Strony

piątek, 15 marca 2024

1550. Zakupy, Jim, Brugia.

Poranek był bardzo spokojny, typowy dla wspólnego dnia wolnego, śniadanie, kawy, rozmowa o różnościach. W okolicach południach wyjechaliśmy do Drołdy, najpierw do polskiego sklepu (ubrałam Fredowy szalik, Fred ubrał mój). Na mieście zdybała nas Szaron Kucharka (przedstawiłam jej męża), kilka metrów dalej zatrąbiła na nas Luiza (Irlandczycy mają ten mylący zwyczaj używania klaksonu do informowania, że widzą znajomego). Następnie zaszliśmy na kawę do Costy (była Andrea, ale nie miała czasu pogadać). Po kawie TK Maxx. Małżonek kupił mi ciemnofioletowy, kaszmirowy szal (Saville Row) i zieloną, lnianą bluzkę na lato (Benetton).

Po zakupach spożywczych (Tesco & Lidl, cały czas nucimy lisią piosenkę), zajechaliśmy na pole bitwy. Już przy samym wejściu spotkaliśmy starszego pana, który zaproponował nam zrobienie fotek przed budynkiem. Pan był bardzo miły, tośmy sobie zrobili, i jemu też ;).


Jim.




Spacer raczej krótki, dość chłodno, lokalna magnolia dopiero w pąkach, ale pogodynki na jutro wieszczą kontynuację deszczu, więc dobrze, że skorzystaliśmy. Przez chwilę wyglądało na to, że zjemy coś na miejscu, niestety zrobiło się trochę po czwartej i jadłodajnia właśnie się zamknęła. Wracaliśmy drogą nad kanałem (poziom wody wysoki, zalane terasy).


W domu rosół na podtrzymanie funkcji życiowych, potem Fred zrobił obiad (wszystko do muzyki Czyżykiewicza, która ostatnio obojgu nam plącze się po głowach). Miałam ochotę jeszcze raz obejrzeć Ciemno, prawie noc Lankosza, ale nic z tego nie wyszło. Znalazłam za to In Bruges Martina McDonagha (2008). Film bardzo irlandzki, zabawny, filozoficzny, dobry. 

Za moją nową czytankę wieczorną robi zbiór reportaży Mariusza Szczygła, Niedziela, która zdarzyła się w środę (Czarne, 2017). Czasem trudno uwierzyć, że tam byłam :)

czwartek, 14 marca 2024

1549. Widoki.

Obudziłam się kwadrans przed budzikiem, z myślą, że idzie ku lepszemu. Dziwna myśl, biorąc pod uwagę, że nadal mamy zepsuty termostat i zaczęliśmy ogrzewanie obsługiwać ręcznie (pomimo siąpiącego deszczu rano w domu było ciepło).

Reszta dnia mniej lub bardziej w porządku. Gdy wyszłam do Czarnej w porze lunchu, w kolejce stanął za mną Fr Damo (jest niższy ode mnie i stara się unikać rozglądania, wiadomo, lokalna gwiazda). A tymczasem Fred odebrał telefon z councilu (?), przyszedł jakiś gość i powiedział, że oni już nie zajmują się serwisowaniem bojlerów. Więc zwyczajowo, po pracy wizyta u pani z okienka (tym razem trafiła się mi Brenda), która zrobiła duże oczy na takie nowości. Zapytam, mówi. Super, Brenda, zapytaj, pomyślałam. W domu dobry obiad, rozmowa z rodzicami (o zębach tatowych i opowiadaniu Fredowym), Nick Cave z Blixą, dokończenie Ciemno, prawie noc Joanny Bator (Znak, 2021). Czytając stronę 499 dostałam ciar na całym ciele (nie że coś jest ekstremalnie ciarogennego na tej stronie, bo tak naprawdę nie wiem, ale odczucie było prawdziwe). Kochany przeżywa męki twórcze.

Przed nami rozpościera się czterodniowy weekend.

