Wstałam wcześniej, żeby przygotować się do zajęć z irlandzkiego (było trochę nieprzewidzianej ekscytacji, bo rano na jakiś czas wyłączono nam prąd i tata na próbę uruchomił nowy agregator; brak prądu był jednak chwilowy, gut). Po lekcjach fryzjer, więc od razu wskoczyliśmy z Kochanym do samochodu (szybko poszło). Potem obiad z rodzicami na mieście (u Chińczyka). Tatko chętnie napiłby się z nami kawy, ale mama znowu była hamulcowym, więc do Kota wybraliśmy się sami. Bardzo przyjemna niespodzianka mnie tam spotkała. Początkowo nie rozpoznałam ładnej dziewuszki z diastemą, bo zmienił się jej głos, ale faktycznie w poprzednim życiu była to moja uczennica, Śliczna Dziewczyna, obecnie lat 22. Nie dość, że śliczna, to jeszcze mądra i zdolna do artykułowania opinii (nie jest tak źle z tym krajem). Wieczorem Poiroty oglądane nieuważnie, trochę Sztosu (chociaż Nowickiego nie lubię, a śmierć mu nie pomaga), za oknem pogoda zmieniająca się w wietrzną pluchę.
wtorek, 14 marca 2023
poniedziałek, 13 marca 2023
1183. Bez wydarzeń.
Ta Rózia to widać nabrała kota, taka się z niej trochę Grycanka zrobiła, orzekł Fred przy śniadaniu. Dużo było rozmów o zwierzętach w układach różnych (ja z Fredem, my z tatką, mama na dokładkę, gdy już wróciła z pracy). Po południu miałam spotkanie z Gronją, zobaczyłam sławetnego Majkela Ka i podciągnęłam się ze spotkań na teamsie. Poza tym kontynuacja sielanki domowej. Klikamy, gadamy, jemy, siedzimy między zwierzakami, wieczorem oglądamy kryminały na TVS. Wyszłam na dwór tylko dwa razy, za pierwszym umyślnie dla sąsiadki, pani eN, największej pierdoluśnicy w tej części wsi, żeby miała o czy gadać, za drugim razem do apteki. Trochę wróciłam myślami do magisterki, ale na spokojnie, żeby sobie ciśnienia nie podnosić bez sensu. Mamy już plan na jutro i tego się trzymam. Czasami myślimy jak tam Ryszard i za nim tęsknimy. Rekonwalescencja Fredowej stopy zmierza we właściwym kierunku.
niedziela, 12 marca 2023
1182. Stacjonarnie.
Zaczęliśmy niedzielę pyszną zupą zjedzoną przed drugą po północy. Fred nadal kuleje po tym jak kilka dni temu natarł sobie pęcherz na stopie, więc nie za bardzo mogliśmy się dzisiaj lansować na wsi i siedzieliśmy w domu, jedząc, oglądając tv i głaszcząc zwierzaki (Kochany potraktował stopę maścią, która wcześniej pomogła jednemu z dochodzących kotów; Rozalka jest naprawdę mała i bardzo śmieszna). Po śniadaniu rodzinnie Kawa na ławę i Loża prasowa (żeby nadrobić njusy z polskiego piekiełka; tylko tatko jak zwykle z doskoku, kuśtykający pomiędzy zwierzętami i domowymi obowiązkami). Obiad, jakiś Leslie Nielsen w odbiorniku, drzemka, skoki na Holmenkollbakken, kolacja kanapkowa, Forest Gump. Pomiędzy złożyłam cv w jednym miejscu absolutnie bez nadziei, że dostanę feedback, po prostu, żeby było. Staram się nie myśleć o rzeczach niemiłych.
sobota, 11 marca 2023
Postscriptum #1181.
