Strony

sobota, 16 grudnia 2023

1461. Przygotowania.

I po co wyłażę z wyra przed słońcem? Internet, herbata, stopy mi marzną, powrót do łóżka. Oboje wstajemy dopiero po dziewiątej. Robię Kochanemu kawę, startujemy powoli z dniem, odprawiamy się dodając fast track i chwilę lamentujemy nad faktem bezsensowności przebukowywania biletów powrotnych na późniejszy lot (gdy kupowaliśmy bilety, późniejszego samolotu nie było, teraz z kolei przebukowanie się nie opłaca), feck it. Małżonek nastawia pranie pościeli. Śniadamy (krewetki przegryzane oliwkami i chlebem z resztkami pasztetu pomidorowego). Dzwonię do rodziców, żeby ich uprzedzić o możliwej wizycie kuriera (rychło w czas, bo mama już dostała dwa zawiadomienia o kurierze, a nie jest bezbronną staruszką). W końcu zaczynam się rozkładać z pakowaniem walizki, pastowaniem glanów, przeglądem kosmetyków i skarpet. Myję włosy i obcinam sobie grzywkę tępymi nożyczkami, bo włazi mi do oczu jak koniowi. Kochany odpala płytę zespołu Faun Fables, Born of the Sun (2016) i robi oryginalny obiad z kolejnych resztek znalezionych w lodówce (plastry bakłażana natarte oliwą z czosnkiem, posypane cheddarem i udekorowane pomidorkami koktajlowymi + nadziewane pieczarki + steki z tuńczyka + fasolka szparagowa + kartoffeln). A w ogródku ptasia szarańcza oraz Bán poluje, przy tej samej Mysiej Górze, co kiedyś Rysio

Gdy Kochany kończył przygotowania obiadowe, w oknie pojawiła się taka twarz:

Szczęść norze, a co dacie? Po obiedzie oddaję pieniążka i bazylię pod opiekę Annie i wyjeżdżamy na chwilę do miasta, żeby w TK Maxxie kupić jeszcze jeden prezent, mały termos (w drodze do domu znowu ciemno, w tym momencie mam ochotę zapaść w sen zimowy). Pakuję prezenty w ozdobny papier, piję herbatę, kombinuję co założyć pod kraciastą suknię bez rękawów, zmieniam plan i biorę inną marynarkę na drogę, pół godziny po szóstej jestem w zasadzie gotowa (laptop nadal działa, ładuję telefon). Jeszcze słuchanie Dezertera, dwa jajka sadzone na kolację, w końcu ubieramy się do wyjścia, rozłączamy kabelki, wyrzucamy ostatnie śmieci do kubła w ogródku, tuż przed ósmą ruszamy na północ.

Nie wezmę jeszcze jednego prysznica, bez przesady. Leżę pod kołdrą w koty, Fred ma przygotowany materac ustawiony w poprzek. Po herbacie i rozmowach z przyjaciółmi zaczęłam odczuwać znużenie. Ka wyszedł na późny spacer z psem. Z Kochanym nastawialiśmy zegarki na bardzo wczesne rano.

piątek, 15 grudnia 2023

1460. Rozproszona.

Dzisiaj to już zupełna degrengolada wstawalnicza. Bo czy naprawdę muszę? Środek nocy jest. Więc obudziłam też Freda, kawą i pocałunkiem w ucho, żeby i jemu nie było za dobrze. Dalej, jak zwykle w piątek: dzieciaków niby nie ma cały tydzień, ale do mnie złażą się wszystkie, co je mam na liście i wiadomo jak to jest, zupełny rozgardiasz, chociaż akurat większość czasu narybek ma buzie na kłódki. Pierwsza przyjemność: Emma była moim sikret santa, dostałam od niej kalendarz naścienny z myszami, jeżami i borsukami :D Ze względu na zamieszanie z urlopem zostałam w pracy kilka godzin dłużej, żeby symbolicznie odrobić, co mogę mieć do odrobienia, na koniec uścisnęłam koleżanki pozostające na posterunku (Katrin, Saren) i chodu. 