środa, 13 marca 2024

1548. Paprochy, niemoc, zaczytanie.

Całą środę z nieba spadały mokre paprochy; nawet teraz, gdy czytam leżakując w łóżku, od czasu do czasu za oknem słychać nasilenie wiosennego deszczu. 

W pracy było kilka niespodzianek, największa taka, że na początku kwietnia odchodzi koleżanka. Czułam, że po śmierci psa Luiza postawi na zmiany (już raz chciała się wyprowadzić; tym razem praca w Anglii jest zaklepana). W budynku zamieszanie przed dużym spotkaniem, ale sytuacja mnie nie dotyczyła bezpośrednio i nic sobie z niej nie robiłam. Odhaczyłam swoje godziny i wyszłam na miasto; gdy Kochany wjeżdżał do Drołdy, rozpłaszczona (oraz rozswetrzona) dumałam w Czarnej nad filiżanką zielonej herbaty z dżemem truskawkowym. Fred dołączył do mnie z kawą; po dłuższym siedzeniu w ciemniejszym kącie kawiarni zebraliśmy się w drogę powrotną do domu. Na miejscu dopadła mnie niemoc. Mąż przygotowywał sos na spaghetti (z Kuchniosalonu dochodziły dźwięki mieszania w garze i muzyki z płyty Czyżykiewicza), w tym czasie ja, z nosem wtulonym w kołdrę, oddawałam się półsennym marzeniom, których teraz zupełnie już nie pamiętam. Żadnych planów poza czytaniem Ciemno, prawie noc. Przeskoczę Bluzg III i spać, reszta jutro.

wtorek, 12 marca 2024

1547. Cienszko.

Wstałam bez bólu głowy. Ból głowy pojawił się kwadrans później i tak sobie został jakiś czas (pozbyłam się go pewnie na godzinę przez zakończeniem pracy, a zauważyłam to, gdy już stałam na schodach i czekając na Freda czatowałam z przygnębioną Bridżet).

Gdy dojechaliśmy do wsi okazało się, że miejscowość jest spowita w morskiej mgle, niezbyt zimnej, ale też mało podnoszącej na duchu (poza tym minęliśmy scenę grozy: na jednej linii telefonicznej siedział ptak wielkości drozda, chyba paszkot, a metr lub dwa od niego wielki ptak drapieżny; paszkot znieruchomiał i udawał, że go tam nie ma, albo, że ma ptasią grypę). Fred został jeszcze chwilę w ogródku i pomagał kilku poprzerastanym chwastami lawendom, ja odgrzałam nam rosół (dodając do niego lubczyku, żebyśmy się kochali ;)). Po takim obiedzie Kochany zaraz poszedł się zdrzemnąć, mnie też odeszły siły, ale musiałam odpękać swoje przy robieniu notatek na jutrzejsze krótkie zajęcia (piątek będę miała wolny, hip-i-hura, ale mogę powiedzieć co mam do powiedzenia jutro). Oczywiście odkładałam, ile wlazło. W ramach odkładania zadzwoniłam do rodziców, gdy akurat pan premier z panem prezydentem szli do Bidena (rodzice oglądali, jak zawsze). Fred też robi inne rzeczy, gdyż akurat ma siedzieć i pisać, więc wiadomo, że cienszko.

poniedziałek, 11 marca 2024

1546. Szarzenie.

Nadal mży i szarzy. Fred wyjechał po śniadaniu do Północnej; wzięłam się za przeglądanie zadań i spisywanie uwag. Przyjechał kurier z dwiema Fredowymi koszulami. Napiłam się kilku dobrych herbat i zjadłam jogurt z granolą. Im dalej w las, tym bardziej dopadać mnie począł marazm, aż musiałam się ratować krótką niedrzemką. No i tak, doła mam. Nawet Fredowe przytulenie nie pomaga, ani zapach gotowanego rosołu, ani słuchanie Queenu pod to gotowanie. Jestem borsukiem światłolubnym, podróżującym. I wszystko przez to.
___
edit 23:20 mąż mnie pyta, czemu zdjęcia koszul nie wstawiłam. A ja zapomniałam. I jeszcze inne ważne wydarzenie było takie, że jeden reżyserz zadzwonił do Freda, więc sobie pogadali jak reżyserz z reżyserzem.