Bardzo nam ta przysługa Anne pomogła, nie musieliśmy stać na przystanku ociekając deszczem. Na lotnisku jak zwykle naćpaliśmy się perfumami (odkryłam fajny zapach Toma Forda o nazwie lost cherry). Po kawie/herbacie niespodziewanie wpadliśmy na Elizabetę, która nas wyściskała i uaktualniła wiadomości. Chwilę rozmawialiśmy o swoich kierunkach (ona akurat do Hiszpanii, z panem nam nieznanym, który drzemał w dworcowym fotelu). A samolot spóźniony, mieliśmy lecieć przed szóstą, wystartowaliśmy po siódmej (czekając na lotnisku uwolniłam stopy i machałam kolorowymi smyrami, jedliśmy czipsy, skrolowaliśmy telefony). Lot był spokojny, świat, że oko wykol, nie dość, że nad Wyspami chmury, to jeszcze w Europie widoczne oszczędzanie energii (może to i lepiej). Po wylądowaniu kolejna niespodzianka: rodzice wrócili z połowy drogi, żeby wymienić auto na inne (podobno coś z hamulcami) i jadą do nas naszym oplem. Cóż, czekamy. Witaj, kraju :)
1181. Pora.
Fred od rana ma weltschmerz, za siebie i za kota. Małżonek cudze emocje odczuwa w dwójnasób, więc już cierpi z tego powodu, że Ryśka zostawiamy zamkniętego w domu i nikogo tu nie będzie, żeby mu wytłumaczyć dlaczego. Oczywiście, pakowanie do końca odsuwam. Wpadło nam szczęśliwie do głowy, żeby zapytać Anne, czy nie jedzie w kierunku miasta. Okazało sie, że sąsiadka nie tylko jedzie do Pcimia, ale nawet do stolicy, więc stres związany z wyobrażonym spóźnieniem się wszystkich autobusów mamy załatwiony pozytywnie. Pogoda u nas ujowa, im dalej w dzień, tym bardziej leje; nie trzeba Ryszarda namawiać na pozostanie w chacie (kot śpi w sypialni). To co, see you later alligator, right?
piątek, 10 marca 2023
1180. Wolne tempo.
Śnieg w mieście na centymetr, po południu jeszcze lepsze widowisko: panorama górska cała w bieli. Tymczasem nasza wieś jest zaczarowana, rano zimno bardzo, za to popołudniem Ryszard wygrzewał się na śmietniku reprezentacyjnym, dopóki zachód słońca nie przysłonił mu sceny.
Z okazji wyjazdu do Polski, po pracy kupiłam pomadkę L'Oreala kolor 110 (Made in Paris) i ichnią mascarę (zobaczymy jak się będzie sprawowała - za radą Brooke Shields przestaję sobie wmawiać, że muszę mieć wodoodporny tusz do rzęs). Kochany przyjechał po mnie do miasta, po zakupach obiadowych od razu pognaliśmy nach Hause.
Wiemy, kiedy jutro musimy wyjść na autobus. Fryzjerka w Polsce umówiona. Wysadziłam do maluchnej doniczki pestkę mango, która do tej pory wygrzewała się na parapecie (kiełkuje, ale boję się, że w kuchni spleśniałaby do mojego powrotu). Gra Voo Voo, Płyta z muzyką (2001). Odprawiona jestem i ... stupor. Pakuję się wolno jak żółwica. Podczas przeglądy zwyczajowego zestawu podróżniczego, w starym portfelu znajduję prawie zupełnie wyblakły paragon za przejazd autostradą małopolską w podróży poślubnej (10 zł, 9/9/2019). Tamtego dnia był poniedziałek, śmigaliśmy do Guciowa, cały wpis na starym blogu brzmiał następująco
urokliwe śniadanie, rozmowy o ateizmie, dziadku francuskim komuniście, po czym pora jechać po 10-tej. za oknem deszcz, tak pada z przerwami aż do Krakowa. przejechaliśmy przez Konopiska (miejscowość w której mieszka Kamila), S1 na Myslovitz, potem A4 aż do Jarosławia. tam się zatrzymaliśmy, żeby zregenerować siły i obejść Rynek (wcześniej był postój przy barze tauron - Kraciasty jadł golonkę, ja żur z jajkiem). w Jarosławiu znaleźliśmy synagogę. potem Wiązownica, przystanek. pan o mokrych oczach usiłował nam pomóc, Majdan Sieniawski - niemiła pani pilnowała drewnianego domku. szybko zapada zmrok. w kierunku Guciowa ostatnie km pokonujemy w zupełnej ciemności ... gdy dojeżdżamy dezorientacja. są jakieś domy, jest pies, jest latarka taty, więc Kraciasty znajduje po 15 minutach pana, który to ogarnia. mamy pokój na poddaszu, z prysznicem, ręcznikami, czajnikiem ... jest dobrze. na dobranoc kochany opowiada mi o liczbach zespolonych i osi liczb urojonych.
