Strony

czwartek, 15 lutego 2024

1522. Powrót do równowagi.

Niewiele jest rzeczy przyjemniejszych od wolnego poranka, gdy za oknem szemrze wiosenny deszcz, w Kuchniosalonie leniwie przelewa wodę pralka, a człowiek (czyli ja) siedzi spokojnie przy stole i popija herbatę. Do wsi po deszczu weszła morska mgła. 

Narcyzy, stan na dziś:

Z rzeczy pożytecznych, po bardzo długiej przerwie odpaliłam starego laptopa. Hapek ożył, z zadowoleniem stwierdzam, że jego bateria jeszcze zipie (większy remanent w archiwum zdjęć zostawiłam sobie na kiedy indziej).

Dokończyłam oglądanie Barbary i Jana (1964); podróż w siermiężny peerel była dość interesująca, ale dobrze, że składała się tylko z siedmiu odcinków, na więcej nie miałabym odporności. Wybrałam się na godzinny spacer nad morze (w trakcie tatko zadzwonił, więc pokazałam mu wodę; fale wyglądały na leciutko przybrudzone, na skraju przypływu spore stado małych biegusów, czy innej drobnicy, wykonywało swój zwyczajowy trucht kulinarny). Po spacerze wyskoczyłam jeszcze po mleko do sklepu za rogiem i gdy wracałam, napotkałam Amber idącą ścieżką Rysiową. Kot został pogłaskany, ale to nie to samo. Smutek. Upiekłam naleśniki, zjadłam trzy; poszłam spać. Kochany wrócił późno. Podczas obiadokolacji zadzwonił do niego Zbynio, więc też zagadałam ...

Dzień złożony z puzzli niby bez sensu, ale odpoczywam i to jest dobre. Może nawet zbiorę siły na wieczorną lekturę (od soboty byłam tak zbaniona, że nie przeczytałam ani jednej strony). 

środa, 14 lutego 2024

1521. Śpiąca środa.

Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie Anna. Wyszła ze szpitala i przynajmniej przez dwa tygodnie będzie w domu opieki niedaleko nas, podobno żeby nabrać sił (ciekawe, co z tego wyjdzie).

Zrobiło się cieplej, spadł deszcz i spaliśmy przy lekko otwartym oknie. Pomimo długiego snu wstałam zupełnie nieprzytomna. W przyrodzie świergotania i hormony wzrostu, otworzyły się pierwsze narcyzy wystawione przed domem, zakwitł dereń przy przystanku, ja tymczasem jak zombie z bolącymi dłońmi. W Centrum zaszyłam się z komputerami i przeciągałam każdą czynność, żeby nie było konieczności brania się za coś innego. Przerwa z kulyżankami pokazała mi, że nie ja jedna byłam spowolniona (tematyka rozmów kręciła się wokół zdrowia psychicznego i przystojnego księdza z którego powodu Bridżet od czasu do czasu zachodzi do kościoła). Pracownicze przeczekiwanie zwieńczyłam spacerem do B&B, krótką rozmową z Izoldą i zjedzeniem muffinki z malinami (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że rano obsługę sąsiadującego Marksa & Spencera poinformowano o planach zamknięcia sklepu; 57 osób straci pracę).

Po mało twórczym obiedzie (mój zmęczony Walenty zjadł go nie zmieniając munduru) zadzwoniłam do rodziców z życzeniami (bo dlaczego by nie), zrobiłam nam po granoli, po czym zapadłam się w oglądanie kolejnych dwóch (4 & 5) odcinków Barbary i Jana (1964). Fabuła wystarczająco głupia na mój dzisiejszy poziom (a i tak zauważam, że moda pierwszej połowy lat 60-tych raczej nie schlebiała kobiecej sylwetce). Oboje jesteśmy wyzuci z energii, Kochany ma gorzej, bo jutro znowu wstaje przed świtem. Ja mam lepiej, bo 1) wstaję kiedy chcę, 2) mam Kochanego.