Umówiłam się z Kochanym w Bootsie, bo jeszcze chciałam kupić krem na podróż, następnie za rączkę poszliśmy na obiad do CG. Miło zaskoczyła nas kelnerka w hidżabie, m.in. tym, że okazała się ... Polką :)

Żeby się jeszcze mniej smucić (Kochany nadal był spięty i podminowany rzeczywistością) po zmroku ruszyliśmy do Czarnej na kawę. Miejsce roiło się ludźmi, szczególnie młodymi, którzy o tej porze zbierają się na wielokrotne randki oraz wspólne "czytania poezji" ;)

Następnie poszliśmy miastem w kierunku samochodu, ale raczej niespiesznie: zdążyliśmy sprawdzić, co jest w miejskim kinie oraz zajrzeć do okulisty, żeby obejrzeć oprawki (z początkiem roku trzeba mi będzie wymienić szkła, bo jestem coraz bardziej ślepa).

A to już Bán witający nas pod domem:

Ledwie zdążyłam naciągnąć na siebie inne gatki, gdy zapukała do nas sąsiadka. Katlin przyniosła nam prezenty: szal dla Freda (z serii Quiet Man, brązowo-niebieskawy), szal i rękawiczki dla mnie (kaszmirowe, zielone, Carolyn Donnelly) oraz voucher do Farmy w Termon (pewnie zrealizujemy go po powrocie). Sąsiedzi zaprezentowali nam też swój samochód udekorowany światełkami i dostali od nas mikołajka do zintensyfikowania krismasowej dekoracji.

Cóż poza tym? Kochany pozbywa się legendarnych czerwonych spodni w których widziałam go po raz pierwszy na żywo (minął ich czas). Świekra chyba dobrze zniosła zabieg na oczach, rozmawiała chwilę z Fredem i brzmiała bardzo rześko. Małżonek kupił dodatkowy bagaż i już się spakował, więc jutro tylko ja będę nieprzytomnie kręciła się po domu w celach poszukiwawczo-odkrywczych garderoby i rozumu. Wykorzystałam papier pakowy z naszych prezentów do opakowania prezentu dla mamy i Luś. Fred przyszywa guziki na szelki (odprute od czerwonych spodni) do innych spodni, bo przecież szelki muszą być. W okularach na nosie do późna mocuje się z igłą.

czwartek, 14 grudnia 2023

1459. Nadal ciemność.

Ciało rybaka, którego szukano od wtorku, znaleziono dzisiaj rano. Tu gdzie mieszkamy jest to zawsze duża rzecz, takie poszukiwanie i znalezienie. 

W pracy pożegnałam się z Bridżet (odchodzi na dobre?) oraz z Luizą (widzimy się dopiero w nowym roku). Kochany odebrał mnie z Centrum jak zwykle (gdy ma wolne), tym razem poirytowany, bo wszystko jakoś idzie nie tak (np. zapomniał, że miał rano umówione szczepienie na covid, a po południu w ośrodku głucha cisza i nie ma informacji, kiedy są otwarci).

Po powrocie do domu zanieśliśmy prezent Annie kilkakrotnie potwierdzając daty naszej nieobecności. Sąsiadka przypomniała nam o czymś, co już wiedzieliśmy od Katlin: do domu Betty wprowadzili się nowi lokatorzy. Betty, którą zabrano z naszego osiedla rok temu, podobno nadal żyje, ale nie może już mieszkać samodzielnie.

Już wiem, co dostanę od mojego Gwiazdora. Gwiazdor poprosił o namiary na przedmiot, a ja mu je udostępniłam. Uważam, że Gwiazdor wydaje za dużo pieniędzy :)

Tymczasem czytam o co chodzi z powiedzeniem Święta Łuca dnia przyrzuca. I się okazuje, że może i owszem, ale to było dawno i nieprawda, przed zmianą kalendarza na gregoriański. Teraz nic z tego, ciemność nadal trwa, a ja mam po dziurki w nosie jeżdżenia do pracy i zajmowania się mało interesującymi sprawami innych ludzi. Fred zaczął przegląd rzeczy do spakowania.

środa, 13 grudnia 2023

1458. Śledzie, Nano, jaja.