True story once again.
czwartek, 9 marca 2023
1179. O wciórności.
Fred wrócił dopiero o piątej nad ranem. Deszcz, wiatr sztormowy, real feel -9℃, aż nie chce się wychodzić. Ale w końcu trzeba. Na kurtkę założyłam goretex i tak wytoczyłam się z domu. Za oknami autobusu białe grzywy fal na morzu.
W pracy Luiza źle się czuła i zostawiła mnie samą na gospodarce jeszcze przed południem. W kąciku ust wyszło mi zimno nie wiadomo skąd. Faktycznie, coś jestem ostatnio osłabiona, mam drobne krwotoki z nosa, iwogle. No cóż, Sandra dogadana w temacie opieki, ma już klucz, cena przyklepana. Ach, i miseczka się mi pojawiła w pracy, własna, moimi ręcami uczyniona i przywieziona do domu w opakowaniu ze starych gazet (glazura jest w trzech niepasujących do siebie kolorach):
Skończyłam wpół do czwartej i z Kochanym poszliśmy na obiad do Cedar Gate*, potem jeszcze walczyliśmy z pogodą zaglądając do pet shopu i spożywczaka. W domu kot nadąsany, bo spacery niemożliwe, a my oboje wypompowani z energii. Ledwo się dowlokłam pod prysznic, żeby przetestować nowy balsam do włosów. Dopiero potem herbata z cytryną i mozolne łączenie kropek sieci neuronalnej, żeby jeszcze coś intelektualnego z siebie wykrzesać na koniec dnia. Wielkich nadziei nie mam. 57 km/h, ale rano będzie po wszystkim.
___
edit 21:43 * i tam sobie przypomnieliśmy, że dzisiaj jest czwarta rocznica Fredowych oświadczyn. No, i to był bardzo dobry pomysł, właśnie dodał mąż.
środa, 8 marca 2023
1178. Wszystko jest proste.
A jednak kaszkiet był tam, gdzie myślalam, że był, a nie tam, gdzie wyobrażałam go sobie katastroficznie :) Pięć godzin u Gronji minęło na spokojnym pisaniu paru maili i przeglądaniu paru arkuszy w excelu, chwila przerwy na kawę z Czarnej, po pracy wizyta w sklepie po wegeleczo i do domu (w międzyczasie tatko zadzwonił z życzeniami z okazji Dnia Kobiet, jak zwykle). W autobusie dosiadł się do mnie Majkel. Ach, źle wygląda, źle. Znowu zrobiło się chłodniej, już z rana zauważyłam, że pada na nas kaszka manna śniegu, po południu to samo. Śnieg w Irlandii, łuhu, oczywiście nie mam po nim śladu na ziemi, ale termometr nie kłamie. Zimno. Kochany w pracy, zapewne do późna (to jego ostatnia robota przed wspólnym wylotem). A mi z uszu dymi, kombinuję, który deadline odłożyć się da na później.
— Haigh, cén chaoi a bhfuil tú?— Haigh, tá mé go breá, go raibh maith agat. Agus tú féin?
— Tá mé go maith. Cén t'áinm atá ort?
— Is mise Monica. Cad is ainm duitse?
— Peadar is ainm domsa. Tá sé go deas bualadh leat, a Mhonica.
— Tá sé go deas bualadh leatsa freisin.
— Haj, tamegobra, go ro mahagat. Agys tu fejn?
— Ta me goma. Kien tanim átart?
