Drzewiej na przednówku była rzeźnia, przodkowie padali jak muchy, dziatwa zasypiała snem wiecznym hurtowo. Nie będę więc narzekała, że nie mogę się doczekać jakiejś możliwej pogody, skoro mam pełną lodówkę, pod ręką witaminy i serum do skóry głowy, a rano wstaję i w domu jest ciepło. Nigdy, przenigdy nie chciałabym żyć w dawnym, "lepszych" czasach! Faktem jest, że ogon mi się trochę ciągnie, ale w roku musi być jakiś czas spowolnienia i na to jest zima z przednówkiem, żeby się ciągnął. Powiedziałam! Trochę mi lepiej ;)
Po ósmej oboje byliśmy już na chodzie jak dwa niedźwiedzie dopiero co obudzone z zimowego snu. Słucham, ale nie słyszę, coś tam piszę, herbata się wypija, tulanie, Kochany kawę prokuruje, w sypialni ryczy alarm, że czas iść do Junony, co zmusza mnie w końcu do przebrania się ze szlafroka.
Śniadanie. Papiery na jutro. Kochany wyjeżdża po chleb znikający w tempie ekspresowym. Odkrywam, że robi mi się na ustach "zimno", w tym miejscu, co zawsze. Czyli nie złudzenie, że mam zniżkę formy.
Odkrycia ogrodowe: moje jest takie, że jest dwóch panów kosów, mężowskie takie, że już wiadomo, co w ostatnich czterech dniach tak przyspieszyło proces znikania ziarna (gdy Kochany wracał z zakupów i rzucił okiem do ogródka, zauważył, że w gęstwinie wspinającego się po płocie bluszczu irlandzkiego siedzi ze 30 wróbli, dosłownie na każdej gałązce, i to nie jest slim fit, zakończył mąż). Mamy własne wróble z nadwagą czyli.
Mąż wrócił akurat gdy skończyłam papiery i zaraz zaczął robić obiad. Dorzuciłam swoje trzy grosze w temacie brokułów gotowanych na parze i sosu jogurtowego. Po obiedzie zadzwoniłam do mamy, żeby uaktualnić stan pogodowo-zwierzakowo-mentalny. Nawijałyśmy prawie godzinę, Fred wyjaśnił, co to jest kontrast, w międzyczasie tatko wrócił ze spaceru z psem i też się dołączył (obłożony kanapkami).
Umysłowo przeskakuję płotki, wybiegam dalej i lepiej: jaram się, że lecę do rodziców, tym bardziej, że odkryłam reaktywację włoskiej restauracji, która ma nastąpić na dniach. Kiedyś, ach, kiedyś chodziło się do niej z przyjaciółką, potem przestali podawać makarony, potem chyba zmarł właściciel, budynek zasnął, w jego brzuchu spał piec. Kogoś na szczęście skusił dobry piec i wiem już, gdzie zaproszę rodziców na obiad.
Kochany tymczasem, po konsultacji z Perlistym, kupił bilety na marcowy wylot w okolice Moguncji. I żonę zabiera, będziemy się niemczyć! Małe potknięcie (kosztujące mnie godzinę czekania): nie wiadomo, który parking lotniskowy nabyliśmy drogą kupna. Czekając na swoją kolejkę do zadania pytania na czacie (na początku byłam ponad trzysta pięćdziesiąta) wysiedziałam jajo. W tym czasie rozmawialiśmy z mężem o Rewolucji Francuskiej. Bardzo dobry temat, it seems like a good solution now.
___
edit 21:55 Skoro już emocje opadły i weszłam pod prysznic, przypomniało mi się, że rodzicom spodobał się nowy ksiądz, co to był po kolędzie chodził. Wieś rodzinna nie miała szczęścia do księży, czyli to miła wiadomość. Na czacie rozmawiałam z Polką, po angielsku; pewnie trudna taka praca (Ryanair to nie jest rewelacyjny pracodawca). A poza tym, chyba już wiemy, gdzie w czasie weekendu w Niemczech chcemy mieszkać: w pewnej pięknej dziurze.