Środa była jasna i spokojna. Oboje mieliśmy wolne; nie mogłam spać, wylazłam z łóżka przed szóstą, żeby napić się herbaty, przejrzeć internety i ... zjeść śledzie w jogurcie. Nie wiem, czy to zbliżające się święta, ale śledzie są u mnie mocno na topie, w ciągu półtora tygodnia było to trzecie śniadanie śledziowe. Napita, najedzona i doinformowana wróciłam do sypialni i zziębnięta przytuliłam się do cieplutkiego Freda, żeby zapaść w sen na następne dwie godziny. Drugi raz wstałam ok. dziesiątej, gdy małżonek już urzędował w Kuchniosalonie. Pogoda była na tyle piękna (jak na grudzień), że postanowiliśmy gdzieś połazić, a żeby upiec dwie pieczenie, ruszyliśmy do miasta przypomnieć się Pani Wytrzeszczającej. Tak, tak, jesteśmy na liście, jak nas nie będzie wtedy, gdy mamy być, to dopiero po świętach. No nic, po zapisaniu w głowie Pani Wytrzeszczającej informacji, że jak nie dostaniemy o co się nam rozchodzi, to się nie odczepimy i merrychristmas, poszliśmy z Kochanym do Czarnej natykając się w drodze na chór nastolatków śpiewających świąteczne kawałki pod kościołem z łbem Plunketta. 

Pani Stempelek była jak zwykle hojna.

Po kawie wyszliśmy na miasto. Dawno już nie było nas w Highlanes Gallery, więc dlaczego by nie? Z przyjemnością obfotografowałam trzy obrazy Nano Reid i wdałam się w rozmowę z Nelą, która poleciła mi dwie książki na temat wystaw lokalnej malarki. Fred zaraz kupił mi albumy w prezencie.

Po wizycie w galerii wracaliśmy do samochodu po drodze podziwiając dirty old town. Tak więc był grzyb wyrastający z fasady domu i miejsce w centrum miasta (Church Lane), gdzie mogłabym się przeprowadzić, miejsce ciche i (aktualnie) zatęchłe, nadal czekające na duży remont, który odmieni jego życie.


Po powrocie do domu było jeszcze jasno, Kochany zaszedł do ogródka, żeby nasypać ptakom karmy i w ten sposób przypomniało mi się, że nadal nie wysadziłam części cebul narcyzów. Postanowiłam zrobić to dzisiaj chociaż z Ripami van Winkle. Grzebiąc w ziemi napotkałam coś takiego:


Rozmawiałam też z Bánem, który pojawił się niemal natychmiast po tym, gdy weszłam do ogródka (nagadał mi, że aż Fred postanowił dać mu żarcie).


Mam nadzieję, że udało się mi wyłuskać spośród cebul tyle Ripów, ile ich tam było (większość była łatwa do rozpoznania). Czyli jedna pożyteczna rzecz (albo druga, nie zapominajmy wszakże o bezimiennej Pani Wytrzeszczającej) odhaczona ku uciesze a pomyślności ogółu. 

Gdy wracaliśmy do domu na zatoce widać było kilka krewetkowców. Od rana latały nad wsią helikoptery, dopiero po południu Katlin powiedziała Fredowi, że na morzu ktoś zaginął, jednego (starszego) znaleziono żywego, drugiego nadal szukają. Nawet tak łagodna woda jest śmiertelnie niebezpieczna o tej porze roku.

Kochany zrobił nam obiad. Trzecia pożyteczna rzecz zrobiona przeze mnie, to sprawdzenie egzaminów zalegających w domu od tygodnia. A to, prosz bardzo, prezent albumowy:

wtorek, 12 grudnia 2023

1457. Dwunastego grudnia.

Fred sądził, że przed naszym wylotem do Polski nie będzie miał więcej zleceń, ale wiadomo jak to jest z planowaniem czasu wolnego. Kochany wyjechał więc z rana do pracy, a ja wkrótce za nim, w lekkiej mżawce i powoli rozpraszającej się ciemności, która ledwo pozwoliła mi zauważyć lecącą w górze czaplę. Kilku osobom w Centrum opowiedziałam o Polakach zajadających popcorn podczas oglądania w kinie upadku dwutygodniowego rządu PiS. Dżim aż pokraśniał, you have to respect that! stwierdził ze śmiechem. Też tak myślę. Jesteśmy narodem pełnym niespodzianek.

W ciągu dnia zaszłam do Pań Wytrzeszczających się, żeby im zgłosić, że w sypialni znowu cieknie z sufitu ("znowu" w sensie tak jak kilka lat temu, ten sam zakątek z butami, ta sama plama). Usłyszeliśmy plumkanie wczoraj wieczorem, podczas rzęsistego deszczu (Kochany nie mógł przez to spać, ja za to jak kot, z boczku na boczuś, niezrażona sytuacją jako mnie Ryszard nauczył).