niedziela, 10 marca 2024

1545. Porocznica.

Deszcz, deszcz, deszcz. Do wczesnego popołudnia nie mieliśmy żadnych planów, aż nagle pojawił się pomysł żony i jego realizację z przytupem rozpoczęliśmy w kilkadziesiąt minut. W deszczu udaliśmy się do Carlingford, żeby się przejść i zjeść (raczej kolejność: odwiedzić Gareta, zjeść i się przejść do naszej ławki na molo), a potem w drodze do domu zatrzymać się na kawę.





 


Na podróż pierwszy raz założyłam woskowanego Barboura, bardzo się przydał (świetny zakup, który czekał kilka miesięcy na właściwą pogodę; Fred sprezentował mi go latem zeszłego roku). Ciężkie deszczem chmury z trudem wskrobywały się na Slieve Foy. Po powrocie do domu genealogiczna rozmowa z mamą i relaks.

sobota, 9 marca 2024

1544. Sennie.

Przez cały poprzedni wieczór, noc i dzisiejszy ranek mocno wiało. Sobota na lenia. Chyba zrzuciłam z siebie zmęczenie, które przygniatało mnie wczoraj do łóżka. Niespiesznie zjedliśmy z Kochanym śniadanie i zajęliśmy się niczym (1/3 tego czasu przełaziłam w szlafroku susząc włosy i czytając powieść). Około czwartej skończyłam Death Comes to Pemberley P.D. James (Faber & Faber, 2022). Mogłaby być lepsza; tak jak wcześniej słyszałam, rzeczywiście serial bardzo rozwinął niektóre wątki. Na wieczór mieliśmy zaproszenie do Ka&Jot, tylko wcześniej obiad trzeba było spreparować. W czasie grzebania w patelni zadzwoniłam do mamy, żeby jej powiedzieć, że nic nowego się nie dzieje. Tatko do tej pory nie był u lekarza z wszystkimi wynikami. Przejrzałam dwie oferty UTW i przesłałam je mamie. U przyjaciół tylko Ka, który zapodał nam jabłecznik z lodami, herbatę i dwa kolejne odcinki 1670. Już w domu.

piątek, 8 marca 2024

1543. Gawroni dzień.

Szarówka i brak energii (młode wampiry wysysają resztki). Kochany wrócił gdzieś po północy i też był wyjątkowo zmęczony. Przyjechał po mnie do miasta, prawie we śnie zrobiliśmy zakupy i szybko skręciliśmy do domu. W następny weekend jedziemy na operę (Fred kupił bilety zachęcony niską ceną). W głośnikach Screamin' Jay i inne płyty z Tower (słucham ich czytając, drzemiąc, jedząc obiad zrobiony przed Kochanego, znowu czytając), aż nie wiadomo jak dziesięć po dziesiątej nucimy Bal u Rafała, a później słuchamy weltschmerzu Fisha (a jest to jeden z niewielu weltschmerzów, jaki traktuję z życzliwością) na Clutching at Straws. Chyba coś mnie bierze/brało, mam nadzieję, że wypoczynek podkołderkowy da temu czemuś odpór.

czwartek, 7 marca 2024

1542. Zajętyk.

Po powrocie z pracy zauważyłam, że nie wiadomo kiedy rozkwitł pierwszy Lucky Number. Fred w tym czasie (mojego zauważania) już przebierał nogami w Dublinie. Gdy gotowałam dla siebie obiad, zadzwonił, żeby mi oświadczyć, że do zestawu płyt przybyło nam Wrzeszczącego Jaya Hawkinsa, Fontaines D.C. oraz album Frank Amy Winehouse. Po obiedzie dużo gadania do siebie (bogowie, jakie to nudne), prysznic, znowu gadanie do siebie, lektura.

