Niewiele jest rzeczy przyjemniejszych od wolnego poranka, gdy za oknem szemrze wiosenny deszcz, w Kuchniosalonie leniwie przelewa wodę pralka, a człowiek (czyli ja) siedzi spokojnie przy stole i popija herbatę. Do wsi po deszczu weszła morska mgła.
Narcyzy, stan na dziś:
Z rzeczy pożytecznych, po bardzo długiej przerwie odpaliłam starego laptopa. Hapek ożył, z zadowoleniem stwierdzam, że jego bateria jeszcze zipie (większy remanent w archiwum zdjęć zostawiłam sobie na kiedy indziej).
Dokończyłam oglądanie Barbary i Jana (1964); podróż w siermiężny peerel była dość interesująca, ale dobrze, że składała się tylko z siedmiu odcinków, na więcej nie miałabym odporności. Wybrałam się na godzinny spacer nad morze (w trakcie tatko zadzwonił, więc pokazałam mu wodę; fale wyglądały na leciutko przybrudzone, na skraju przypływu spore stado małych biegusów, czy innej drobnicy, wykonywało swój zwyczajowy trucht kulinarny). Po spacerze wyskoczyłam jeszcze po mleko do sklepu za rogiem i gdy wracałam, napotkałam Amber idącą ścieżką Rysiową. Kot został pogłaskany, ale to nie to samo. Smutek. Upiekłam naleśniki, zjadłam trzy; poszłam spać. Kochany wrócił późno. Podczas obiadokolacji zadzwonił do niego Zbynio, więc też zagadałam ...
Dzień złożony z puzzli niby bez sensu, ale odpoczywam i to jest dobre. Może nawet zbiorę siły na wieczorną lekturę (od soboty byłam tak zbaniona, że nie przeczytałam ani jednej strony).












