Strony

wtorek, 31 grudnia 2024

1841. Zadzieram kiecę i lecę.

Ach, czwarta trzydzieści po południu. Siedzę we własnym domku, po prysznicu, z turbanem na głowie i zapijam się herbatą owocową. A było to tak:

Dwanaście godzin temu miałam nastawiony budzik, ale okazał się niepotrzebny, bo tatko wstał godzinę wcześniej i tak się tłukł po mieszkaniu, że chcąc nie chcąc oko me otwarte. Dość żwawo się pozbierałam, a nawet zjadłam jeszcze jajecznicę z trzech jaj i ruszyliśmy. Na Dolnym Śląsku budził się piękny, mroźny poranek, port lotniczy skrzył się światełkami (małe, ale bardzo ładne lotnisko, i tyle w nim wspomnień!). Duży bagaż zmieścił się w wytycznych, szybko się go pozbyłam i zasiadłam z rodzicami do napojów (tradycja). 

Wylot odbył się z półgodzinnym poślizgiem (na do widzenia spryskano samolotowi skrzydła). Lot był zrazu przyjemny, przez mgiełkę podziwiałam szczyty Sudetów przykryte śniegiem i zaczytywałam się w dalszych częściach biografii Herberta (jestem zaledwie ok. trzechsetnej strony, miłe odkrycie mnie spotkało: poeta był konfabulantem). Im dalej na zachód, tym gęstszy kożuch chmur, a ostatnia część podróży odbyła się z turbulencjami — gdy byliśmy już dość nisko, boczny wiatr mocno spychał nas z toru lotu i na końcu było trochę napięcia. Obok mnie siedziała para jadąca do córki mieszkającej w Lisburn, rozmową skutecznie rozproszyliśmy sobie niepokój przyziemienia. Siedziałam na ogonie, tymczasem okazało się, że wychodzimy z samolotu tylko przodem ze względu na porywisty wiatr. Mimo wszystko, nareszcie! Witaj, Irlandio! :D

Połączyłam się z mamą, żeby pokazać jej, że mnie nie zwiało, odebrałam bagaż i wpadłam w ramiona Freda, który czekał na mnie od dłuższego czasu. Pojechaliśmy przez pawilony Swords, żeby zjeść pizzę w Milano. Jeszcze tylko przejazd przez wieś, bo Kochany musiał zajrzeć do apteki, i włala.
___
edit 17:50 A to Ka zadzwonił, że też już z dzieckami wylądował, był na zakupach, a teraz jest w domu i czy mamy ochotę jutro na kiszkę. Mamy.
___
edit 19:00 oczywiście spędzamy tę noc w domu. Nawet za bardzo nie chce mi się niczego oglądać, choć RTE obiecuje o ósmej The ABC Murders. Na razie zajadam winogrona. I comiesięczny kolażyk zrobiłam, taki o:

___
20:20 jednak nie, film Poirotowy to wersja z Malkovichem, trzeci odcinek, nie ma sensu wpadać do środka znienacka :). W głośnikach Kryśka Prońko, w ustach smak piernika z nadzieniem morelowym (przywiozłam z Polski). Zaczęłam czytać Masłowskiej Magiczną ranę. Czyli to będzie pierwsza książka w nowym roku.
___
edit 22:45 kiełbie we łbie. Dawno już poszłabym spać.
___
edit 23:20 zadzwoniłam do rodziców. Mama śpi, tatko akurat wychodził, fajerwerki tak napierdalały, że ledwo się słyszeliśmy (pauperzy znowu wyciągnęli swoje zabawki). Dopiero kwadrans później tatko oddzwonił z życzeniami. Happy New Year, Polsko!
___
edit 00:15 przywitaliśmy nowy rok wspólnie, herbatami, jogurtem z granolą (po drzemce przed jedenastą łeb mi się nagle obudził razem  z żołądkiem, dlatego zajadam) i z Cianem Ducrotem śpiewającym w Dublin Castle. Zdrowia i przygód.

2 komentarze:

  1. Moją nową lekturą będzie chyba poprzedni Wiedźmin, który czekał od 2013 aż się do niego zabiorę :)

    Szczęśliwego Nowego Roku!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Dariuszu, planuję kupić Wiedźmina na czytnik (wszystkie części), ale jeszcze nie wiem, czy to się wydarzy w tym roku. Bardzo dużo mam do przeczytania ;)

      Szczęśliwego i zdrowego :)

      Usuń

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.