Po obiedzie ("na lenia", krokiety z polskiego sklepu) Fred rozmawiał z Usz o sytuacji politycznej i planach domowych. Wbiega jakiś chłopiec, który zawsze dostawał cukierka, a teraz mu nie dali ... i on nie bardzo sobie radzi z tą emocją, analizuje szwagierka. To jest taki poziom żenady, że aż boli (bo to nie jest taki poziom żenady, że oglądasz, żeby się pośmiać). Prawda. Świekra będzie na święta u córki, my daleko. Ale na razie jesteśmy tutaj, pranie suszy się na dwóch suszarkach, ziewamy i snujemy się po domu znużeni pogodą, może też podskórnym niewyspaniem albo po prostu oczekiwaniem na wyjazd.

poniedziałek, 11 grudnia 2023

1456. Drugi Tusek.

Małżonek odwiózł mnie do pracy i wrócił do domu zrobić duuużo rzeczy (np. umył okna). 

Po moim powrocie zaszliśmy do Katlin wręczyć jej prezenty krismasowe, obowiązkowo musieliśmy więc wejść, usiąść w salonie i odbyć z gospodynią pogadankę o świątecznych potrawach. Potem obiad Fredowy (kalafior z beszamelem, gdyż lubię) i wałęsanie się po Kuchniosalonie z gadaniem. Prysznic. Dzwonienie do rodziców, żeby się pośmiać z wiadomej sprawy politycznej. Za Pierwszego Tuska zaczynałam blogowanie oraz poznałam małżonka mego aktualnego. I patrzcie no państwo, dzisiaj Drugi Tusek. 

Deszcz myje czyste okna. 

niedziela, 10 grudnia 2023

1455. Dziesiątego grudnia.

Poranne słoneczko przeszło w szary, porywisty wiatr. Po śniadaniu obejrzałam postępy mieszkaniowe Karoliny, skończyłam lekturę szkiców Dymkowskiego (Avalon, 2020) i zaczęłam słuchać Tajemniczej historii w Styles Agathy Christie (czytanej przez Macieja Słotę; Wydawnictwo Szkolne Omega, 2010). Nad wybrzeżem przeszedł kolejny sztorm, Fergus. Może z powodu związanych z tym zmian ciśnienia położyłam się na drzemkę trwająca dwie godziny. Kochany zrobił w tym czasie pranie, a po mojej pobudce uraczył nas oboje obiadem i w ciemności wyjechał do miasta po prowiant. Słuchanie audiobooka zajęło mi z przerwami większość dnia, rozmawiałam też z rodzicami (żeby się nie wygadać mamie, co dla niej kupiłam, ciągnęłam dyskusję o pogodzie, bigosie i dokazujących kotach) oraz wysłuchałam z Fredem piątkowego pożegnania Shane'a McGowana (trochę się porozklejaliśmy). W weekend nie zrobiłam nic związanego z pracą i pewnie dopiero jutro przy śniadaniu zacznę przeglądać arkusze egzaminacyjne. Git, zostało pięć dni do urlopu.

sobota, 9 grudnia 2023

1454. Sztorm Elin.

Przed śniadaniem zaskoczyła nas smutna, spóźniona wiadomość o zamknięciu Stockwell Artisan Foods. Ostatnio wolałam CG; w ciągu tygodnia zdarzało się mi kupować u nich falafel box, ale nie zaglądałam od jakiegoś czasu (może nawet liczonego w miesiącach). Miejsce miało szczególny klimat i walor sentymentalny dla nas obojga. Bardzo szkoda, że nie spotkamy już Gwen i przemiłej Fiony.