— Ismisze monika. Kadys anim ditsze?
— Peder isanim domsza. Ta sze go das błualat, amonika.
— Ta sze go das błualalatsa freszin.
wtorek, 7 marca 2023
1177. Dom odzyskany.
Szron lśnił na śmietniku za oknem, w domu cisza, którą przerwałam włączając pralkę. Nie musiałam się nigdzie ruszać, ale i tak od początku dnia towarzyszło mi napięcie, tylko trochę luzowane faktem, że odzyskałam przestrzeń życiową (na powrót rozłożyłam się z dużym laptopem w kuchni). Miałam ogromną ochotę włączyć audiobooka i odlecieć (czy ja w ogóle umiem słuchać w skupieniu?), ale przecież drobnica codzienności mnie przywoływała: Ryszardowi do michy nową karmę z tuńczykiem, zerknęcie na stronę HSE (sprawa medical cards się zapętliła), telefon do Ger, czy nie widziała mojego kaszkietu (nie widziała), logowanie się na Webexie (zawsze to coś nowego). Gaeilge tak jak myślałam, bardzo dużo rzeczy do nauczenia, mózg nie chce i mówi, że chyba już całkiem zdurniałam. Zajęcia skończyłam po dwunastej.
Sandra umówiona na zapoznanie z kotem wzięła zastępstwo w pracy i nie mogła po południu przyjechać. Fred za to zjawił się o ludzkiej porze, tyle, że bardzo sterany i część dnia po prostu przespał. Dopiero przy późnym obiedzie wymieniamy się informacjami na temat Wu, wrażeniami i opiniami. Papiery, papiery, grzebię w śmieciach, piszę szablon cv na zadany temat. Ziew.
poniedziałek, 6 marca 2023
1176. Dolinki.
Z samego rana zaliczyłam wkurw w pracy: nie mogłam otworzyć kłódki na drzwiach, bo jakaś pinda (domyślam się która) wzięła klucz ze schowka i nie raczyła go oddać, ani nikogo o tym poinformować. W dłuższej perspektywie fuj z tym, ale biegając w poszukiwaniu Krisa-woźnego zapodziałam szary kaszkiet Seebergera i teraz będzie mnie to dręczyło (bo, a co jak to nie było wtedy?).
Ponieważ Kris musiał zabezpieczyć drzwi, a kończył szychtę wcześniej, też skończyłam wcześniej i od razu wsiadłam do podstawionej karocy, która górami i dolinami zawiozła mnie do Carlingford. Na chwilę wpadliśmy do Aś (Wu oczywiście wspomniał o pentagramie, pomimo tego, albo właśnie dlatego, że został uprzedzony, aby jej nie drażnić), zjedliśmy pieczone kartofle u Ruby Ellen's, kopsnęliśmy się na spacer do kościoła cabrio oraz tradycyjnie rupieciarnia lokalna została przez nas odwiedzona (super komodę widziałam, z pewnością stuletnią, gdybym miała kąt do jej upchnięcia, już by była nasza, kosztowała śmiechu warte €140). Również na chwilę odwiedziliśmy Newry, Wu robił po drodze drobne zakupy.
W ten sposób mija ostatni dzień pobytu szwagrowskiego, jutro bracia ruszają z kopyta o bardzo wczesnej porze, najpierw na lotnisko, potem Kochany do pracy. Wieczorem zaczęliśmy rozmawiać o Mistrzu i Małgorzacie, to ulubiona książka Wu, więc się szwagier ożywił, a nawet pojaśniał (przy okazji też skopiował bratu audiobooka w czytaniu Wiktora Zborowskiego). Uścisnęliśmy się na okoliczność życzenia sobie do zobaczenia w najbliższym czasie. I już. Fred śpi, kot się umył i też ułożył do snu, Wu za ścianą podejmuje decyzję czy spać, czy słuchać audiobooka przez całą noc. Mnie jutro czeka gonitwa myśli. Ale na razie odpoczynek w innym wymiarze.