wtorek, 13 lutego 2024

1520. Shrove Tuesday.

Koleżanki jadły naleśniki, a od jutra niby dieta i sztuka rezygnacji. Ja nie wiem, nie mam nastroju na takie historie. W pracy grzebanie w komputerach i Kirsty, która i tak nie pojawiła się po przerwie na lunch. Deszcz zaczął padać dopiero po moim powrocie do domu (zauważam pozytywy, staram się). Kochany lubi Babcię (dopisek mężowski: jeżdżąc nią czuję się zrelaksowany). Jemy obiad, rozmawiamy o muzyce i o nadwrażliwości emocjonalnej po śmierci Rysia. Herbata z cytryną i cukrem, prysznic (pół godziny na zerknięcie w papiry) i spać. Może jutro znajdę siłę na spełnianie planów noworocznych (czyżby to już luty? sacrebleu!).

poniedziałek, 12 lutego 2024

1519. Alpaki, Dougal & Ted, Grandma.





Dougal & Ted

W porannym ziąbie zapoznałam się na przystanku z sąsiadem, partnerem Evy. Ma 57 lat (byłam przekonana, że jest mu bliżej do wieku taty), długo pływał po Atlantyku, a teraz jest wiejsko-miejskim ladaco.

Spacerowanie z alpakami byłoby pewnie bardziej relaksujące, gdyby nie przejmujący chłód i podmokły teren. Nie wina alpak. Nasz chłopak miał na imię Klark, przepiękny był też rudawy Feniks. Łagodne zwierzęta pochrumkiwały, skubały trawę i przypatrywały się nam wielgachnymi oczami. Mały Dougal chodził za dużym Tedem wszędzie łapka w łapkę, a walliserska czarnonosa mogłaby się fotografować i fotografować.

Całkiem wcześnie wróciłam z prowincji do miasta i mogłam spokojnie załatwić to, co miałam zrobić rano: poszłam do banku po przekaz dla Aarona. Następnie przeszłam na drugą stronę rzeki, do Waterstones, oraz na chwilę przysiadłam w Insomnii, żeby rozgrzać się herbatą. W ubezpieczalni wpisałam Babcię do polisy, w Il Forno zjadłam carbonarę. Wszystko sprawnie i przed czasem; Ka odebrał mnie w umówionym miejscu i we troje mogliśmy pojechać po Babcię, na którą przyszło nam trochę poczekać, ponieważ mechanik dopiero zmieniał olej. Mam nadzieję, że to na jakiś czas koniec samochodowych przygód. Fred dowiózł nas do domu ucząc się po drodze nowych funkcji, Ka przy okazji zrobił własny research i udał się w swoim kierunku; od jutra powrót do normalności.

Postscriptum #1518.

Wiosenna deprecha? Kochany uważa, że to od śmierci Rysia tak nas oboje męczy. Może zmęczenie pozimowe, może brak nowego celu; zauważam, że bardziej tęsknię za domem w Polsce i trudniej jest się mi zabrać do robienia praktycznych rzeczy. Kiedy leżę, chcę wstawać; gdy mam iść do pracy, chcę wracać do łóżka.

niedziela, 11 lutego 2024

1518. Spacerujemy wiosennie.

Piękna, jasna (może nawet aż za bardzo dla zimowych borsuków, takich jak ja) niedziela. Za oknem dźwięki wiosenne i zaraz zakwitną narcyzy w doniczkach, te posadzone rozumnie:

Wybraliśmy się z Fredem w kierunku morza i poza planem załapaliśmy się na kibicowanie pięciokilometrowemu biegowi, który zaczynał się o dwunastej. Trudno było patrzeć pod słońce, więc po dłuższym postoju na zakręcie, gdy już minęło nas kilkuset uczestników, ruszyliśmy w dalszą drogę. 

Morze było akurat w pełnym przypływie, znaleźliśmy kilka jeszcze żywych małż, którym usiłowaliśmy pomóc (kto wie, jak skutecznie), trzy zdecydowanie martwe, oraz różne inne dziwy (np. Fred układał puzzle z krabich szczypiec). 



Wróciliśmy do domu przez zagon domków letniskowych pomiędzy którymi na trawnikach kwitną maleńkie stokrotki. Około drugiej byliśmy z powrotem u siebie, z chłodnymi policzkami i ciepłymi nosami. Po relaksie i obiedzie Kochany poszedł się przespać. Tak jak sobie dwa tygodnie temu umyśliłam, podjadając bożonarodzeniowe pierniki obejrzałam Barbarę i Jana (1964), na razie tylko dwa pierwsze odcinki serialu, wysiadłam przy trzecim (widziałam go u rodziców). Kiedy Fred wstał, słuchaliśmy kolejnych płyt, w tym Amy Winehouse, At the BBC (2012) oraz Jacka Kleyffa & Kapelę Drewutnia (2017). Popołudniowa kawa niewiele pomogła, jestem zmęczona i bolą mnie oczy. Od czasu do czasu Kochany rusza mi na pomoc.