W planie mieliśmy z mężem wyprawę do Carlingford i kupienie biżuterii. Aś zanurzyła się w życie partnerskie (które akurat przyniosło jej cytryny - stracili z partnerem kota i opłakują), w związku z czym nie było szansy, żebyśmy spotkali się po drodze, plan został jednak zrealizowany: po późnym sobotnim śniadaniu wyjechaliśmy na kawę (na kasie znowu stała skwaszona Aura, która nawet przemówiła, nic nie szkodzi, że tylko do męża ;)), a po napitkach ruszyliśmy przed siebie najdłuższą trasą z możliwych (droga nad morzem, Blackrock, góry): 


Wiało, wiało i wiało. Po dojechaniu do miasta od razu weszliśmy do jubilera, kupiłam dla mamy kolczyki z topazem, i nie wiem, czy okazanie pierścionka zaręczynowego miało jakiś wpływ, ale dostałam 10% rabatu. Zjedliśmy obiad u Ruby Ellen's (Fred rozpływał się nad domowym chowderem), a ponieważ zostało nam trochę czasu do spotkania z przyjaciółmi, udaliśmy się w przeciwnym kierunku, żeby przejść się po księgarni Waterstones w Newry. 

Dopiero przy wieczornej herbacie dowiedziałam się od Jot o co konkretnie chodziło z towarzyszącym nam w drodze wiatrem. Nieświadomi zagrożeń podróżowaliśmy w sztormie o nazwie Elin (na jutro jest zapowiadany jej kolega).


Na koniec seans Jak pies z kotem (2018) młodszego Kondratiuka na Netflixie - sam film taki sobie, tematyka trudna, nie za bardzo kondratiukowa, za to trio aktorskie Więckiewicz/Łukaszewicz/Konieczna bardzo dobre. 

I tak to, nie robiąc w ciągu dnia niczego pożytecznego teraz lecę z nóg.

piątek, 8 grudnia 2023

1453. Ósmego grudnia.

Gdy Fred tuż po południu zajechał pod Centrum, zaproponowałam rajd do Costy. Mieliśmy bardzo dobre wyczucie czasu, bo za nami w kolejce stanął Ka (ze swoim podopiecznym), który zauważył skwaszoną (jak zwykle) minę Aury i zaśmiewał się z tego serdecznie (mamy zaproszenie do przyjaciela na jutro). Kawa była oczywiście bardzo dobra, nasz emotional bullying też niczego sobie, do domu zjechaliśmy około drugiej i od razu wyhaczył nas Bán z zapytaniem, czy go lubimy. Ugięliśmy się (borze, jacy my jesteśmy miętcy wew środku) i gamoniowaty sąsiad dostał jedną puszeczkę jedzenia (na zewnątrz, żeby nie było). 

Kochany błądząc dzisiaj po mieście znalazł jeszcze jedną rzecz wartą kupienia, wełnianą czapkę w stylu hełmu z lat 20-tych (błękitny Seeberger). Fred myślał przy tym o teściowej, ale ponieważ w tym roku kupiliśmy już mamie czarną czapkę z tej samej firmy, w identycznym kształcie (to się nazywa cloche), a wiem, że mama ma drugą bardzo podobną, hełm wylądował na mojej głowie i bardzo się z niego cieszę (teraz myślę o jakiejś zajebistej broszce do hełmu, najlepiej w mocno kontrastującym, oczojebnym kolorze).

Ucieszyły mnie również zmiany na koncie bankowym: niespodzianie pojawiła się spora sumka zwrotu podatku za zeszły rok. Bardzo dobrze (szybko się uwinęli, spodziewałam się kasy raczej przed naszym wylotem do Polski). Z innych ogonów: umówiłam już Freda z polską fryzjerką (mąż bardzo się domagał stworzenia sytuacji dogodnej do przedświątecznych postrzyżyn).

Obejrzeliśmy z Kochanym Inaczej niż w raju (1984) Jarmuscha. Jak zwykle, dobry Jim :) A teraz prysznic, książka, ciepła herbata, łikędzik zasłużony a miły sercu.

czwartek, 7 grudnia 2023

1452. Siódmego grudnia.

Kochany mógł mnie dzisiaj podwieźć do pracy, a gdy mnie z niej zabierał okazało się, że od rana nie był w domu (czyli podobnie jak ja). Bardzo dumny pochwalił się mi zdobyczami: kupił sobie piękne, wełniane spodnie w stylu Żądła (kawa z mlekiem w prążki, Hilfiger), dla teściowej kaszmirowy sweter z kapturem (bladoniebieski, Cynthia Rowley), dla nie wiadomo jeszcze kogo rękawiczki z pomponami (owcza skóra, ciemnogranatowe, Ted Baker) oraz perfumy Miller Harris, Craft & Glamour. 

