Jeszcze nie wiem, czy spacer. Wiszą nad nami paskudnie smoliste chmury, tylko nad morzem przebija jasny pasek horyzontu. Chmury stoją i się gapią w dół. Nie pisałam o tym, co wczoraj, bo wczoraj był dzień zawiechy. Na spacerze spotkałam Uśmiechniętą Kathleen, która mnie pobłogosławiła (akurat leciuchno kropił na nas deszcz). Potem dręczyłam męża drugim odcinkiem DiU w oryginale. Obejrzeliśmy też dwa filmy Zaorskiego, Awans (1974) i Kaprysy Łazarza (1972). Ten pierwszy ma swoje dobre momenty. Poza tym Fred odpoczywał po nocnym powrocie z pracy, więc żadnych ekscesów, ot byliśmy sobie całkiem miło. I mąż pochwalił mi się zakupem — spodniami w kratę i zajebistymi szelkami, obydwie rzeczy od RL.
Przy takiej pogodzie za oknem nadal słyszę jakieś ptaszki.
__
edit 12:00 Poszłam, a nawet na samej plaży puściłam się galopem. Na plaży spotkałam Gráinne, która prowadziła jogę dla kilku pań — kurtki i gołe stopy, obmywane przez przypływ. W drodze powrotnej widziałam czarnego kotka, który przytulił się do murku, gdy go zaczepiłam Hey, I see you, i pana obkopującego krawężniki z chwastów, i deszcz, który z opadającej mgiełki zamienił się w hoży kapuśniaczek, gdy byłam 100 m od domu. A teraz herbata z miodem i gra nam Pink Floyd płyta Meddle (1971).
___
edit 21:30 Zrobiłam Fredowi postrzyżyny, zjedliśmy obiad, potem mąż sam pojechał na zakupy spożywcze, w tym czasie czytałam książkę, obejrzałam dodatki na dvd DiU i porozmawiałam z rodzicami (jeże wprowadziły się do budy po zmarłej Lali, pewnie będą tam zimowały). Kotu dobrze się śpi przy pierwszej płycie Metallici.
___
edit 22:20 Wu w poniedziałek wychodzi ze szpitala. Słuchamy tej świetnej płyty Soyki nagranej live w Teatrze Stu w 1989 roku.





