sobota, 10 lutego 2024

1517. Razem.

W piątek miałam ambitny plan czekania na Kochanego, ale cuszzzz, wydarzyło się inaczej. Późnym wieczorem przeczytałam jeden rozdział z Tokarczuk, Drive Your Plow Over the Bones of the Dead (Fitzcarraldo Editions, 2020), czyli po angielskiemu (bo mam taką wersję) i zapadłam w drzemkę. Wybudziłam się ok. północy, w sam raz przed videoczatem z Fredem, który mi zaanonsował, że jest na lotnisku 50 km ode mnie, właśnie odebrał walizkę i zmierza na przystanek. Kiedy Kochany wszedł do domu, byłam zbyt zaspana, żeby witać się przytomnie (czyli nie wiem, która to była godzina). Pobudka o dziewiątej. Pokazałam mamie, że jej ulubiony zięć dojechał nieuszkodzony. I mam ładnego T-shirta od męża, z Wenus Botticellego. I herbatę zrobiłam w kocim kubku, któremu nic się nie stało w podróży.

Soundtrack z przywiezionych przez Freda cd: Mirek Czyżykiewicz, Allez! (2005) oraz Odpoczno, Dryf (2022) — świetne płyty, od pierwszej nuty do ostatniej. 

Dealer potwierdził, że auto jest nadal dostępne i po południu Ka zabrał nas swoim pojazdem do północnego Dublina na okazanie, obmacanie i objechanie. Samochód wygląda nieźle, a w czasie jazdy próbnej Aaron (sprzedawca) pocisnął Fredowi historię o tym, że wcześniej używały go tylko dwie babcie (Aaronowe oczywiście). Jeśli więc dojdzie do transakcji (a wszystko na to wskazuje — małżonek wpłacił zaliczkę), mamy nazwę dla auta: Babcia. W drodze powrotnej zabraliśmy Ka do CG, na obiad i kawę. 

Zeszło nam całkiem sporo czasu, nażarci jak nie powiem kto w domu byliśmy na powrót po zmroku. Wychłodziłam się, złakniona wrzącego prysznica nucę ludowe przyśpiewki.

piątek, 9 lutego 2024

1516. Oczekując.

Za oknem szaruga. Zasnęłam późno, spałam niezbyt spokojnie i już o siódmej byłam na nogach. Aura nie sprzyjała spacerom, więc przyjęłam taktykę gniazdownika. Kochany od rana pakował się (zdołał wcisnął do walizki wszystkie zaległe artefakty, w tym mój koci kubek, prezent podchoinkowy) i sposobił się do drogi (nastawiał uszu w kwestii dzisiejszego strajku rolników i w końcu zdecydował się na dojazd do Wro szynobusem).

Fejsbukowe archiwum powiedziało mi, że dokładnie 8 lat temu byłam w Zieleńcu z kulyżankami Goshom oraz Ilką, i udawałam, że jeżdżę na nartach.

Obejrzałam starożytny film Buczkowskiego, Smarkula (1963). Obyczajowo naciągana historyjka, Prucnal piękna. Zrobiłam gulasz wołowy i prasowanie. Bolą mnie stawy u stóp i dłoni, nie za mocno, ale powtarzalnie.

A Kochany już leci do mnie.
___
Gulasz po świechnowemu: 
kawałki Tescowej wołowiny (jakieś 300 g) obtoczone w mące smażyłam na oleju. Następnie wołowina do garnka, jakieś dwie szklanki wody gotowanej, dwa małe liście laurowe, dwa bobki pimentu, trochę ostrej papryki i duszenie pod przykryciem. Na patelni po smażeniu wołowiny zeszkliłam posiekaną cebulę, pod koniec dodałam przeciśnięte przez praskę zębisko czosnku. Wrzuciłam do duszącej się wołowiny cebulę z czosnkiem, dorzuciłam trzy spore marchewki w plastrach. Po godzinie duszenia wrzuciłam do garnka resztki starej papryki pokrojonej w kostkę, posoliłam wywar, przyprawiłam lubczykiem i pieprzem (jeszcze godzina lub półtorej, zależy od rodzaju wołowiny). Najs. Następnym razem dodać selera naciowego.

czwartek, 8 lutego 2024

1515. Ano tłusty.

Pogoda dla kaczek i mew, lało i wiało od samego świtu, więc oczywiście do kolekcji rano autobus spóźniony. Najpierw absorbowałam wilgoć chowając się za winklem (po tej stronie drogi nie ma wiaty przystankowej), a potem mocno trzymałam się fotela, gdy kierowca nadrabiał stracony czas. Nieoczekiwane bonusy? Zarówno w drodze do miasta, jak i po południu nie płaciłam za bilet.