Po powrocie do domu Fred zrobił nam obiad, a ja zajęłam się robotą mniej lub bardziej papierkową (w tym odpowiadaniem na komentarze :D). Obiad był pyszny: "robaczki", kartofelki i bakłażany. Mój chomik europejski pokazał mi prezenty skitrane dla różnych ludzi, dowiedziałam się też, że w poszukiwaniu przygód nie poprzestał dzisiaj na naszym mieście i dojechał aż do Blanchardstown. No nie upilnuję ;D. Może jeszcze kupię mamie kolczyki, bo to był od początku dobry pomysł, tylko się wahałam. I już wiem, co dam Kochanemu pod choinkę, no ;) 

Dzięki temu, że Kochany odebrał mnie z Centrum zaraz po pracy i nie musiałam deptać na spóźniony autobus, dzień mi się wydłużył i przybyło mi optymizmu. Piąteczek, piątunio jutro, jest dopiero po dziewiątej, a ja mam już przygotowane prawie całe zajęcia i mogę zacząć jeść ciastki.

środa, 6 grudnia 2023

1451. Mikołajki.

Okazuje się, że jest coś takiego jak paśnik online, z kamerą zainstalowaną w nadleśnictwie Babki. Przy porannej herbacie zielonej dorzucam tę rozrywkę do medytacji żubrowej.

Oboje z Kochanym wpadliśmy w rytm budzikowo-grafikowy, budzik zapodaje rytm, my wykonujemy czynności. Środa była jeszcze bardziej szara niż wtorek (chyba nie tylko ja tak odczuwałam, bo z grupy pojawił się tylko Luk), a gdy wracałam do domu (zresztą znowu spóźniona - autobus podjechał po 25 minutach) na dobicie zaczął padać deszcz. Wcześniej nie miałam siły, żeby wymyślać coś na obiad, po drodze wrzuciłam do torby kulki wołowe, ale też wędzone tofu i seler naciowy do sałatki z jajka na jutrzejszy lunch. Co zrobię z tofu, tego jeszcze nie wiem; highlightem powrotu było spotkanie na dworcu Anne taszczącej walizy z Dublina do wioski, która poradziła, żeby tofu zamrozić. Poza tym sąsiadka poinformowała mnie, że rozmawiała z Sandrą (w sprawie opieki nad kotem koleżanki z pracy) i przy okazji powiedziała jej o śmierciach naszych kotów, więc obie dostałyśmy szczere wyrazy współczucia. Czy warto wspominać, że przy wyjeździe z miasta w nasz autobus uderzyła z boku osobówka? Kierowca tylko wychynął z kabiny i zapytał czy wszyscy są okej, a skoro osobówka udała się w dalszą podróż, zaś nasz autobus działał, kierowca-Irlandczyk podjął jedyną słuszną decyzję, aby jechać tam, gdzie miał być od dawna, thanks goat.

Zjedliśmy z Fredem obiad, zadzwoniłam do rodziców - mame już drzemała, tatko skrótowo nakreślił, że i u nich też dzieje się niewiele (poza jego nosem, który nie doszedł do siebie po covidzie), a mnie zamykały się oczy. Za dziesięć dni będziemy zygzakami przemieszczać się do celu. Tymczasem wiatr śwista, skrzypi wlotem do listów i trzaska furtką ogrodową. 

wtorek, 5 grudnia 2023

1450. Piąty grudnia.

Wydawało mi się, że w sypialni jest kot. Pewnie mieliśmy tak z powodu otwartego okna (Fred też odniósł wrażenie, że ktoś się nam wpakował do łóżka, ale to niemożliwe, okno pozostało minimalnie uchylone; mimo wszystko trzeba nabyć window stoppera). W drodze do przystanku zobaczyłam biało-rudego kota na skwerku i przez moment pomyślałam: Rysio. Amber posilała się odpadkami rozglądając się na boki (widać, sąsiad z prawej już nie spał o tej porze i wyrzucił stary chleb dalej od domu; może ktoś mu zwrócił uwagę, że przyciąga tym mewy na osiedle). 

Książka „na podróże” do/z pracy została wybrana z powodu swoich gabarytów - Czekając na barbarzyńców J.M. Coetzeego (Znak, 2007), bardzo konradowska. 