środa, 6 marca 2024

1541. Powtórka.

Jeszcze wczoraj wieczorem odłożyłam na półkę Coetzeego (szła mi opornie, a miała być rozrywką w drodze do pracy; to jednak nie tego typu literatura) i napoczęłam P.D. James Death Comes to Pemberley (Faber & Faber, 2022). Nadaje się, włożyłam do torby (oczywiście nadal nie skończyłam Bator, ale tej nie chcę nosić ze sobą, bo za ciężka). W pracy praca, po powrocie do domu zagryzam to ponownie gulaszem wołowym (Kochany znowu wieczorem jest w Dublinie). 

Anna do mnie zadzwoniła, że wróciła do domu. Zapytałam ją czy nie potrzebuje przestawić termostatu. Potrzebowała, więc zaszłam do niej na chwilę. Sąsiadka zrobiła się jeszcze chudsza i mniejsza; na razie boi się chodzić, używa chodzika albo wspiera się na meblach i ścianach. Wieczorem głównie picie herbaty i przygotowywanie zajęć na piątek, oraz rozmowa z Fredem (oboje zauważamy, że nasze sąsiedztwo chromieje, Anna Emerytka dogorywa, druga Anna ma się słabo, Majkel, którego spotkałam w autobusie drugi dzień pod rząd, wygląda jeszcze gorzej). 

Środa podobna do wtorku.

wtorek, 5 marca 2024

1540. Kiedyś trzeba zacząć ...

Aaaargrgrhhh, nie chce się. Ale śniadanie było dobre i Kochany ma zmianę wieczorną, więc zawiózł mnie rano do pracy. Poza tym słońce, a w Centrum spokój pomimo powrotu grupy. Popołudniem, w czasie drogi do domu, załapałam się na wielką zawiechę fejsa, insta oraz messengera. Kochany przed wyjazdem zrobił gulasz wołowy, więc zastałam w chacie pyszny obiad do odgrzania. Z njusów: Fred kupił bilety córce Mrzygłoda i w maju będziemy mieć kolejną wizytę nastolatki (tym razem stryjeczna bratanica). 

Może jeszcze mała granola?

poniedziałek, 4 marca 2024

1539. 04032024.

Dwie rzeczy ubraniowe: bluzka w moim ulubionym, burgundowym kolorze z maziajami różowo-café au lait (wiskoza, Gant) oraz letnia, czarna sukienka kopertowa w czerwone maki (jedwab, The Kooples). Dwie rzeczy czytelnicze: Animal Farm w wydaniu Penguin Classics oraz książka kucharska Happy One-Pot Vegetarian (LEON). Takie dostałam prezenty mężowskie na święto kobieco-rocznicowe. Obydwie daty jeszcze przed nami, ale przyszedł kurier z sukienką, żona zaczęła dopytywać, więc mąż wyciągnął z sekretnego miejsca cały majdan i wytulił okazjonalnie.

Większość dnia siedzieliśmy w domu, ponieważ pogoda nie nadawała się do użytku. Trochę przygotowałam się do pracy w tym tygodniu, oraz poprzemieszałam ubrania w szafach. Dopiero po Fredowym obiedzie (pieczone bakłażany i pieczarki) wyjechaliśmy na kawę i spacer po sklepach (bardziej, żeby się przejść, niż w celach zakupowych). Gdy w zupełnej ciemności zaparkowaliśmy na powrót pod domem, okazało się, że naszym śladem cały czas podążała Anne — w mżawce odbyliśmy z sąsiadką krótką rozmowę o sobotnim koncercie (jednak była i nas widziała; stwierdziła, że Hugh Cuttinga mogłaby słuchać całą noc). Rozmawiałam też z rodzicami (tata robi ostatnio sporo badań lekarskich). 