Po przyjeździe do Drołdy w zacinającym deszczu tak wyciągałam nogi, że przegoniłam o spory dystans Sprzedawcę Butów, czego nie omieszkałam mu uświadomić, gdy spotkaliśmy się przy kasie w Czarnej. W ogóle, trzymał się mnie dzisiaj irlandzki humor. Bridżet zauważyła to podczas lunchu w przeludnionym schowku na szczotki na drugim piętrze Centrum, gdy tłumaczyła, dlaczego zwala wszystkie obowiązki kontaktu z TPTB na Alis, chociaż mają równorzędne stanowiska. You simply think she's just better. Humor utrzymywał mi się, gdy Rona zapytała dlaczego używam jej kubka, jej bo z literką R (uwaga, to był dowcip taki irlandzki, więc pociągnęłam temat, odparłam, że byłam pewna, że chodzi o Royalty). A tak w ogóle kupiłam kolegom pączki i wcisnęłam kit, że ich zjedzenie przyniesie im szczęście. Za oknem szaruga, w budynku same ciche myszki; siedziałam głównie z Lukiem i Katrin, trochę plotkowałyśmy, trochę przejrzałam zawartość kilku komputerów.

Dobry nastrój nie opuścił mnie i w drodze powrotnej. Did you buy ice creams? zagadnęłam Ann, mieszkankę domu na kółkach, rozwódkę, miłośniczkę samotnych spacerów i Rory'ego Gallaghera (sporo informacji jak na 10 minut rozmowy). Kupiła! I nawet wyciągnęła pudełko, żeby mi pokazać. Lody o smaku karmelu i brownies, firmy Ben & Jerry's. Potem już mogłyśmy czekać ile z tej okazji autobus będzie miał spóźnienia. A jednak, imaginujecie sobie państwo, autobus przyjechał przed czasem. Klątwa nie zadziałała. Bywa i tak.

W domu obiad, pączek z nadzieniem truskawkowym zjedzony w połowie, rozmowy z małżonkiem o samochodzie (jeszcze w pracy umówiłam Kochanego na sobotę ze sprzedawcą) i innych takich. Potem już tylko czytanie do końca Rozdartej zasłony (Znak, 2016). 

środa, 7 lutego 2024

1514. Skoki.

W Centrum tylko z Lukiem Niebożątkiem (Kalem wpadł na moment, żeby się przywitać i poopowiadać what's the craic). W ciągu dnia trochę niefajnie się poczułam i po przerwie na lunch zaszłam do Hickeysa, żeby mi zmierzyli ciśnienie. 136/85. Czyli nie chodzi o ciśnienie, ale koleżanki się przejęły. Po krótkim wahaniu skorzystałam nawet z propozycji podwózki do domu (ogólnie nie było tak najgorzej, zakończyłyśmy dzień pracowniczy plotami o chorobach brytyjskiej rodziny królewskiej).

Kochany u rodziców, rozpieszczany obiadem i pychotkami. Był też u fryzjera (bardzo podoba mi się docinek Grubiutkiej, po tym jak powiedzieliśmy sobie "kocham cię" na do widzenia: To młode małżeństwo, widać; Fred ma swoją opinię na temat "staruszki": Sypniemy garść ziemi na jej kurhan … ewentualnie).

W temacie samochodu, chyba wyklarowała się nam górna granica przedziału cenowego, której nie przekroczymy.

