Strony

sobota, 17 października 2020

304-305. Piątek i sobota.

Jeszcze nie wiem, czy spacer. Wiszą nad nami paskudnie smoliste chmury, tylko nad morzem przebija jasny pasek horyzontu. Chmury stoją i się gapią w dół. Nie pisałam o tym, co wczoraj, bo wczoraj był dzień zawiechy. Na spacerze spotkałam Uśmiechniętą Kathleen, która mnie pobłogosławiła (akurat leciuchno kropił na nas deszcz). Potem dręczyłam męża drugim odcinkiem DiU w oryginale. Obejrzeliśmy też dwa filmy Zaorskiego, Awans (1974) i Kaprysy Łazarza (1972). Ten pierwszy ma swoje dobre momenty. Poza tym Fred odpoczywał po nocnym powrocie z pracy, więc żadnych ekscesów, ot byliśmy sobie całkiem miło. I mąż pochwalił mi się zakupem — spodniami w kratę i zajebistymi szelkami, obydwie rzeczy od RL.

Przy takiej pogodzie za oknem nadal słyszę jakieś ptaszki.
__
edit 12:00 Poszłam, a nawet na samej plaży puściłam się galopem. Na plaży spotkałam Gráinne, która prowadziła jogę dla kilku pań — kurtki i gołe stopy, obmywane przez przypływ. W drodze powrotnej widziałam czarnego kotka, który przytulił się do murku, gdy go zaczepiłam Hey, I see you, i pana obkopującego krawężniki z chwastów, i deszcz, który z opadającej mgiełki zamienił się w hoży kapuśniaczek, gdy byłam 100 m od domu. A teraz herbata z miodem i gra nam Pink Floyd płyta Meddle (1971).
___
edit 21:30 Zrobiłam Fredowi postrzyżyny, zjedliśmy obiad, potem mąż sam pojechał na zakupy spożywcze, w tym czasie czytałam książkę, obejrzałam dodatki na dvd DiU i porozmawiałam z rodzicami (jeże wprowadziły się do budy po zmarłej Lali, pewnie będą tam zimowały). Kotu dobrze się śpi przy pierwszej płycie Metallici.
___
edit 22:20 Wu w poniedziałek wychodzi ze szpitala. Słuchamy tej świetnej płyty Soyki nagranej live w Teatrze Stu w 1989 roku.

czwartek, 15 października 2020

303. Nie wiem ...

gdzie się podział ten czwartek i nie wiem, co mam o nim napisać. Spróbujmy jednak. 

I wonder if you could do me the very great kindness of considering the possibility of waking up?

— to jedno z lepszych zdań, jakie usłyszałam w serialu ever. W ogóle piękne zdanie. Ponadczasowe.

Gdybym kiedykolwiek miała dużo pieniędzy, Stone Hall w Glendore mógłby spełniać moje standardy ;) Fred jest w pracy, ale poinformowałam go o tym znalezisku i zgadza się. Teraz tylko musimy mieć 4 mln. Euro. I rozmawiałam przez komunikator z Anne. Jeszcze będziemy spacerowały razem, tylko musi się uporać ze swoim wewnętrznym leniwcem. Obiad z Anne odłożony. Oglądanie prezentów ojca Anne odłożone na czas, gdy będzie się można odwiedzać. Kiedyś zrobimy te rzeczy, ale zaczniemy od spaceru. 

Wróciłam do Wodnikowego Wzgórza i z przyjemnością przeszłam do jego drugiej części.

środa, 14 października 2020

302. Jeden z tych jaśniejszych dni.

Szary poranek o ósmej specjalnie dla mnie zamienił się w słoneczne przedpołudnie, więc minęłam dwie panie, które przed domem okutane w kocyki grzały się w słońcu i pana z czarnym psem podobnym do naszego zmarłego Grahamka, żeby dojść do morza w przypływie. Żałowałam, że nie wzięłam aparatu, były piękne fale. Po powrocie zagadałam do taty i babci Mani. Tata już udekorowany w golf i uczesany na Cary Granta wybierał się po mamę. Wypytałam babcię o jej pożyczoną suknię ślubną — babcia miała ją od koleżanki, Marii Szymańskiej. Do tego założyła wiśniowe buty. Rozmawiamy potem z Fredem o polskiej wsi, o tym jak wszystko się zmienia.