Od rana do nocy ciemno, wilgotno i chłodno, w Centrum wszyscy ziewali albo się chichrali. Autobus popołudniowy znowu był spóźniony, tym razem całe 20 minut. Po powrocie do ciepłego pomieszczenia (ręce miałam zgrabiałe) szybko przygotowałam sprawy obiadowe (obrałam kartofle, pocięłam brokuła na różyczki, brązowe pieczarki pokroiłam i wyłożyłam na patelnię, zamieszałam jogurt z ziołami prowansalskimi i czosnkiem) i zaczęłam się rozgrzewać gorącą herbatą. Kochany też był spóźniony, w ogóle wokół miasta widać jakieś świąteczne wzmożenie ruchu (rano autobus dojechał do mojego przystanku na tyle późno, że nie opłacało się już zachodzić do kawiarni ... gdybym chciała, chociaż nie chciałam, bo dzisiaj przezornie wzięłam ze sobą herbatę w termosie). 

Gdy tak krzątałam się w kuchni, usłyszałam za oknem jakieś poruszenie i miauk. Biała zmarznięta sierota znowu przylazła. Zaprosiłam Bána do domu, wszedł i od razu się tego wystraszył, więc wyszedł za chwilę, gdy ponownie otworzyłam drzwi. Mam wyrzuty sumienia, że go wypraszam. Nie wiem czemu ten gamoń ciągle przychodzi (jakby nadal nie dowierzał, że wujka Rysia nie ma w środku).

No i to tyle z radości, że Usz ze Szwagrowskim zawitają do nas na początku roku. Świekra ma zaplanowane operacje, Usz chce się nią opiekować, więc przyszłość się skomplikowała. Wieczorem Kochany rozmawiał z siostrą, żeby upewnić się na ile cała sytuacja jest dla Usz okej. 

Miałam przygotować choć część zadań na piątek, ale walić to; tylko przyjemności.

poniedziałek, 4 grudnia 2023

1449. Czwarty grudnia.

Słuchając porannych wiadomości w Radiu RTÉ 1 nie da się nie zauważyć, że Irlandczycy intensywnie zbierają kaskę na dzieci w Gazie. Czy to oznacza wskazanie po czyjej są stronie?

Źle nam się obojgu spało (Fred potwierdził to w rozmowie w czasie swojej przerwy w pracy), trzeba wietrzyć sypialnię, najwyraźniej przywykliśmy do zimnego Rysiowego wychowu. Za oknem całodzienna chłodna szarzyzna.

Jestem z siebie zadowolona, bo udało się mi odrobinę przebić balon marazmu. Pranie, wiadomo, robi się samo, ale złożyłam też podanie o pracę (wiem, że nie dostanę oferty, ale jakoś trzeba zacząć) i przejrzałam nasze podatki za ostatnie lata (chyba mamy zwrot). Po drugim śniadaniu zrobiłam prasowanie do Midsomer Murders, 23.4. Wczesnym popołudniem przekartkowałam Sanditon i zaczęłam szukać innej, ciekawszej lektury. Postanowiłam nadrobić zbiór artykułów Dymkowskiego Szkice psychologa o historii (Avalon, 2020), który nie porywa jakoś wyjątkowo, ale doczytam tym razem do końca. Wcześniej otworzyłam okno w sypialni, żeby się przewietrzyło. Kiedy weszłam tam po jakimś czasie, zastałam na naszym łóżku Bána zwiniętego w kłębek. No i taka sytuacja:


Namiauczał mi, że zimno, rozejrzał się w korytarzu (pewnie szukając Rysiowych misek) i wyszedł głównymi drzwiami. Czyli w nocy nie możemy otwierać okna za szeroko.

Czekając na Kochanego przeglądałam genealogię (dokleiłam parę aktów urodzenia rodziny z okolic Tarnogrodu). Z obiadem się nie wysiliłam - otwarłam gotowca (łazanki) i podsmażyłam na patelni. Suszy mnie po łazankach, więc będzie jeszcze morze herbaty, trochę ćwiczeń na macie, czytanie i rozmowy z Kochanym (który dowiedziawszy się o miejscu złożenia mojego cv próbował się dodzwonić do Justiny).

niedziela, 3 grudnia 2023

1448. Trzeci grudnia.

I po co wyłażę z wyrka po szóstej, skoro mogę spać do kiedy chcę? Tajemnica. Internetuję. Kochany wstał około dziewiątej, zrobiłam mu kaffkę, po czym ze słuchawkami w uszach zaczęłam grzebać przy śniadaniu (słuchałam vlogów Magdy Augustynowicz). Bán się dzisiaj do nas intensywnie zapraszał - siadał na zewnętrznym parapecie od strony kuchni i gadał coś po swojemu (nawet chwilę rozmawiałam z tym małym brudasem: Gdzie jest Rysio? Dasz mi coś?).