Żeby tak od razu nie zapaść się w książki, poszłam do Tesco w Szkocji i zakończyłam oglądanie piątego sezonu opowieści dziwnej treści o grubych siostrach z Kenctucky. Jeszcze zdalna wizyta w domu rodzinnym i wieczorna inspekcja wszystkich śpiących zwierząt.

wtorek, 6 lutego 2024

1513. Konferencje, lektury, ploty.

Wróciłam z konferencji w Dundalku już przed drugą, zaszłam jeszcze do rzeźnika rodzinnego (to tyle z diety wegetariańskiej na ten tydzień) i do sklepiku po sąsiedzku (z okazji braku mleka; zazwyczaj nie mamy mleka i zazwyczaj nam to nie przeszkadza, ale przecież wcześniej kupiłam budyń ;)). Sprzedawczyni zapytała, czy nadal tęsknimy za Rysiem (teraz Amber się jej naprasza). Oczywiście, że tęsknimy, zawróciłam z drogi, żeby chwilę snuć myśl jaki to był wspaniały kot (przy okazji przywitałam się z Gerardem). Przedpołudniowe występy były średnio ciekawe, najlepsze wrażenie zrobił na mnie gość opowiadający o handlu ludźmi i matka ucznia transgender (a w przerwie bardzo dobre ciasteczka)

Gdy wracałam z centrum wsi (Saren mnie podwiozła i wysadziła pod rzeźnikiem) coś mnie tknęło, żeby zapukać do Anny, ale sąsiadka nie otworzyła drzwi. Pomyślałam, że zajrzę do niej po obiedzie. Akurat gdy jadłam i rozmawiałam z Fredem wyjeżdżającym z Jeleniej, pod dom sąsiadki podjechała karetka (paramedycy zabrali ją do szpitala).

Kupiłam dalszy ciąg śledztw profesorowej Szczupaczyńskiej, Rozdartą zasłonę, tym razem w ebooku (Znak, 2016). Po kwadransie tańczenia do Mery Spolsky wcześnie umyłam włosy, zakopałam się pod kołderkę z nową lekturą i ... jeszcze dwa razy ubierałam się szybko, żeby wyjść z domu. Najpierw zapukała do mnie siostra Anny. Nie zapamiętałam imienia, w każdym razie wraz z Teresą, drugą siostrą, poczekały aż się ubiorę, przemierzę w ciemności dzielący nas ogródek i pomogę im przestawić termostat w domu sąsiadki (temperatura była nastawiona na absurdalne 28 stopni). Potem wyszłam jeszcze raz, żeby z ciemnicy ogródka na tyłach wytaszczyć zielony kosz (śmieciarze jeżdżą jutro od bladego świtu, you never know). Katlin dostała pewnie identyczną wiadomość tekstową jak Fred, bo zastałam ją przy tej samej czynności (stąd znam plotę, że 3 tyg. temu Anna przewróciła się również w Drołdzie). 

Fred już bezpieczny, na powrót w domu moich rodziców (zgubił swoje ulubione, zielone rękawiczki, ale nie zgubił głowy). U mnie dwie książki do czytania na zmianę. Sztosik. 

poniedziałek, 5 lutego 2024

1512. Nastawiam uszu.

Słuchając postępów w śledztwie profesorowej Szczupaczyńskiej zaczęłam własne dochodzenie (genealogiczne; po raz kolejny tam gdzie ostatnio utknęłam). Podejrzewam, że wyjaśnienie zagadki znajduje się między Sanem i Wisłokiem. Dzień upłynął mi na porannym epizodzie pralniczym, popołudniowych, krótkich kontaktach ze światem (rodzice, Fred) oraz na słuchaniu całodziennym. Przed dziesiątą audio lektura Tajemnicy domu Helclów (Znak, 2015) zakończona. Nastawiam budzik na 6:50. Jutro trzeba już wyjść.

niedziela, 4 lutego 2024

1510-1511. Wiatr z zachodu.

Sobota
Kochany odezwał się z rana ubrany w nowy T-Shirt w obrazki z Boscha. Porozmawialiśmy, po czym rozpoczęłam bardzo spokojny dzień nicnierobienia. Ze spraw okołodomowych ruszyłam tylko jedną: wysadziłam do kilku donic pozostałe cebule wyciągnięte z ziemi pod oknem. Jest na to za późno, ale z tym już nic nie zrobię, wykiełkuje to, co może wykiełkować. Poza tym wysypałam szpakom robaki (cieszę się, że ptaki wróciły do ogródka). Rozmawiałam krótko z mamą. Zrobiłam też binge-watching dalszych odcinków Shroud for a Nightingale, 2-5. Dobre uczynki zostały przesunięte na jutro.