niedziela, 5 marca 2023
1175. Wyprawa kulturalna.
Chciałbym skorzystać z okna pogodowego, więc jeśli mógłbyś mi przygotować infrastrukturę do mycia samochodu ... rzekł Wu do Freda zdaniem złożonym o poranku przy kawie. W ten sposób szwagier zabrał się za pucowanie auta, gdyż wg jego standardów było za brudne, żeby nim jechać "na operę", czy gdziekolwiek indziej. Dla nas był ok, ale nie byliśmy przeciwni. Nie skończyło się na odkurzaniu, Wu wytaszczył wszystkie dywaniki i przetarł wnętrze na mokro. Widać było, że od razu lepiej się poczuł. Ale za to Ty jesteś szczęśliwy cały czas, a nie tylko wtedy, gdy sprzątasz samochód, pocieszałam Freda (który wcale tego nie potrzebował). Zdążyliśmy jeszcze zagadać Anne, jak wyjeżdżała zrobić nam operę ;)
W Dublinie byliśmy około drugiej. Po znalezieniu miejsca parkingowego poszliśmy na chwilę do zielonego Stefka:
Dłuższe szukanie restauracji nie dało pożądanych efektów, w ten sposób wylądowaliśmy w Toltece, po czym napełnieni meksykańskim jedzeniem z buta udaliśmy się w kierunku Bord Gáis Energy Theatre. Jeszcze w najbliższej Caffè Nero (z widokami na Grand Canal) zdążyliśmy uraczyć się kawą i czekoladkami kupionymi przez Wu:
W Kawalerze srebrnej róży Straussa/Hoffmansthala śpiewali: znane nam z Carmen Paula Murrihy (Octawian) i Celine Byrne (marszałkowa), Claudia Boyle (Zofia), a wśród panów Andreas Bauer Kanabas (baron Ochs) i Mark Stone (von Faninal). Murrihy była tym razem średnio przekonująca aktorsko, ale całość dobra, piękna scenografia, muzyczno-scenicznie najbardziej podobał się mi drugi akt.
Wzruszyło mnie jak w drodze powrotnej obaj panowie rozkminiali intencje marszałkowej. W domu przed północą, ja z bolącym gardłem i myślą, że jutro, czyli zaraz, trzeba do pracy. Arrrrghh. Dublin nocą jest piękny.
sobota, 4 marca 2023
1174. Sama.
Miałam jechać, ale nie pojechałam, bracia wybrali się w dolinę sami. Już wczoraj po wylądowaniu w łóżku wziął mnie stres, że wszystko rozgrzebane i może przynajmniej magisterkę warto nadrobić (kilka dni temu seminarkę oceniono mi na 5, wiem, że niezasłużenie i mnie to stresuje). Rano dodatkowo nie chciało się mi wstać, kot położył się obok, decyzja została przypieczętowana. Oczywiście to nie znaczy, że zaraz wzięłam się do pracy, prokrastynowałam jak mogłam. Szukałam w sieci materiałowego etui do laptopa, znalazłam opiekunkę dla kota (Sandra, lokalna dziewczyna), rozmawiałam z rodzicami i generalnie odtajałam. Sądzę, że tak na mnie działa przeludnienia w domu, czuję się trochę nieswojo, tracę radość. Sobota z kotem+.
Piosenka Dido, White Flag, ma już 20 lat, kto by pomyślał.
Sposób jedzenia w tej rodzinie jest genetyczny. Po powrocie z doliny panowie zmietli postawiony obiad w dziesięć minut. W głośnikach Lubomski śpiewał Comte'a. Po zanurzeniu muzycznym Fred zapoznał młodszego brata z Ojcem Tedem.