A to już fotki ze spaceru popołudniowego:



Przypływ wracał, miałam aparat. Po krótkim spacerze we dwoje (chłodny wiatr) pojechaliśmy na zakupy spożywcze, żeby wrócić przed zachodem słońca. W Tesco Fred kupił rocznicowe dvd Dumy i uprzedzenia (1995), niestety płyty nie odpalają na naszym odtwarzaczu, jest to raczej wina odtwarzacza, a nie płyt. 
___
edit 00:13 Na komputerze oglądamy z Fredem szerlokowy odcinek The Second Stain, a po nim pierwszy odcinek DiU. Mąż ogląda ze mną babskie filmy, na dodatek w oryginale, świat się kończy. Wszystko wskazuje na to, że przed jego skończeniem wejdzie rządowy zakaz sąsiedzkich odwiedzin na terenie całego kraju, tak ogłoszono wieczorem. Do męża na mejla teściowa przysłała przepisy na domowej roboty lekarstwa na covid. Ni ma żartów.

wtorek, 13 października 2020

300-301. Dwupak.

Przed chwilą wróciłam z godzinnego spaceru, nastawiłam pranie i zaparzyłam kawę dla siebie. Fred jeszcze wypoczywa, położył się spać po piątej rano, po powrocie z Galway. Pojechał tam wczoraj o jedenastej, był to więc dla niego długi poniedziałek, który dla mnie porozłaził się na drobne czynności (przed obiadem dowiedziałam się o powrocie Szerloka ;), przy prasowaniu obejrzałam Kobiety (1939) Cukora, po rozmowie z Anne zapisałam się na niedzielną jogę online. Kobiety to straszna ramota w całości nagrana w studiu z domalowanymi krajobrazami. Najwięcej sympatii wzbudziła we mnie postać grana przez Marjorie Main. Anne przeszła ponownie na pracę zdalną, a Fredowi nie zapowiada się więcej zleceń na ten tydzień. Covid napiera i psuje nastrój. Listonosz właśnie wrzucił nam do domu zamówione maseczki.
___
edit 23:20 Dwa odcinki The Return of Sherlock Holmes (1986-88): The Abbey Grange (interior to sala w Dunham Massey Hall w hrabstwie Grater Manchester, exterior Adlington Hall w hrabstwie Cheshire) oraz The Musgrave Ritual (Baddesley Clinton Manor House w hrabstwie Warwickshire). Ostatnio bawi mnie odkrywanie lokalizacji tych wszystkich pięknych domów. Nigdy nie wiadomo, kiedy będę przejeżdżała obok ;)

Z nowości: polski teatr, który miał się nam objawić w Irlandii w marcu, potem w czerwcu, następnie w październiku, ponownie przesunął swoj przyjazd do Dublina, tym razem na luty'21. Dodatkowo sztukę teatru Kwadrat zmieniono na inną. Miała być Godzinka spokoju, będzie (jak covid da) Nie książka zdobi człowieka z Małaszyńskim. Ta podmiana akurat mi odpowiada.

niedziela, 11 października 2020

298-299. Dla odmiany, krótko.

Sobota.
Wczoraj zaprzestałam być studentką WSB. Byłam nią jakiś tydzień ;) Zakupiłam online trzy dodatkowe maseczki, w tym jedną dla Freda, u tej samej dostawczyni, co poprzednio, linenforwomen. Byliśmy na zakupach w Drołdzie do zmroku (mamy nową narzutkę na tapczan obleziony futrem Rysia), a potem słuchałam kanonu Pachelbela ;)

Niedziela.
Pobudka (śniło mi się, że napisałam książkę). Śniadanie jak u Czubaszek (parówki). Mycie zębów. Spacer od punkt 11 (dziś 45 minut). Kawa teraz. Moning.
___
edit 00:47 Obiad zrobiony przez Freda (pyszne spaghetti z łagodnym sosem), drzemka poobiednia, dyskusja po filmie Dwóch papieży (2019) Meirellesa u Ka&Jot — to kilka kolejnych przyjemności tego dnia. Film z Hopkinsem i równie dobrym Prycem ogląda się niezgorzej, natomiast nie mam wątpliwości , że fabuła ma niewiele wspólnego z faktami. Cukierek. Ładna scenografia.

piątek, 9 października 2020

297. Dzień, w którym nic się nie dzieje, więc poświęcę mu trochę czasu.

Wpis zaczynam od uwiecznienia prezentu od Aś (wczoraj wieczorem byłam tak zlasowana, że nie miałam siły gmyrnąć przy pamięci aparatu). Nasi przyjaciele i znajomi trafiają w nasz gust i potrzeby :D