Ziew. Jeszcze coś wycisnę z tego poniedziałku i chociaż chwilę poczytam. 

niedziela, 3 marca 2024

1538. Skarpetki, spacer, kawa, relaks.

Mam poczucie jakby kończył mi się wakacje. W nowym tygodniu grupa wraca w pełnym składzie, ale jeszcze dzisiaj nie chciało mi się myśleć o tym garbie. Po wspólnym śniadanku, gdy Kochany relaksował się przy drugiej kawie, przejrzałam skarpetki i powoli zaczęłam wypełniać szuflady nowego mebla. Na razie kontrolnie, żeby zaplanować, co gdzie chcę przemieścić (mam tyle rupieci w szafach, że wypadają, gdy otwieram drzwi). Zapału starczyło mi na razie na wypełnienie trzech i pół szuflady. Jedną Fred zarezerwował dla siebie na robocze dynksy. 

Ponieważ pogoda była ładna, z góry wiedziałam, że nie zamierzam spędzić kolejnego dnia na borsuczym szuraniu w poszukiwaniu rzeczy. W południe odziałam się stosownie i z mężem za rączkę poszliśmy na poszukiwanie wiosny. Przy wejściu z plaży na szlak do klifów spotkaliśmy Uśmiechniętą Kathleen w różowej czapce z pomponem. Na uwagę, że dawno się nie widzieliśmy zdradziła nam, że przez 4 miesiące była w Australii u córki (słusznie, trzeba używać życia). I powiedziała, że coraz jesteśmy młodsi :)


Pogoda świetna na taki kilkukilometrowy marsz, momentami było mi nawet za ciepło. Ścieżka gdzieniegdzie błotnista (to jeszcze po piątkowych opadach), na horyzoncie brak gór, ale morze łagodne, zupełnie nie przypominające tego sprzed dwóch dni. Przy plaży trzyma się od jakiegoś czasu spore stado bernikli obrożnej. Goarse dopiero zaczął kwitnąć, więc jego mirabelkowy zapach nie był jeszcze bardzo mocny.







Po dojściu do portu Fred kupił steki z tuńczyka na obiad i zawróciliśmy do domu. Spacerując przez wieś zauważyłam, że nie czuję już do niej takiej niechęci, jaką miałam po śmierci Ryszarda. Możliwe, że najgorszy czas mija. 

Kochany podkarmił "nasze" szpaki (czyli też całą resztę hałastry, łącznie z wronami-sąsiadkami i hałaśliwymi gawronami) i zrobił obiad (tuńczyk, ryż, sałatka z pora á la Kris) po którym wyjechaliśmy do miasta (chleb/inne takie/kawa). Po randce zakupowo-kawiarnianej wróciliśmy do domu skołowani i padnięci. Oczy mnie bolą, prawdopodobnie od chodzenia w pełnym słońcu. Powinnam nosić okulary przeciwsłoneczne, tylko jak, skoro bez korekcyjnych jestem ślepa jak kret.

sobota, 2 marca 2024

1537. Bach na żywo.

O poranku wysłuchałam Czterech pór roku Vivaldiego z wczorajszego koncertu na 87 urodziny Dwójki (dzięki Hebiusowi, który napisał o tym na swoim blogu; przez chwilę zastanawiałam się, czy Lilianna Stawarz to nie jest jakaś daleka rodzina). Kochany jeszcze spał, zrobiłam mu kawę na przebudzenie i mogliśmy zacząć dzień.

Sobotę została wypełniona składaniem szafki (a raczej sześcioszufladowej komody o romantycznej nazwie Sorrento). W papierach stało, że złożenie tej rozsypanki zabiera jakąś godzinę. Zaczęliśmy około jedenastej. Razem z przesuwaniem materaca, odkurzaniem podłogi, wyrzucaniem śmieci, przebieraniem pościeli zeszło nam do czwartej. Korzystając z okazji, z pudła, które zazwyczaj leży pod łóżkiem, wyciągnęłam moje kultowe trampki w żółto-czarną kratę (tzn. nowe, bo stare, identyczne, zostawiłam w Polsce). W międzyczasie umyłam jeszcze włosy, gdy Fred przed wbiciem ostatniego gwoździa pojechał do rzeźnika po steki (w końcu jest sobota, rzeźnik rodzinny nie mógł czekać w nieskończoność). Na koniec przybiliśmy piątkę jak Pat a Mat. Praca upłynęła nam przy wiosennych trelach.

