrze, świat się tak nie lepi.

wtorek, 20 lipca 2021

581. Uisce.

W pracy rozpoczęto nowy program, byłam trochę w Centrum, trochę na siłowni. Poznałam Dżona, Kejti i Alexa, a z prowadzących Wydziaranego Pola. Grupa rokuje, szczególnie Dżon. To jest o tyle ważne, że zaskoczono mnie propozycją tutoringu od następnego tygodnia. I się cieszę, i stresuję, choć to drugie skutecznie wypiera wkurw związany z kolejnym dniem bez bieżącej wody. Z Kochanym rozminęliśmy się, bo on nocą wrócił z Letterkenny, żeby po krótkim śnie i zniechęceniu garami kisnącymi w zlewie polecieć na Limerick, a ja przed ósmą autobusem do wspomnianej wcześniej nowej roboty (to ta sama praca, tylko robota inna), przedtem zagadałam do pochrapującego Freda, że mu z portfela wyjmuję 20 jurków (na co przez sen się zgodził).

W mieście na trawnikach biały korzuszek z (chyba) topolowych nasion. Dzień był na tyle gorący (25°C z odczuciem powyżej), że dzisiaj wydarzyła się inauguracja moich spodni w Boską Komedię. Wróciłam do domu, poplotkowałam z sąsiadkami (o wodzie), nakarmiłam kota, zrobiłam obiad. Nic innego nie idzie, nie mogę pracować, oglądać, czytać, nie myślę, czekam na wodę. Muszę się umyć.

poniedziałek, 19 lipca 2021

580. Bez wody.

Od rana kłopot: brak wody. Fred pojechał do Drołdy, ale okazało się że kupienie paru zgrzewek nie jest takie proste. W mieście wybiła rura, znalezienie i przywiezienie kilku sześciopaków zabrało małżonkowi trochę czasu. Ciekawe, że zaczęła mnie w tym czasie jak na zawołanie boleć głowa. Z braku porannej herbaty? Może.

Po późnym śniadaniu Kochany pojechał w kierunku Letterkenny ze sporym zapasem czasu, a ja zagłębiłam się w rozmowie z tatą i babcią. W międzyczasie pojawił się listonosz z paszportem covidowym męża, więc sprawdziłam moją pocztę elektroniczną i voilà — e-dokument do wydruku przysłano mi jeszcze w piątek wieczorem.

Poniedziałek prawie w całości spędziłam w domu. Dzwonek do drzwi przerwał mi popołudniowy sen, niewidzialna ręka przyniosła nam na próg 5l wody. Potem okazało się że ręka należy do Anny, a woda jest ze studni jej brata.

Dzięki facebookowi wiem na bieżąco, co tam mama je po pracy. Börek i sucuk, tureckie specjały. Spędzam czas, od czasu do czasu sprawdzając stan wody w kranie. Zaczęłam oglądać szósty sezon Midsomer Murders, ale nie za bardzo mogłam się skupić na A Talent For Life (2003). Wody nadal brak.

niedziela, 18 lipca 2021

579. Leniwe ruchy.

Może jest kocia wielkanoc i trzeba więcej zjeść?, przeciągając się w łóżku mąż racjonalizował informację, że kot zjadł właśnie deserek, który stanowił drugie tyle, co główne śniadanie.

Po bardzo dobrym śniadaniu własnym, kawie w domu i telefonie do mamy, spacerowaliśmy na bosaka brzegiem morza. Fred wrzucił do wody parę żywych ziemniaków morskich, potem siedzieliśmy jeszcze chwilę susząc stopy, patrząc na tłumy jak w Mielnie, które zawitały do naszej wioski.

Po powrocie leniwe ruchy. Fred zadzwonił do swojej mamy z życzeniami urodzinowymi (co ciekawe, temat covida był poruszony bardzo spokojnie). W głośnikach płyta Demonologic Homo Twist (2005), ścieram ogórki do tzatziki, Fred rozłożony w kuchni z deską do prasowania konsekwentnie rozpracowuje stos wypranych ubrań. Po obiedzie, około piątej po południu, poszliśmy do sklepu za rogiem po włoskie lody w wafelku. I tak na jedzeniu lodów, pogadance z Anną i siedzeniu na krzesełkach rozstawionych w ogródku zeszła nam kolejna godzina (gdy wracaliśmy z lodami wlokący się za nami Ryszard po raz kolejny został zaczepiony przez pana, który mieszkał od jakiegoś czasu w domu obok naszej działki. Myślałam, że jest on właścicielem tego miejsca, ale okazuje się, że pan był bezdomny i dostał lokum za pośrednictwem Father McVerry Trust).

Pod wieczór morzy mnie sen z którym wcale nie walczę (więc drzemka obok Freda rozmawiającego przez telefon ze Stu). Gdy zmierzcha oglądamy Życie wewnętrzne (1986) Koterskiego i myślę sobie, że jaki kraj taki profil intelektualisty. 

Kilka razy w ciągu dnia czytałam na stronie społecznościowej, że różne części wsi nie miały wody. Woda postanowiła nie być obecna u nas po 23-ej, akurat, gdy stałam pod prysznicem.

578. Pierwsza kwadra.



Sobota. Przed południem brodzimy gołymi stopami w wodzie. 
Na obiad stek. 
Gorąco. 
Fred rozmawiał w czasie naszego porannego spaceru z Usz, więc przez jakiś czas liczyłam na to, że może szwagry będą opiekunami Rysiowymi pod koniec sierpnia 
(z przyczyn obiektywych nie będą). 
Wieczór filmowy z Ka&Jot. 
Oglądamy dokument American Murder: The Family Next Door (2020). 
Niezły film, jest jakaś tam próba zabiegu technicznego w celu budowania napięcia, pewnie jeszcze poczytam o sprawie.
Wracamy po północy, 
tuż nad horyzontem księżyc-gigant 🌓, dla wielu myszy.
01:30 AM, 18°C. Niedziela.