Ach, i jeszcze prawdziwy Jetfire, śliczny karzeł z pomarańczową trąbką obfocony chłodnym porankiem:
piątek, 3 marca 2023
1173. Sen i jawa.
Śniło się mi, że babcia Mania zmartwychwstała. Trochę mnie to zdziwiło i nawet we śnie sprawdziłam bloga, bo nie pamiętałam, kiedy. Blog mi potwierdził, że i owszem, całkiem niedawno. Babcia Mania pokazywała mi jakiś tekst o niej, który ją zaniepokoił, ale przy tekście było zdjęcie zupełnie innej kobiety, którą babcia rozpoznawała jako samą siebie. Pomyślałam w tym śnie, że po zmartwychwstaniu babcia musi się wziąć, bo pamięć zaczyna jej nawalać ;)
Bardzo nie chciało się mi zaczynać dnia. Przez ostatnie pół godziny Ryszard dozorował tuż przy mojej twarzy i raz pacnął mnie nawet w nos. Pobudka dla wszystkich jednaka, ja do pracy, a Kochany z bratem do Północnej, na Groblę. W robocie dzień upłynął leniwie w oparach mielonego papieru, za oknem szaro, znośnie. Żeby nie czekać na autobus przez godzinę jak ten głupek, zaszłam do Czarnej na herbatę i odkryłam pyszny sernik, słonokarmelowo- czekoladowy. W domu wciągnęłam makaron, zrobiłam obiad dla wracających z podróży facetów (obiad zniknął w tempie ekspresowym, Rory nie zdążył zagrać mojej ulubionej piosenki), chwilę poczatowałam z Anną oraz kotem, który zasadza się na myszy mieszkające pod szopką. W sobotę jedziemy we trójkę w dolinę, nie wiem jeszcze co na siebie założę, pomyślę o tym jutro.
(jetfire rozkwitły; zdjęcie zrobię w innym czasie)
czwartek, 2 marca 2023
1172. Oswojenie.
Spałam dobrze. Oboje wybieraliśmy się z Kochanym o wczesnej porze do pracy, ale żadne z nas nie zaburzyło snu naszemu gościowi. Wu wypoczął i podczas naszej nieobecności dogadał się z kotem. W pracy przewalanie papierów do bólu opuszek palców (Kejti wpadła po odbiór dyplomu, widać było, że bardzo chce pogadać). Atmosferycznie: powtarzające się deszcze. Kulinarnie: po mojej pracy Kochany przyjechał z bratem do miasta i zjedliśmy obiad w Il Forno, po czym przez zakitolone mżawką miasto poczłapaliśmy do Czarnej na kawko-herbatki. Wu się oswoił, wśród opowieści rodzinnych (takie np. seppuku) pojawiły się nawet tematy trudne. I dobrze. Szwagier jest (jak pisałam) zupełnie od Freda inny ;) Już w kawiarni zaproponował, że po powrocie zajrzy do łazienkowego podgrzewacza powietrza, któremu się urwał sznurek. Widać, że to było dla niego zajęcie ważne, bo tylko się rozpłaszczyliśmy, a śrubokręt poszedł w ruch. Podgrzewacz działa :D Nażarta jestem bardzo, Fred zmęczony wczesną pobudką, więc już ciążymy ku łóżku.
środa, 1 marca 2023
1171. Orzeł wylądował.
Przynajmniej jedna rzecz z głowy, szwagier jest na miejscu. Byłam niespokojna, bo Kochany i jego brat są zupełnie różni ... Freda wszyscy lubią ;) Poza tym gościć starszą panią, nawet jeśli słuchającą Radia Maryja, to trochę co innego, niż natykanie się z rana w Kuchniosalonie na rosłego faceta z zarostem i opalenizną szejka. Dodatkowo nakładają się mi stresory. Doszła praca online z Gronją, a w ciągu dnia dostałam link do kursu języka irlandzkiego i przekonałam się ile tego jest. Różne luźne sznurki wiszą. Pół dnia przełaziłam bez celu pomiędzy Kuchniosalonem i sypialnią. Ryszard trzymał się sypialni, na szejka łypie okiem nieufnym.
Jak trzy krople, ironizował Wu, gdy Fred zadzwonił do Stu z życzeniami i obaj bracia mogli najmłodszemu poskładać (w kamerce pojawiła się również głowa kolejnego pokolenia wolandów i pokazała ciotce wszystkie mleczaki).
Jednym uchem łowię kuchenne rozmowy.




