Pełnia dzisiaj, księżyc nie pozostawił wątpliwości, gigantyczny łysy łeb przywitał nas o poranku oraz prowadził do domu po południu. W robocie robota, klikałam, poszłam na pocztę, dzieciaków brak, w przerwie przysiadłam z kawą na zewnątrz Caffè Nero (jasno i bardzo chłodno). Z nudów sprawdziłam, czy wyniki egzaminu przypadkowo nie zamajaczyły na horyzoncie. No i proszę, 21 na 25 punktów, z łatwością zgubiłam cztery punkty, a to jeszcze nie koniec, zbiorcza ocena za moduł przede mną.
Skończyłam pracę wcześniej i z przyjemnością udałam się do Bootsa, żeby kupić jakiś łagodny szampon, potem Kochany zwinął mnie sprzed centrum handlowego, pojechaliśmy do TK Maxxa, kupiłam kolejny duży szal Fraas (fason identyczny jak ten od Freda, tylko kolor bardziej codzienny, jasnoszary) i kamizelkę Polo Lauren w romby. Wróciliśmy do domu pilotowani przez Łysego, mąż zrobił obiad, wieczorem z kotem na kolanach obejrzeliśmy Cud purymowy (2000) i Fredowi oko płakało od tego.
Szczęściara ze mnie, wiem.
"Cud purymowy" nawet przy drugim oglądaniu mnie bawił.
OdpowiedzUsuńJa pewnie oglądam to czwarty raz. Taki mały, fajny filmik.
UsuńCzasem mamy poczucie szczęścia, o którym chcemy innym powiedzieć, napisać...I wypada to blado i nie przekonuje nikogo...też tak przeżywam...
OdpowiedzUsuńDopóki nie było zamysłem kogokolwiek przekonać, wszystko jest w porządku :)
Usuń