Lotnisko we Wrocławiu przywitało mnie śniegowymi chmurami, dom przywitał się wodą ze śledzia. I właśnie, gdy weszłam do środka, uświadomiłam sobie, że zostawiłam nasz domek w Irl w stanie kompletnego bajzlu. Przepraszam, Kochany.
Prezenty pootwierane (wzór na szalu taty faktycznie jest identyczny z tym na zimowym kubraczku Maksia), kolacja zjedzona, sprawy obgadane. Mama zafascynowała się drzewami na MyHeritage i stworzyła własne, zaś mój Tweedowy Fred połączył się ze mną przed ucztą wieczorną u Ka&Jot. Miałam ambitne plany słuchania dalej Fausta (w samolocie przeniosłam się do trzeciego akapitu), jeszcze nie tracę nadziei, ale na teraz wylądowałam w moim starym szlafroku przed telewizorem nadającym Siostry wielkiej wagi (to polski tytuł 1000-lb Sisters). Za oknem pada śnieg.
Tak jak podejrzewałem też dostałem szalik :)
OdpowiedzUsuńUrocze zwierzątka. Ja święta w tym roku spędziłam w domu.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i zapraszam na nowy post :) jusinx.blogspot.com.