Poranek zaś był taki, że otrzeźwił mnie Patryk Jaki przemawiający w PE na facebookowym feedzie mojego kuzyna Grega (Jaki przepraszają za Patryka, a ja rymuję, wiem). Przypominam sobie, jak tatko szukał Gregowi miejsca w zawodówce, bo technikum okazało się dla niego w trakcie roku szkolnego zbyt dużym wyzwaniem. Cóż, tak się wykuwała nowa elita, która teraz ma w końcu szansę zaistnieć. Pora wstać. Ponieważ od zeszłego piątku ekspres niedomaga, tym razem nie robiłam Fredowi kawy, ale czekałam, aż się obudzi, fizycznie i mentalnie, żebyśmy mogli pójść na spacer wspólnie, bo słoneczko zachęcało do aktywności. W tej sprawie nasze tempa się rozchodzą, ja zwykłam znajdować radość w spacerze przedpołudniowym, Fred o tej porze ma rozruch. Ostatecznie wyszliśmy po pierwszej. Była fatamorgana ...


... był pies, który radośnie przypędził do nas jak wicher nie zważając na okrzyki opiekuna, i równie szybko do niego powrócił, bo jest good boy, z tego powodu zdążyłam mu zrobić tylko zdjęcie ogona ...


... i gęstniejące chmury ...


... które zlały nas dokumentnie w drodze powrotnej ...


... ale oboje w goretexach wróciliśmy do domu z uśmiechami na twarzach. Od razu wyskoczyłam z mokrych spodni i zabrałam się za pichcenie rosołu, chłód jednak pozostał we mnie na dłużej. Ponieważ jestem wyziębiona, Fred pojechał do Ka&Jot sam (z komputerem, żeby pokazać im nasze zdjęcia ślubne). A ja się dogrzewam i planuję obejrzeć ostatni odcinek The Adventures of Sherlock Holmes (1984-86). Ach, i takie zdjęcie zrobiłam zanim zapadł zmrok:


- Mamo! One się ze mnie śmieją!

Szpaki się doigrały, najwyraźniej. Jesteśmy przekonani, że te śliczne ptaki wystawiają czujki pod naszym adresem — wystarczy, że cokolwiek jadalnego wystawię na miseczce przed dom, a nie zdążę zamknąć drzwi, jak chmara darmozjadów opada na trawnik. Mają chyba zestaw krótkich sygnałów, wyraźnie dzisiaj widziałam jednego szpaka na kalenicy domu sąsiadki, który patrząc mi prosto w twarz zrobił znak skrzydłami i wydał z siebie krótki gwizd. Rzut oka do tyłu, i widzę jak już lecą ... Sami ich tego nauczyliśmy, to teraz mamy :). Rysio wieczorem wdrapał się na sąsiadujący dom i łapką mieszał pod dachem, gdzie nasi skrzydlaci sąsiedzi chętnie nocują. To musiało być coś osobistego.

Z rzeczy smucących: w najbliższym czasie ze względu na pandemię raczej nie będzie kolacji we czworo, nas i Anne z mężem. Po drugie, od jakiegoś czasu Katlin niedomaga, diagnoza odkłada się w czasie. Po trzecie, teść wyraźnie głuchnie.

czwartek, 8 października 2020

296. Tupu tupu tupu tup.

No i czy my jesteśmy normalni? Dzień zapowiadał się pogodowo okej i wspomniałam Fredowi, że zamiast spaceru nad wsiową plażę, możemy podjechać na inną. Czyli do Annagassan, a skoro tam, to do El Paso po benzynę, a stamtąd już przecież (w wyobraźni męża) blisko do Carlingford.

Rzekło się, na plaży powrzucaliśmy kilkanaście sercówek do morza (niech żyją), robiąc zdjęcia rozcięłam sobie wargę aparatem ... 


... w Carlingford pustki, restauracje nieczynne, Aś nie ma w pracy (ale Fred kupił wymarzonego T-shirta z baranem z wyspy Man). Jadąc do i z Carlingford natknęliśmy się za to na checkpointy gardy, czyli nie ma żartów, kraj być może przygotowuje się do drugiego lockdownu. Nie zatrzymali nas, bo wyglądamy, jakbyśmy całe życie jeździli po irlandzkiej prowincji, między krowami i owcami (stosownie do tego w drodze powrotnej sztachnęliśmy się zapachem obornika jak lokalesi).

Bardzo głodni zaszliśmy do Kingfishera na Park St i wzięliśmy co dają, czyli frytki z kurzyną na wynos. Potem na kilka sekund podjechaliśmy pod Ka&Jot, ale skoro przyjaciel w pracy, został obrany azymut na dom. Powrót o zmroku, dziesięć minut przed Aś, która wpadła do nas na herbatę w drodze z Dublina. Wręczyła nam "zaległy" prezent ślubny, dwa koty w ramce stworzone przez Karen Shannon, artystkę z Północnej. I tyle. Zmęczona jestem.