Po obiedzie zaczęliśmy się zbierać na koncert (trampki miały więc dobry start). Pojawiliśmy się w mieście kilkadziesiąt minut przed czasem i zaparkowaliśmy niedaleko kościoła świętego Pietera (pod M&S, co to go będą zamykać). Kolejny już raz mieliśmy okazję posłuchać na żywo Irish Baroque Orchestra. Gdy weszliśmy do wnętrza akurat trwał wstęp z Peterem Whelanem (dyrektor artystyczny, ale też multiinstrumentalista; uroczo się jąka). 

Pasja według św. Mateusza Jana Sebastiana Bacha, z dziesięciominutową przerwą (w której pozwoliłam sobie mówić skeczem Basińskiej bo Bach był Niemcem, zresztą, Händel, którego słuchaliśmy w zeszłym roku po angielsku też był Niemcem, kiedyś wszyscy byli Niemcami. I Niemcy wszystko mieli najlepsze, filozofów, biurka ... a później wyszło jakoś tak niezręcznie. Jakby oni wiedzieli, to by sobie w życiu nie pozwolili ... bo kto powiedział, że trzeba słuchać Pasji na poważnie). 

Wykon, wiadomo. Koncert był obstawiony mikrofonami (ciekawe czy w nagraniu wyretuszują mój kaszel na początku drugiej części), za ewangelistę robił Nick Pritchard (tenor), poza tym śpiewali m.in.: Aisling Kenny (sopran), Charlotte O'Hare (sopran), Laura Lamph (mezosopran), Hugh Cutting (kontratenor, malutki, ale zadziorny), Matthew Brook (bas-baryton), Hugo Hymas (tenor) oraz Edward Woodhouse (tenor).

O jedenastej ponownie w domu. Jestem taka zmęczona, że dzisiaj niczego już nie wkładam do nowych szuflad. Szumy uszne. Dobranoc, dniu.

piątek, 1 marca 2024

1536. Dewi Sant.

Śniła mi się ławka w starym domu, taka ławka pod płotem pomiędzy podwórkami (ławki już nie ma, podobnie jak płotu). W tym śnie najpierw Rysio nie żył, a potem żył. Ale jednak uświadomiłam sobie, że nie żyje, bo siedział na tej ławce z Grahamkiem, jakimiś dwoma czarnymi szczeniaczkami i dziadkiem Bronkiem.

Noc mocno deszczowa, poranek i cała reszta dnia taka sama; ciemno (mapa wiatrów pokazuje zawirowanie nad Wyspami). 

Piekłam naleśniczki, cerowałam, klikałam, mąż rozłożył się z ceremonialnym pastowaniem butów. Obejrzałam kilka ciekawych vlogów, m.in. rant Karoliny o AI i Nicole Rudolph historię życia Coco Chanel. Wspólnie z Kochanym obejrzeliśmy też starego Miecia o Zenku. Fred pojechał do portu po rybę na obiad. Miał też zamiar w drodze powrotnej kupić steka na jutro, ale pod rzeźnikiem już się nie zatrzymał, zniechęcony sztormową pogodą, która zmoczyła go na wybrzeżu (ponieważ małżonek wyszedł z samochodu i kręcił filmik ze wzburzonym morzem). Za to oprócz plamiaka Kochany przywiózł chowder, a do niego dwie pajdki chleba sodowego troskliwie zapakowane w serwetki bożonarodzeniowe.

Stu ma urodziny, więc była z nim rozmowa dłuższa (o depresji oraz sprawach różnych). Poruszamy się stosownie do pogody, w tempie nieco zwolnionym. Szafka nadal czeka na złożenie, idzie jej już drugi tydzień.