Śniłam, że ... przywróciłam życie jeleniowi.
Fred zadzwonił rano z Północnej, żeby pokazać padający śnieg. Godzinę później i u nas zaczęło trochę ciapkać, niewiele, za to lodowata temperatura utrzymywała się przez cały słoneczny dzień.
Teoretycznie załapuję się na piątkową zmianę, ale w praktyce już siedziałam nad papierami. Tyle dobrego, że jutro nie muszę jechać do miasta na spotkanie, bo zarząd przeniósł je z powodu pandemii na nieokreślone "później". Papiery to insza inszość, i tak są potrzebne, kursy ruszają w czwartek i Katie zawsze może się pojawić. Czyli od południa siedzę przed pracowniczym laptopem, żeby ogarnąć to, co jutro wysyłam. Kochany wrócił całkiem wcześnie, zjadł chowder i poszedł spać obok kota, obudził się dopiero na obiad (kaczka, kartofle, pomidory w śmietanie). Grał nam Rory, ech, jak grał!
Jest jeszcze egzamin sapiący mi za plecami, więc chcąc nie chcąc wstępnie przeglądam kilka slajdów z rozwojówki (miałam je ze sobą w Polsce, nie tknęłam ani na moment). Buuuu. Od rozmowy o disco polo słucha nam się Traperów Znad Wisły, Beastie Boys (oczywiście Fight for your Right) i Green Jelly (oczywiście Three Little Pigs). Ale dość tego dobrego, Kochany zmyka spać, ja wyprodukuję jeszcze jeden papier.
U mnie dzisiaj w wieczornym słuchaniu "Don Giovanni" Mozarta. Już Komandor przyszedł na kolację i zaraz zawlecze uwodziciela-łajdak do piekła!
OdpowiedzUsuńHa, nawet nie znam dobrze libretta, niestety.
UsuńWystarczy raz obejrzeć w dobrej, klasycznej inscenizacji i człowiek pamięta, bo jak na operę z XVIII wieku to wyjątkowo prosta historia :)
Usuń