środa, 7 października 2020

295. Do szarości.

W nocy prawie nie spałam, obudził mnie kładący się późno spać Fred, od drugiej kręciłam się więc na boki, aż wstałam i do szóstej posiedziałam w kuchni przed laptopem. Marnie nadgoniłam to nad ranem, aby aby. 

Listonosz przyniósł zamówioną maseczkę i rządowy rozkład jazdy w temacie pandemii. Poszliśmy z Miłym na spacer nad morze, szare i spokojne, potem obiad, a po obiedzie deszcz. Irlandzka słota zupełnie zapanowała nad Drołdą do której wybraliśmy się po chleb i do Bootsa. Test maseczki wypadł bardzo dobrze, maski medyczne są cieńsze, ale to kwestia przyzwyczajenia. W drodze rozbolało mnie oko, poza tym nic mi się nie chce. Po prysznicu siedzę więc zamknięta w sypialni, bo w kuchni Fred komponuje gulash, a zapach smażonej cebuli mnie podrażnia, taki ze mnie francuski piesek.
___
edit 22:35 Doprawdy, The Red Headed League z 1985 roku to wspaniale obsadzona wersja Szerloka.

wtorek, 6 października 2020

293-294. Nurzam się w rzeczywistości.

Poniedziałek.
Czekam na potwierdzenie przelania pieniędzy z jednego konta na drugie (przelew, który zrobiłam kilka dni temu, nie poszedł) i na odzew z uczelni na której nie mam zamiaru studiować, a mogę być na liście. A skoro jestem już przy przelewach, w końcu zaakceptowałam konieczność kupienia maski wielokrotnego użytku. Zamówiłam jedną, zobaczę jak się nosi. Wyszukałam lokalne rękodzieło, żeby uniknąć chińszczyzny. W przygodach Szerloka doszłam do jedenastego odcinka, zostały tylko dwa z tej serii, potem przejdę na wyższy level ;). Wieczorem długo w noc suszę umyte włosy.

Wtorek.
Przyroda ponownie jest dla nas łaskawa. Fred odpoczywał po nocy, więc w południe sama wybrałam się na szybki spacer po plaży. Zwyczajowa trasa przez parking przyczep kempingowych uświadamia jak bardzo jesteśmy zaawansowani w jesieni. Nie widziałam obok przyczep żadnego zaparkowanego samochodu, tylko jednej starszej pani siedzącej na oszklonym tarasie pomachałam ze ścieżki. Idąc dalej, w cichej uliczce pełnej małych domków, czuję, że ktoś na obiad będzie miał kaszę gryczaną. Po powrocie zastaję w domu zapach jajecznicy à la Fred, a w głośnikach Od Ksyty Odpoczna. Cała ich płyta jest po prostu genialna. Długo jeszcze twarz mam przyjemnie chłodną od wiatru.

Rząd na razie odrzucił możliwość przesunięcia kraju na poziom 5 walki z pandemią — do 27 października pozostajemy na poziomie 3.

Wieczorem, po powrocie z zakupów, godzinę nawijam z mamą, o pracy, pandemii i kotach. Rózia miała w piątek zabieg. Z powodu nawracającej przetoki wet usunął jej osiem zębów. Kot już w formie.

niedziela, 4 października 2020

292. 45.

Nie wiem jak to się stało, ale jest właśnie tak. Fred wręczył mi po śniadaniu narzutkę Missoni w szarościach i brązach. Trochę przykro, że tyle trzeba czekać z jej używaniem. Pół dnia lało z powodu sztormu Alex dokuczającego na zachodnim wybrzeżu, w taką pogodę trudno mieć dobry nastrój. Fred wyjechał po drugiej w kierunku Swords, więc wieczór spędzam na przygodach z Szerlokiem, obejrzałam już siódmy odcinek, pominięty ostatnio.

291. Odpoczynek.

Bywa, że z okazji podróży nie mogę spać z ekscytacji, czasami przed nią, czasami i po. Dzisiaj wstałam około szóstej, bo po wczorajszych przebieżkach byłam tak zmęczona, że spać się dłużej nie dało. Dwie-trzy godziny kiwałam się nad herbatą oglądając i sortując zdjęcia. Nie byłam w tym sama, oboje z Fredem byliśmy niedospanie-połamani. Wieczór kończymy u Ka&Jot, ale bez filmu, wpadliśmy w sumie na pogaduchy przy herbacie. Po powrocie pizza na dwoje i płyta Drony Fisz Emade Tworzywo (2016). Zaraz się urodzę.

sobota, 3 października 2020

Postscriptum #290.