W południe wyszliśmy na spacer nad morze:


Chłodno bardzo. Już na plaży zaczepił nas pan z małym, białym psem. Zrobił nam zdjęcia i zapytał, skąd Fred wziął taki płaszcz (chyba od początku chodziło mu o to pytanie :D). Biały piesek miał na imię Ted (west higland white terrier) i był śliczny. Podniosłam kilka kamieni, zauważyłam parę interesujących skamielin, doszliśmy do połowy drogi za winklem i w drodze powrotnej obraliśmy kierunek na pierwsze wejście w domki letniskowe.




Wróciliśmy zmarznięci i o całkiem wczesnej porze (byłam zaskoczona, że nie ma jeszcze drugiej). Zawinęłam sześć sporych krokietów "wigilijnych", żeby się nimi napchać oraz popić wszystko barszczem z majerankiem. A potem odcięło mi prąd do piątej (o jak miło móc zrobić drzemkę poobiednią!). Wcześniej Ka zaprosił nas na wieczór, więc mieliśmy w głowach grafik późnego popołudnia, Fred jeszcze musiał napisać oficjalny list (samochód w Polsce mamy chyba podwójnie ubezpieczony, dziki kraj!), ja musiałam napić się dużo herbaty. Wizyta u przyjaciół nie była długa (Kochany znowu jutro do pracy o zbyt wczesnej porze), przed dziesiątą byliśmy z powrotem w domu. Noc smolista, na wybrzeżu zacina nieprzyjemny wiatr.

sobota, 2 grudnia 2023

1447. Garść faktów.

Jeszcze w listopadzie, po powrocie ze ślubu, rozmawiałam na messengerze z Luś, coś tam z doskoku. Dzisiaj rano chcąc do niej zagadać jeszcze raz przewinęłam naszą wymianę zdań i znalazłam wypowiedź, której wcześniej z jakichś powodów mój mózg nie zarejestrował: 

M to siostra Luś, ta co jej to powiedziała, była moją uczennicą w czasach zamierzchłych, a Pani *** to ja. Bardzo mnie to zdanie uśmiechnęło. Kochana Wikcia. I rozbawiło, ponieważ teraz nawet bardziej czuję, że kaleczę język angielski, a moja wymowa jest daleka od swobody. Czy miałam na uczennicę jakiś wpływ? Moim zdaniem bardzo ograniczony. Zdarzyło mi się spotykać dzieci "fajne" z natury, takie o których myślałam sobie "mójjeżu, rodzice muszą być zadowoleni, mogłabym adoptować". Wikcia była jedną z takich osób, a teraz sama uczy i podobno ja byłam jej inspiracją. Kyrk, nie powiem. 

Sobota zaczęła się więc miłym wspomnieniem. Tak siedząc przy zielonej herbacie skrolowałam internety, aż wstał mój Kochany i włączył płytę Bowiego, Honky Dory (1971). 

Na dworze słonecznie i bardzo chłodno. Zaraz po śniadaniu wyjechaliśmy do miasta, najpierw na kawę do Costy, potem w celach prezentowych (mamy już małe upominki dla sąsiadów) i spożywczych (obiady, np. składniki na krokiety). Zmarudziliśmy czas do szesnastej kończąc łazęgę w polskim sklepie (herbaty, czerwony barszcz i inne delicje). Po powrocie zrobiłam obiad (dawno już nie jedliśmy steka z tuńczyka) i rozmawiałam trochę z Kamą, która wczoraj wróciła do blogosfery. Po obiedzie Kochany oświadczył mi, że jest gotowy na oglądanie przygłupich seriali kryminalnych, dzięki czemu obejrzeliśmy odcinek 3.02Sherlocka Holmesa z Cumberbatchem. 

Rozmawiałam z mamą (pada śnieg, pierogi i uszka już zamówione).