Pod północ, gdy czytałam w łóżku, nagle przez messengera zadzwonił Perlisty. Rozmawiał wcześniej z Fredem, ze mną też chciał pogadać. Wymówiłam się po kwadransie (myślę, że jest bardzo samotny).

Niedziela
Włożyłam ciut więcej wysiłku niż wczoraj w to aby nadać temu dniowi jakąś strukturę. Duże śniadanie. Skończyłam czytać Chrześcijaństwo. Amoralna religia Nowaka & Ziemińskiego (Prószyński i S-ka, 2023) i wybrałam z półki jako lekturę do nadrobienia dawno odstałą Gomorę tandemu Nowak & Obirek (Agora, 2021). To będzie czytadełko wieczorne, w ciągu dnia wolę słuchać świeżo kupionego audiobooka z głosem Doroty Segdy przedstawiającym Tajemnicę domu Helclów Szymiczkowej (Znak, 2015). 

Przed południem znowu odezwał się do mnie Perlisty (?). Po południu Fred zadzwonił, żeby mi wigilię pokazać, więc pomachałam wszystkim przy stole i zostało mi odmachane. Pisałam z Aś (u Pewnej Osoby wszystko dobrze, dochodzi do siebie po operacji oka). Rozmawiałam z mamą (coś jest przygnębiona). Rozmawiałam z Luś (w pracy wydarzyła się tragedia; wymieniamy się uwagami o lekturach). Rozmawiałam z mamą jeszcze raz (żeby jej przekazać wiadomość o tragedii). Rozmawiałam z Fredem (Kochany zły na pogodę i podłamany, bo nie wie jak wyszły zdjęcia). Podczas tej ostatniej rozmowy na poprawienie nastroju zaczęłam podjadać przywiezione z Polski herbatniki bożonarodzeniowe (smarowałam je obficie polskim dżemem malinowym i wszystkie herbatniki zniknęły; nie powinnam, ale już sobie wybaczyłam). Wszystko pewnie przez ten wiatr. Czyli jest szansa na poprawę.

piątek, 2 lutego 2024

Postscriptum #1509.

Obejrzałam pierwszy odcinek Shroud for a Nightingale, czyli Dalgliesha z roku 1984. A Fred w Jeleniej poszedł na Kosa (2023) i teraz żałuje, że nie poszliśmy razem, bo nie może mi opowiedzieć wszystkiego i musi czekać z dogłębną analizą. Poza tym Kochany już zakupił karton i będzie wycinał korony. 

Wśród dobrych uczynków na jutro: zagadać do Aś.

1508-1509. Dobrze i źle.

Czwartek
Kochany miał zdecydowanie więcej ekscytacji (np. bardzo długi spacer z czterema psami), u mnie poranna radość z użycia wełnianych skarpet i powtarzalne nudy. Wieczorem rozmawialiśmy sobie o mężowskim kursowaniu po trasie nadbobrzańskiej (w tle u męża śpiewał Dyjak). Cieszę się, że plany Freda posuwają się do przodu. Tęsknię, dłubię, piorę, doprawiam.

Piątek
Miało nie padać, tak mówiła prognoza internetowa. Shame on you tak kłamać, prognozo (nie od rana, ale jednak). W Centrum zapracowałam na podwójną pensję: trzy godziny z atencjuszami i nikomu nie odgryzłam łba (po prostu jestem w tym dobra, ale tylko Wielki Bóbr wie ile mnie to kosztowało). Po dwunastej pożegnałam się z wszystkimi i poszłam na obiad do CG, potem powędrowałam na zasłużoną kaffkę w Czarnej i zakupy spożywcze do Tesco. Plany: najpierw przerwa, potem przez cztery tygodnie robię same miłe rzeczy. Długi weekendzie, przybywaj!

PS. Powrót do domu trochę jednak mną trzepnął. Korzystając z okazji, że pierwszy raz w tym tygodniu wróciłam o ludzkiej porze, gdy na świecie jeszcze jasno, zajrzałam do ogródka na tyłach. W zepsutym karmniku znalazłam padłego szpaka, który musiał się jakiś czas temu zaklinować w tej plastikowej tubie. Biedak :( I nasza to wina, pokrywka od karmnika odpadła i urządzenie nie powinno już wisieć w tym miejscu. Ułożyłam szpaka pod paprocią. Rozsypałam ziarna na trawnik :I (zaraz przyleciały dwie zięby).