Wyprawa rozpoczęła się po godzinie dziesiątej. Nasza trójka (my i Ka) ruszyliśmy żwawo w kierunku obwodnicy Dublina samochodem przyjaciela. Naszym celem było zrobienie pętli w Dolinie Glendalough, od parkingu przez wzniesienie Lugduff. Zaparkowaliśmy za cmentarzem i najpierw oczywiście minęliśmy podtopiony las oraz wodospad Poulanass. Niestety, ponieważ na stokach cały czas trwa wycinka lasu, podobnie jak dwa lata temu nacięliśmy się na przymusową drogę okrężną. Weszliśmy tym sposobem na the Wicklow Way i tak nas to skołowało, że zamiast na Lugduff, najpierw podeszliśmy na Mullacor (dwa razy panowie uzgadniali miejsce na mapie z przechodniami). Dopiero później kontynuując spacer szlakiem the Miners Way minęliśmy Lugduff bokiem. Cały czas na odsłoniętych stokach towarzyszył nam silny wiatr, ale byliśmy na to przygotowani. Pogoda była w zasadzie perfekcyjna na taki marsz, słoneczna, w terenie zalesionym chłód unosił parę z naszych ust. Gdy obchodziliśmy Lugduff słońce chyliło się już ku zachodowi. Nie spieszyliśmy się, szlak był łatwy, ale o wypadek nietrudno, tym bardziej, że nad klifem zdarzały się mocne porywy wiatru. W powrotnej drodze towarzyszyły nam nawoływania i popiskiwania. Dopiero na ostatnim odcinku zejścia mijająca mnie Andrea z psem Quintero wystawili mi przyczynę - w lesie trwało bekowisko danieli i rykowisko jeleni z Glendalough. Dwa takie okazy miały do siebie sprawę i wyszły prosto na nas. Na stary cmentarz doszliśmy w momencie zachodu słońca. Marsz nietrudny, ale wyczerpujący, zainspirował do poszukiwań kawowych (czekała nas jeszcze droga do domu), które zakończyły się pysznym obiadem w knajpie Wicklow Heather, we wsi Laragh. Knajpie :) Się okazało, że to jedna z lepszych restauracji w hrabstwie. Panowie zamówili sobie różne jagnięciny, ja pozostałam przy domowych ravioli ze szpinakiem. Wróciliśmy do Rysia ok. dziesiątej w towarzystwie piosenek Marii Peszek i nadzorowani przez harvest moon. Byłam tak skonana, że nie chciało mi się mrugać. Wspaniały dzień.



















piątek, 2 października 2020

290. Na na na.

Pomimo niechętnych myśli sennych, udało mi się wykokosić z łóżka i połykam ekspresowo śniadanie. Słońce świeci i wszystko wskazuje na to, że po dziewiątej, jeśli się ubiorę, udaję się z małżonkiem w kierunku Glendalough. Straszliwie się mi nie chce, ale wiem, że będzie pięknie.

czwartek, 1 października 2020

Postscriptum #289.










289. Czyli październik.

Wróżby wtorkowe dotyczące pogody zamieniły się dzisiaj w słoneczne, bezdeszczowe południe. Po śniadaniu wyszliśmy z Fredem na spacer, który rozwinął się w trzygodzinną powsinogę naokoło Głowy, ze mną robiącą zdjęcia aparatem wszystkiemu co się rusza, i z kawą zakupioną w portowym sklepie rybnym. Fred kupił też plamiaka, mieliśmy więc świeżą rybkę na obiad, a teraz, wypełniona posiłkiem i dobrą herbatą, siedzę i mruczę. Słuchamy mega dziwnej płyty Pink Floyd z krową na okładce, Atom Heart Mother (1970). Wydano ją 50 lat temu, bez jednego dnia. Jeśli jutro będzie tak ładnie, w głowach kiełkuje nam plan. A na razie jesteśmy umówieni z Ka&Jot za dwie godziny na wieczór filmowy.
___
edit 00:06 Obejrzeliśmy sobie z Ka&Jot Mojego Nikifora (2004) Krauzego. Dźwięk to był dramat, mam nadzieję, że mamy felerne dvd i to nie jest ostateczna wersja filmu do kin. Feldman wspaniała, scenariusz jak ser szwajcarski, może miało być to jak obraz, impresja, wyszło jak wyszło. A plany na dzisiaj na razie takie, że pobudka o 7:30. Potem się okaże.